Egzotyczna
Brazylia w polskiej literaturze podróżniczej – w pogoni za
wyobrażoną rzeczywistością
Marcin Florian Gawrycki *
O
patrzeniu i widzeniu – rzecz o reprezentacji
Timothy Mitchell w książce „Egipt na
wystawie świata” przypomina słowa francuskiego poety i eseisty okresu
romantycznego Gerarda de Nervala, który opisując Kair Théophile Gautierowi
stwierdził: „Nie myśl już o tym! Ten Kair leży pod
warstwą popiołu i brudu, (…) pokryty pyłem i niemy”. I dalej:
„Naprawdę chciałem stworzyć scenę godną Ciebie, ale
(…) tak bardzo orientalne kafejki można znaleźć tylko w
Paryżu” (Mitchell 2001: 54–55). Rozczarowanie
Nervala wynikało z niemożności znalezienia takiego Kairu, który
odpowiadałby jego wyobrażeniom. Chciał stworzyć portret
miasta, który, jak to się często zdarza, miał
służyć bardzo określonym celom. Dostarczał on bowiem
Gautierowi opisów, które nadawałyby się do odtworzenia postaci,
dekoracji i pantomimy w paryskiej Operze. W końcu Nerval zupełnie
zwątpił w możliwość znalezienia „prawdziwego Egiptu”;
Kairu, który nadawałby się do przedstawienia mieszkańcom
francuskiej metropolii. W oczach Europejczyka stolica Egiptu nie dorastała
do obrazu, który powstał przed wyprawą Nervala do tej
części świata. Okazuje się, że Paryż był
bardziej „kairski” niż sam Kair.
Kwestia reprezentacji świata przez Zachód jest jednym z
głównych problemów w jego kontaktach z krajami nie-zachodnimi.
Zostało to gruntownie przedstawione w „Orientalizmie” Edwarda Saida.
Analizując europejskie teksty na temat Orientu Said zwracał uwagę
przede wszystkim na styl i figury stylistyczne, tło, chwyty narracyjne,
okoliczności historyczne i społeczne. W dyskursie kolonialnym nie
tyle prawda, co właśnie reprezentacja jest najważniejsza. Kiedy
uczony czy podróżnik jechał do kraju, w którego badaniach się
specjalizował, zawsze posiadał już niewzruszone, abstrakcyjne
maksymy na temat studiowanej przez siebie „cywilizacji”. Orientaliści –
uważa Said – bardzo rzadko interesowali się czymkolwiek poza
potwierdzaniem słuszności swych przestarzałych „prawd” poprzez
próby zastosowania ich, bez większych sukcesów, do nic nie
rozumiejących, a zatem zdegenerowanych krajowców (Said 2005: 94).
Krótko mówiąc, orientalizm to zachodni sposób dominowania,
restrukturyzowania i posiadania władzy nad Orientem. Schemat myślowy
wynikający z orientalizmu uniemożliwia wyzwolenie się z tego
ciasnego gorsetu, negując możliwość swobodnych
rozważań lub działań wobec Wschodu, lub szerzej – wobec
świata nie-europejskiego (Said 2005: 31–32).
Kontynuując swoje rozważania na temat
reprezentacji w późniejszych pracach, Said stwierdza, że
wartość, skuteczność, siła oraz wiarygodność
pisemnej wypowiedzi na temat Orientu w bardzo niewielkim stopniu zależy
więc od tego, jaki Orient jest naprawdę. Wprost przeciwnie:
wypowiedź pisemna jest dla czytelnika prawdziwa dlatego właśnie,
że wyeliminowała, zastąpiła, uczyniła zbędną
rzeczywistość Orientu. Tak więc cały orientalizm odcina
się w gruncie rzeczy od realnego Wschodu: sens orientalizmu zależy w
znacznej mierze od Zachodu i opiera się na zachodnich technikach
przedstawiania, które czynią Orient jasnym i zrozumiałym w ramach
orientalistycznego dyskursu (Said 2005: 55–58).
Mitchell używa metafory „świata-jako-wystawy”, odnosząc ją do XIX wieku, w której świat rozumiany jest i ujmowany tak, jakby był wystawą. Ów świat ma trzy cechy charakterystyczne, o których warto wspomnieć. Po pierwsze, bardzo znamienne dla tego świata jest przekonanie o nie budzącej zastrzeżeń własnej pewności, czyli prawdzie; przeświadczenie, że wszystko jest niezawodnie zorganizowane, uporządkowane, wyliczone i niedwuznacznie sformułowane, co w ostatecznym rozrachunku sprowadza się do tego, że z politycznego punktu widzenia wydaje się on bezdyskusyjny. Po drugie, istniejąca polityczna bezsporność tego świata, która jest z natury paradoksem; niezawodność, o której była mowa, zasadza się bowiem na wyraźnie określonym związku pomiędzy reprezentacją a „rzeczywistością”; tymczasem okazuje się, że rzeczywisty świat – świat-poza-wystawą – niezależnie od wszystkiego, co zdaje się obiecywać wystawa, składa się wyłącznie z kolejnych reprezentacji rzeczywistości. Po trzecie – to, co Mitchell nazywa kolonialną naturą tego świata – wiek wystaw musiał być wiekiem kolonializmu, erą światowej gospodarki i władzy globalnej, epoką, w której żyjemy, ponieważ to, co miało stać się eksponatem, było rzeczywistością – światem samym w sobie (Mitchell 2001: 29–30).
Europejska skłonność do uniwersalizacji własnych wartości i postaw sprawiła, że tworzono własne wyobrażenia nie-Zachodu, które „wiek wystaw” jeszcze utrwalał. Wyjeżdżając ze swojego kontynentu Europejczycy udawali się na poszukiwanie rzeczywistości, której reprezentację zbudowali sobie wcześniej dzięki książkom, obrazom czy muzeom. Mieli zobaczyć oryginał kopii, którą już znali i tak zawsze określali swój cel podróży. Poza „światem-jako-wystawą” ta wyobrażona rzeczywistość paradoksalnie trwała dalej. Realnego świata nie było, były jedynie kolejne modele i reprezentacje rzeczywistości. Wszystko wydawało się zorganizowane tak, jakby widz miał przed oczyma model rzeczywistości lub obraz (Mitchell 2001: 28–29, 52–53).
Warto pamiętać, że przemysł turystyczny jest cudownym dzieckiem orientalizmu. Tworzenie reprezentacji jest naturalnym procesem nadawania europejskich znaczeń miejscom odwiedzanym przez zachodnich turystów. Polscy podróżnicy z uporem podają, że Machu Picchu odkrył Hiram Bingham, choć przecież wiadomo, że zaprowadził go tam Indianin Melchor Arteaga, zamieszkujący okolice ruin, dla którego – podobnie jak dla dwóch innych indiańskich rodzin, które zamieniły je wówczas w swoje hacjendy – owe „zaginione” miasto w rzeczywistości wcale takim nie było (por. Warszewski 2000: 76; Azembski 1966: 54; Halik 2006: 115). Oczywiście jest to szerszy problem dotyczący pytania: kim jest odkrywca? Czy byli nimi Kolumb, Cortes, Pizarro, Humboldt, Bingham? Brak na nie odpowiedzi nie zmienia jednak faktu, że współcześni polscy podróżnicy pragnąć być takimi Binghamami. Dobrym przykładem jest tutaj choćby Wojciech Cejrowski, który przebył – chwali się, że jako pierwszy – przesmyk Darién. Kiedy o tym pisze, jednocześnie dodaje:
Oczywiście grupy miejscowych
Indian od tysięcy lat przemierzają Darién w tę i z powrotem
praktycznie codziennie, ale oni nie są ani podróżnikami, ani
odkrywcami, więc się nie liczą (Cejrowski 2006: 225).
Przejdźmy jednak do sedna sprawy. Jak pisze Krzysztof Podemski, nasze „oko” jest okiem zdeterminowanym społecznie i kulturowo. Patrzymy na atrakcje, także egzotyczne, obce, przez pryzmat naszej cywilizacji, rasy, narodu, klasy społecznej (Podemski 2004: 70). Z kolei Ryszard Kapuściński stwierdza, że trzeba dojrzeć do podróżowania – podróż to coś więcej niż przemieszczanie się z miejsca na miejsce, niż turystyka (…). Podróż to owocne przeżywanie świata, zgłębianie jego tajemnic i prawd, szukanie odpowiedzi na pytania, które on stawia. Tak pojmowane podróżowanie jest refleksją, jest filozofowaniem” (Kapuściński 1990: 165).
Tak więc polski podróżnik, czy tego chce czy nie, jedzie
do Ameryki Łacińskiej z pewnym bagażem doświadczeń i własną
„biblioteką”, reprezentując określoną postawę zanim
pierwszy raz postawi tam nogę. Bez względu na to czy przygotuje
się merytorycznie do tej podróży (czytając, rozmawiając,
oglądając) czy też nie zrobi nic, kontynent nie będzie dla
niego tabula rasa. Jedzie z jego określonym wyobrażeniem czy
też silnie ugruntowanej reprezentacji, która zakłóca jego
percepcję. Podróżnicy jadą, żeby znaleźć
odpowiedź na stawiane przez siebie pytania. Podróż jest postrzegana
jako obiektywny sposób na zamienienie pytajnika w kropkę, zdania
pytającego w oznajmujące (Witek 2009: 80). Jak trafnie zauważa
Piotr Pawliszek, „narracja podróżnicza nie stanowi odzwierciedlenia
rzeczywistości, ani nawet odbicia jej percepcji, lecz jest reprezentacją
doświadczanej przez podróżników rzeczywistości podróży z
określonej [subiektywnej] perspektywy” (Pawliszek 2009: 110). To co nie
pasuje do przyjętego schematu myślowego jest po prostu odrzucane.
Wyobraźmy sobie, że podróżnik jadąc do Ameryki
będzie przepojony przeświadczeniem, że Latynosi są leniwymi
przedstawicielami kultury mańana, że jest tam niebezpiecznie,
kobiety są egzotycznie piękne, ale generalnie jest ubogo… Czy
znajdzie potwierdzenie takiego obrazu Ameryki Łacińskiej w czasie
swojej podróży? Tak, znajdzie, gdyż chce go odnaleźć.
Podobnie jak znalazłby go w Polsce, Niemczech czy Francji – gdyby tylko
chciał tam poszukać. Podróżnik, który szuka potwierdzenia
wcześniej wyrobionej opinii – jest skazany na sukces. Nie zaakceptuje
„nieautentycznych” cygar, kawy, Indian czy obrzędów. Wszystko musi
być takie jak z przewodnika lub z innych dostępnych źródeł.
Zachodzi więc proces esencjalizacji, czyli przypisywania pewnych cech
Latynosom, które podróż tylko utwierdza, a autor literatury
podróżniczej powiela go w swojej publikacji. Zwróćmy uwagę
choćby na te słowa wybitnego polskiego poety i dramatopisarza
Antoniego Słonimskiego, które zresztą swego czasu wzbudziły
duże oburzenie wśród Polonii w Brazylii:
Opisałem
już, jak wyglądał pierwszy kawałek Ameryki, który mi
się pod okręt nawinął. Daje to mylne pojęcie o
całości. Kinematograf nie oszukał mnie. Na podstawie paru filmów
południowoamerykańskich wytworzyłem sobie dość wierne
pojęcie o tych szerokich asfaltowych avenidach, przybranych strzelistymi
palmami, o tym tłoku samochodów, tłumie czarnych ludzi, ubranych
biało, i białych ludzi,
ubranych czarno (Słonimski 1925: 35).
Słonimski jadąc w 1924 roku do Brazylii miał
już wyrobiony pogląd. Poczytał i pooglądał.
Wiedział, nawet nie ruszając się z miejsca. Podróż,
którą odbył potwierdziła tylko jego wiedzę i przeczucia.
Brazylia niczym go nie zaskoczyła. Tego typu „podróżowanie” –
uważa Dorota Kozicka – służy więc nie tyle poznaniu
rzeczywistości, ile podtrzymaniu reprezentacji rzeczywistości (Kozicka
2006: 285). Stąd trudno się dziwić, że „Gazeta Polska w
Brazylii” (13 stycznia 1926 roku) zarzuciła Słonimskiemu, iż
jego sądy „są w wysokim stopniu lekceważące Brazylię i
jej obywateli, zupełnie niepotrzebnie godząc z umysłu w ich dumę
narodową. Są to wprost kpiny i lekceważenie kraju, w którym
setki tysięcy Polaków znalazły przystań spokojną w czasach
niewoli, a dzisiaj niemało ich jeszcze przybywa gnanych ciężkimi
ekonomicznymi warunkami w Polsce. Dla p. Słonimskiego Brazylia to ziemia
Murzynów, mieszańców, węży jadowitych i lasów dziewiczych,
zupełnie taka, jaką ją wyobrażają, lub, co
prawdziwsze, wyobrażali przed laty, chłopcy z wstępnej klasy
szkoły średniej” (za: Kula 1982: 256).
Nawet dobry autor, który nie pragnie być kimś
wyjątkowym, który uważnie słucha i patrzy, starając
się zobiektywizować swoje sądy, poddaje się nieraz
totalizującym narracjom. „Patrzeć” bowiem nie zawsze znaczy
„widzieć”, zaś „widzieć” – jak pisze Ryszard
Kapuściński – nie znaczy „rozumieć” (Kapuściński
2003:108). Nasz wybitny podróżnik nakłaniał swoich studentów do
codziennego zapisywania faktów i podróżnych wrażeń,
ponieważ ten zwyczaj zmusza „do koncentracji i aktywnego patrzenia” oraz
sprawia, że podróżowanie nie jest tylko „mechanicznym
przemieszczaniem się, zaliczaniem kilometrów, miast, krajów”, lecz staje
się „formą zbliżenia i zrozumienia świata, innych ludzi,
innych kultur” (Kapuściński 2002: 9). Jednakże, jak wskazuje
Justyna Tabaszewska, całkowita likwidacja wpływu stereotypów jest
niemożliwa nawet wtedy, kiedy celem narratora jest rewidowanie
wcześniejszych wyobrażeń (Tabaszewska 2006: 298). Jego obraz
nigdy nie jest kompletny, a do tego dochodzi nieprzekładalność
świata nie-zachodniego na język europejski. Nawet jeśli
jakiś Indianin z Amazonii znalazłby czas i podjąłby
się zadania opisania życia fizycznego i duchowego swoich
współplemieńców – musielibyśmy jeszcze to dzieło
przetłumaczyć. A więc – zinterpretować, a więc
nadać temu pewien nowy sens. Można więc jedynie starać
się zrozumieć, wiedząc z góry, że owe starania są
skazane na niepowodzenie. Jednakże pisząc o tym sumienny i uczciwy,
godny polecenia, autor książki nie będzie udawał, że
odkrył prawdę, a jedynie, że uchwycił pewien wycinek
rzeczywistości, którą opisał ze swojego subiektywnego punktu
widzenia.
Ryszard Kapuściński na przykład posługiwał
się „pisarstwem fragmentarycznym” jako formą literacką
prezentowaną w swoich pracach, czyli utrzymywaniem czytelnika w
przekonaniu, że nie ma do czynienia z pełnym obrazem opisywanej
rzeczywistości, ale z jej „fragmentem”. Zbigniew Bauer, analizując
twórczość Kapuścińskiego, stwierdza, że „skupieni na
szczególe, na drobiazgu, nagle dostrzegamy w nim prawidła
rządzące wszystkim – światem, polityką, ludźmi i
naszą własną wrażliwością. Zarazem fragment ten –
w sensie strukturalnym – wydaje się nam wykreowany: jest doskonale
zamknięty, posiada swoją wewnętrzną dramaturgię, jest
więc w naszym przekonaniu fenomenalny, jednorazowy, wyjątkowy” (Bauer
2001: 179).
Czy więc lepiej dobrze przygotować się do
podróży czy nie robić tego wcale? Przeczytać, co jest do przeczytania
na temat kraju, do którego się udajemy? Czy może nie czytać nic
i przez praktykę dojść do wiedzy teoretycznej? – to są
pytania, które stawiają sobie podróżnicy, badacze czy zwykli
turyści. Większość podróżników deklaruje, że
jadąc do Ameryki Łacińskiej są oczytani i gotowi. Ale czy
wówczas nie jest tak – jak pisze Halina Witek – że zabezpieczają
się oni buforami, w postaci „wiem”, „czytałem” czy
„słyszałem”, które odwołują czytelników do tej samej „biblioteki”,
z której korzystał podróżnik, i co jest źródłem
kształtowania się stereotypowych wyobrażeń? Czy więc
nie lepiej odwrócić kolejność i teorię poprzedzić
praktyką? (Witek 2009: 164). Choć odpowiedź na te pytania nie
jest prosta, należy zgodzić się z Ryszardem
Kapuścińskim, że cały humanizm naszego pisania leży
właśnie w wysiłku przekazywania prawdziwego obrazu świata,
a nie kolekcji stereotypów (Kapuściński 2003: 63).
Polscy podróżnicy w
Brazylii
Do Brazylii polscy podróżnicy jeździli bardzo często. Nic dziwnego, skoro jest to nie tylko największy kraj Ameryce Łacińskiej (a co za tym idzie, łatwiej było znaleźć owe „niesamowitości”, których domagał się polski czytelnik), ale był on (i oczywiście jest nadal) największym skupiskiem Polonii w tej części świata.
Polscy podróżnicy z przełomu XIX i XX wieku jeździli zresztą głównie, żeby zbadać i opisać polskie wychodźstwo do Brazylii. Taką podróż w 1891 roku odbył Józef Siemiradzki, który pojechał do Brazylii, w celu zorientowania się w położeniu emigrantów polskich żyjących na tych obszarach. Owocem tej podróży była książka „Szlakiem wychodźców. Wspomnienia z podróży po Brazylii” (1900). Jak pisze Maria Paradowska, Siemiradzki był wnikliwym obserwatorem, staranie zapisującym swoje spostrzeżenia. Opisywał wszystko: krajobraz, mieszkańców odwiedzanych ziem, ich wygląd, cechy charakterologiczne, odzież, domostwa, zwyczaje i wiele innych elementów związanych z ich trybem życia. Słuszna jest więc ocena Paradowskiej, że „Siemiradzki był bowiem obserwatorem zarówno wykształconym, inteligentnym, jak i bystrym, spostrzegawczym, choć niekiedy – rzadziej wszakże niż inni eksploratorzy – nie umiejącym ustrzec się od spojrzenia zabarwionego europocentryzmem” (Paradowska 1989: 42).
Zarówno chęć przyjrzenia się losom polskich emigrantów, jak i w poszukiwaniu literackich inspiracji (a z całą pewnością także zwykła ludzka ciekawość) skłoniła do podróży do Brazylii Jerzego Ostrowskiego. Pokłosiem brazylijskich inspiracji powieściopisarza Jerzego Ostrowskiego były dwie książki – „Cathanara” (1930) i „Kobuz” (1931). Równie inspirującą, choć ukierunkowaną na inne doznania, podróż odbył w latach 1934–1935 Zbigniew Uniłowski. O Antonim Słonimskim już wspominałem, choć akurat on specjalnie niczym wielkim w kontekście swojej brazylijskiej podróży z 1924 roku się nie zapisał.
Do Brazylii często i chętnie wracał jeden z najbardziej znanych polskich podróżników – Arkady Fiedler. Odziedziczył on po ojcu zakład fotochemiczny, co pozwoliło zrealizować jego pierwszą pasję – pisarstwo. W 1926 roku wydał własnym sumptem, we własnym zakładzie, książeczkę „Przez wiry i porohy Dniestru”. Ale Poznaniak marzył o dalekich podróżach. Gdy uzbierał odpowiednie fundusze, w 1928 roku wyruszył w pierwszą podróż do Ameryki Południowej – do Brazylii właśnie. Miała ona charakter naukowy – Fiedler zbierał okazy fauny z obszaru brazylijskiej Parany. Tak pisał o pierwszych swoich doświadczeniach podróżniczych i literackich:
Wyjechałem do Parany wyłącznie jako
przyrodnik, bez zamiaru utrwalenia na piśmie wrażeń, ale po
powrocie do Polski pełen gorących jeszcze wspomnień i już
nowej tęsknoty, zacząłem pisać o niektórych w puszczy
przeżyciach. (…)
Toć przy Długiej posiadałem
wciąż nieczynną drukarenkę, więc zaangażowawszy
składacza-drukarza w jednej osobie, wydrukowałem owe
książki, nieduże, ale starannie wydane i pięknie
ilustrowane, podobnie jak to zrobiłem przy „Wirach i porohach Dniestru”.
Niestety, kiepsko się rozchodziły, doskonała otaczała je
obojętność czytelników, buble nieznanego autora leżały
melancholijnie w księgarniach poznańskich: pies kot nie dbał o
nie, były zeszłorocznym śniegiem. Mimo to napawały
młodego autora dumą (…) (Fiedler 1983: 55).
Potem były kolejne latynoamerykańskie podróże: do Amazonii i wschodniego Peru (1933), do Trynidadu, Gujany i Brazylii (1942–1943), Meksyku (1948), Brazylii i Gujany (1963–1964), Brazylii (1967), Peru (1970), po Ameryce Południowej (1973) i ponownie do Peru (1978–1979). Poza tym przemierzył także Afrykę, Oceanię, Azję i Amerykę Północną. W sumie odbył trzydzieści wypraw. W swojej twórczości Fiedler wiele miejsca poświęcił Brazylii, o niej m.in. były: „Bichos, moi brazylijscy przyjaciele” (1931), „Wśród Indian Koroadów” (1932), „Ryby śpiewają w Ukajali” (1935), „Rio de Oro” (1950).
Do Brazylii lubił także jeździć Mieczysław Lepecki, adiutant marszałka Józefa Piłsudskiego i jeden z najbardziej otwartych na „inność” obserwatorów latynoamerykańskiej rzeczywistości. Po raz pierwszy do Ameryki Południowej wyjechał w 1922 roku – najpierw do polskich skupisk emigracyjnych w Brazylii. Trzy lata później wyrusza do Argentyny, Paragwaju, Boliwii i Brazylii. Po klęsce wrześniowej w 1939 roku Lepecki przedostał się do Francji, a dalej przez Hiszpanię i Portugalię wyjechał do Brazylii. Przez prawie dwadzieścia lat mieszkał w tym kraju, często zapuszczając się w głąb interioru. Do kraju wrócił na stałe dopiero po odwilży, w 1957 roku.
Nie sposób wymienić wszystkich, którzy byli i opisywali brazylijski kraj, z różnych zresztą przyczyn tam trafiając. Na przykład Wacława Korabiewicza, podobnie jak Lepeckiego, rzuciła tam wojenna pożoga. Z podróżniczych fascynacji byli tam Janusz Wolniewicz Michał Rusinek, Maciej Szczepański czy Mirosław Azembski. Wymienione osoby są jednakże jednymi z wielu, którzy pokonali ocean.
Na koniec tych rozważań jedna, wydaje mi się, ciekawa refleksja. Po przemianach demokratycznych w Polsce w 1989 roku, literatura podróżnicza zaczęła ponownie rozkwitać. Podróżnicy, kreujący się na wielkich odkrywców, stali się nie tylko autorami książek, ale postaciami medialnymi, celebrity, którzy opowiadają o swoich niesamowitych przygodach na latynoamerykańskich lądach. Pełnią rolę wręcz autorytetów nie tylko w zakresie sztuki podróżowania, ale – co gorsza – wiedzy na temat krajów Ameryki Łacińskiej.
Problem w tym, że Polacy nie tyle przestali jeździć do Brazylii, co przestali o niej pisać! Po przeanalizowaniu ponad 130 pozycji polskiej literatury podróżniczej z całego XX i początków XXI wieku owa konstatacja wydaje mi się intrygująca, choć nie potrafię odpowiedzieć na pytanie: „dlaczego?”. Wydaje się, ale jest to wyłącznie sfera moich domysłów, że dzieje się tak dlatego, iż Brazylia przestaje być egzotyczna. Na pewno coś dla polskiego czytelnika z tej wcześniejszej egzotyki pozostało, ale zdecydowanie mniej niż w przypadku innych krajów latynoamerykańskich. Brazylia, wschodzące mocarstwo, o którym często można przeczytać lub usłyszeć w polskich mediach jako o państwie, które aspiruje do odgrywania większej roli w stosunkach międzynarodowych, po prostu nie odpowiada na zapotrzebowanie na egzotykę, jakie zgłasza polski miłośnik podróży. Stąd też siłą rzeczy w niniejszym opracowaniu zajmę się polską literaturą podróżniczą sprzed 1989 roku i tym jak o Brazylii pisano jeszcze stosunkowo niedawno.
W poszukiwaniu egzotycznej i autentycznej Brazylii
„Kraj kontrastów” – to najczęstszy komentarz, jaki możemy przeczytać w literaturze podróżniczej, nie tylko o Brazylii, ale w sumie o wszystkich krajach latynoamerykańskich. Autorzy do takiej konkluzji dochodzą zwykle zaraz po wylądowaniu, już na płycie lotniska (lub zawinięciu statku do portu – zwłaszcza w przypadku starszych podróżników). Dzieje się tak, gdyż jadą oni do Ameryki Łacińskiej z przekonaniem, że oto będą dotykać czegoś egzotycznego, czyli obcego, o czym świadczy etymologia tego słowa (greckie eksotikos to obcy, cudzoziemski, istniejący na zewnątrz).
Egzotyczne jest przeciwieństwem „swojskiego”. Jak wskazuje Grzegorz Gajda, egzotyką będzie to, co dalekie, obce, cudze, dotyczące krajów zamorskich; prymitywem to, co początkowe, niedoskonałe, proste, naiwne. I te dookreślenia wymagają pojęć opozycyjnych. Obce w stosunku do czegoś, co jest bliskie, swojskie. Proste i niedoskonałe wobec czegoś, co jest skomplikowane, doskonałe, na dalszym etapie rozwoju. W egzotyzmie jak w erotyzmie, szuka się różnic niewysłowionych, podwyższenia lub obniżenia gorączki, innego cienia, obcego światła. Wiąże się to zwykle z zaskoczeniem, zdziwieniem, olśnieniem lub przerażeniem (Gajda 1972: 365; Banach 1980: 154–155; Zielińska 1991: 218–219).
To, co odległe, zwłaszcza kraje o odmiennym klimacie i cywilizacji, są więc niejako z definicji egzotyczne, choć egzotyczność można znaleźć także dużo bliżej. I przeciwnie, to, co dalekie nieraz może rozczarować brakiem wyobrażonej wcześniej egzotyki. Dzieje się tak dlatego, że nie istnieją kraje egzotyczne w sensie geograficznym, tak jak istnieją kraje polarne, podzwrotnikowe czy tropikalne. Egzotyczny charakter danego terytorium orzekany jest na podstawie porównania z terytorium tego, kto orzeka. Egzotyka jest pochodną relacji, przy czym każdy z członów tej relacji może być równocześnie egzotyczny dla drugiego (Stoff 1991: 9).
Dopłynięcie przez Krzysztofa Kolumba do Ameryki rozbudziło potrzebę egzotyki na niespotykaną dotąd skalę. Podróże zamieniły się w szukanie egzotyzmu, były podążaniem za potrzebą przeżycia czegoś niezwykłego, mocniejszego, cudownego. Jak pisze Andrzej Banach, Kolumb miał przeczucie wielkiej „nowości”. Raj biblijny, Eden starożytnych, taki był cel jego podróży (Banach 1980: 53, 54). Późniejsze wizje Ameryki i jej mieszkańców w literaturze europejskiej, kreślone najczęściej przez osoby, które nie miały okazji dotrzeć do Nowego Świata, były przejawem potrzeby poszukiwana i znalezienia egzotyki.
Andrzej Stoff, który bardzo dokładnie przeanalizował zagadnienie egzotyzmu w literaturze, słusznie uważa, że egzotyczność jest pochodną nietożsamości kontekstów kulturowych, która rekonstruuje tekst i tego, który warunkuje reakcje czytelnika, i to bez względu na intencjonalne uposażenie dzieła w egzotyzm. Innymi słowy, warunkiem odbioru w kategoriach egzotyczności jest brak wiedzy czytelnika o tej sferze rzeczywistości, która w utworze jest przedstawiona (Stoff 1991: 20).
Jedna książka może być więc przez różne osoby różnie odczytana. Dla czytelnika nieobytego z różnorodnością kulturową świata egzotyczne będzie nawet to, co autor wcale intencjonalnie nie pragnął przedstawić jako egzotyczne. Z kolei czytelnik dysponujący odpowiednią wiedzą poddaje weryfikacji podawane informacje, zwracając uwagę nawet na obiektywnie błahe rozbieżności literackiej kreacji i jej realnego pierwowzoru.
Druga kwestia to poszukiwanie autentyczności, którą można w tym kontekście zdefiniować jako zgodność zwizualizowanego świata z wcześniej wyrobionym wyobrażeniem. Według Deana MacCannella wszyscy turyści ucieleśniają poszukiwanie autentyczności i jest to nowoczesna odmiana uniwersalnej ludzkiej potrzeby sacrum. Turysta jest nowoczesnym pielgrzymem poszukującym autentyczności w „czasach” i „miejscach” możliwie oddalonych od własnej codzienności (MacCannell 2002: 77). Nie każdemu jednak dane jest dotknąć sacrum. Poszukiwanie autentyczności jest jak poszukiwanie Świętego Graala – liczy się przede wszystkim uczestnictwo, bo wszyscy zdają sobie sprawę, że owa wyobrażona autentyczność nie istnieje.
Poszukiwanie autentyczności jest swego rodzaju grą, w której biorą udział dwie strony. Pierwsza – „drużyna” gospodarzy, jest zainteresowana przede wszystkim odgadnięciem oczekiwań turystów oraz wyjście im naprzeciw. Polska na Zachodzie najczęściej jest przedstawiana jako kraj końskich furmanek – cudzoziemiec oczekuje, skoro już tu przyjeżdża, nie dowodów na to, że o furmankach dawno zapomniano, ale powszechność tego środka transportu. Z kolei „drużyna” gości tropi to, co nie autentyczne, albo raczej to co takie im się wydaje. Wygrywa ta drużyna, której uda się zdobyć więcej punktów, tzn. poprawnie odgadnąć zainteresowania gości czy „fałszerstwa” gospodarzy.
Malcolm Crick zwraca uwagę,
że w pewnym sensie każda kultura jest „inscenizowana” i do pewnego
stopnia nieautentyczna. Kultury są z definicji podlegającymi
modyfikacjom i poddawanymi przeróbkom produktami człowieka (Crick 1988:
65–66). Autorzy literatury podróżniczej jednakże ignorują ten
fakt, zatracając się w poszukiwaniu „autentycznej autentyczności”.
Chociaż nieraz sami wpadają w pułapkę – za
„autentyczną autentyczność” brane są produkty, które
są „zainscenizowanymi atrakcjami” turystycznymi, jak na przykład w
Brazylii wycieczki do faveli czy ekscytujące one day in Rio.
Jednym z przejawów owej egzotyzacji Brazylii jest podkreślanie na każdym kroku… lenistwa jej mieszkańców. Możemy to umownie określić mianem kultury mańana. Polscy podróżnicy, zarówno ci z początku XX wieku, jak i nam współcześni wszędzie dostrzegają jej przejawy.
Już
Józef Siemiradzki opisuje swoją podróż do brazylijskim interiorze z
1891 roku posługując się portugalskimi zwrotami: tem tempo
(„mamy czas”) i paçiencia („cierpliwość”). Ze zdziwieniem
obserwuje, że zwłoka kilku dni lub nawet tygodni na
uczęszczanych trasach należy tam do zjawisk tak pospolitych, że
nikt nie protestuje. Całą sytuację komentuje bardzo ironicznie,
a podobne sformułowania można znaleźć we wszystkich niemal
polskich książkach podróżniczych:
O caminho esta um pouco măo (droga jest
trochę popsuta) mówi sobie brazylijski podróżny i czeka z filozoficznym
spokojem, aż się sama naprawi, niema bowiem, ścieżki
niedostępnej dla tutejszych niepozornych koników, o ile błoto wskutek
długotrwałych deszczów nie stanie się tak głębokiem,
iż w niem utonąć można. Paçienca! – powiada sobie
Brazylianin – należy tylko zaczekać aż droga wyschnie...
to takie proste, nieprawdaż? Dziwno mi tylko, dlaczego tak prostej zasady
konserwacyi dróg w Europie nie zaprowadzą. Ustałyby utyskiwania na
złe drogi, a z hasłem „mamy czas” i „cierpliwość” ludzie
żyliby równie wygodnie, jak brazylijski Caboco, nie znający tak
wybrednych wymysłów europejskich, jak meble, cały dach nad
głową, dobre pożywienie, poczty, telegrafy, koleje i tym podobne
dzikie fantazye wydelikaconych i przenerwowanych Europejczyków. Brazylianin
swoją filozofię życiową streszcza w jednym wyrazie: paçienca.
Zazwyczaj mamy Anglików za wzór flegmatycznego narodu: kto tak twierdzi, nie
widział nigdy Brazylianina w całej pełni jego flegmy i
cierpliwości. Widziałem nieraz karawany, obozujące tygodniami
całemi przy wielkiej kałuży, w oczekiwaniu aż wyschnie.
Brazylianinowi przez myśl nawet nie przejdzie, iż przez ten czas
gromada bezczynnie czekających zmiłowania Bożego parobków
mogłaby z łatwością dziesięć takich
kałuż zasypać. Widziałem materyaly do naprawy zepsutego
mostu latami gnijące na brzegu z powodu niedołęztwa władz
powiatowych, a żadnej karawanie, tracącej czas nad brzegiem
wezbranego potoku, nie przyszło na myśl zabrać się samym do
naprawy, nieraz bardzo drobnej, boć przecie mostek sam się nie
naprawi, a zanim się coś u brazylijskich władz prowincyonalnych
wykołacze, lata minąć mogą, Brazylijski poganiacz zadowoli
się dosadnem przekleństwem pod adresem rządu, a na zapytanie,
dlaczego sobie sam drogi nie naprawi, miast czekać tygodniami całemi
w polu, odpowie nieomylnie, popijając hervę mate: năo e meu
negocio („nie moja rzecz”) (Siemiradzki 1900, II: 42–44).
Janusz Wolniewicz tłumaczy słowo mańana
jako „może” lub „nie”:
I wreszcie ukochane w
całej Ameryce Południowej słówko „jutro”, czyli mańana.
Po portugalsku brzmi ono amanto (amanha). Ma ono wiele
znaczeń, ale najczęściej tłumaczyć je należy jako
„może” lub po prostu „nie”, zwłaszcza kiedy się w kontaktach
powtarza. Brazylijczycy są zbyt grzeczni, aby odmawiać wprost.
Posługują się zatem nieobowiązującym „jutro” i
należy o tym pamiętać, aby nie zaznać rozczarowań.
„Spotkamy się jutro” czy „załatwimy jutro tę sprawę” –
oznacza najczęściej ostateczną odmowę (Wolniewicz 1983:
235).
Jest to
jedna z wielu definicji mańana zawartej w polskiej literaturze podróżniczej.
Owa kultura lenistwa i beztroski jest łączona z rozwojem (a raczej
„niedorozwojem” lub „zacofaniem”). Niewiele osób wydaje się zdawać
sobie sprawę, że owe przejawy kultury mańana można
znaleźć, jak już wspomniałem, zarówno w Polsce (gdzie
przecież jeszcze nie tak dawno obowiązywała wręcz zasada:
„czy się stoi czy się leży 200 złoty się
należy”), jak i krajach Europy Zachodniej.
Do
jednych z nielicznych bardziej „wrażliwych” obserwatorów należy Michał Rusinek, który zresztą jest skłonny do
wyznań, które nie totalizują jego opowieści – „Im
dłużej podróżuję po Brazylii, tym mniej ją rozumiem”
(Rusinek 1964: 68), nawet jeżeli „nieraz” zazdrości dawnym
podróżnikom, którzy mieli większe możliwości odkrycia
czegoś nowego. Snując rozważania zadaje więc sobie pytanie:
skoro wszyscy Latynosi
są z definicji tacy powolni i leniwi, to jak można
wytłumaczyć szybki rozwój Brazylii? Skąd się
wzięły te gigantyczne budowle, wiadukty czy autostrady? Kto
zaprowadził ogromne plantacje kawy, zbudował porty i wielkie arterie
miejskie? Nasz pisarz znajduje odpowiedź – dzięki imigracji polskiej,
niemieckiej, włoskiej, japońskiej czy francuskiej. Oto przybyło
„po kilkaset tysięcy ludzi pracowitych, wytrwałych w działaniu”.
Rusinek nie chce obrażać Brazylijczyków, ale – jak twierdzi – oni
sami wiedzą ile imigracja dobrego im dała i ile
zawdzięczają „wysiłkom napływowego elementu” (Rusinek 1964:
55–56).
Także Maciej Szczepański
wykazuje zrozumienie dla latynoskiego postrzegania czasu:
A więc – wzajemna
wyrozumiałość i kształtująca się na tej podstawie
kultura sprawia, że mimo absolutnego lekceważenia zasad ruchu,
wypadków na ulicach Caracas prawie nie ma. I to jest chyba jedna z cech
Latynosów, którą ujawniają oni siedząc również za kierownicą:
spokój, brak pośpiechu i bałagan. Myliłby się jednak ten,
kto by przypuszczał, że jest to bałagan w klasycznej formie,
albowiem za owymi pozorami bezładu i braku zorganizowania Latynosów, za
ich przysłowiowym brakiem punktualności – kryje się w gruncie
rzeczy bardzo sprawne i bardzo konsekwentne działanie, tyle że
trochę rozciągnięte w czasie. Trudno się jednak
śpieszyć w temperaturze sięgającej powyżej 40 stopni w
cieniu (Szczepański 1973: 21).
Z tym wiąże się także zjawisko machismo. W opisach polskich podróżników dominuje pogląd, że każdy Brazylijczyk to macho, zaś żaden macho nie może się obyć bez dwóch rzeczy – seksu i piłki nożnej. Bez opisów, jak Latynosi potrafią kochać, nie mogłaby się zaś obejść żadna porządna literatura podróżnicza. Janusz Wolniewicz pisze na przykład:
Brazylijczycy bardzo lubią
dzieci i, pardon, ich produkcję. Na wsiach jedenastka piłkarska plus
jeden zapasowy uchodzi za rzecz normalną, w miastach czworo,
sześcioro dzieci również mieści się w normie. Być
może taki stan rzeczy jest wynikiem niewzruszonej reguły, że
każde stadło małżeńskie, niezależnie od statusu
społecznego, musi legitymować się cama de casal, czyli wspólnym wielkim łożem
małżeńskim. Brak takiego sprzętu wprawia w ruch złe
języki (Wolniewicz 1983: 235).
O urodzie Brazylijek pisze także Michał Rusinek, który podziwia młode pląsające brazylijskie dziewczęta „czarne jak heban” lub „brunatne jak kora imbui”, smagłe Mulatki i Indianki, a także starsze Afroamerykanki o nadmiernie rozkwitłych piersiach, „w których zdawały się bulgotać krew i mleko” (Rusinek 1964: 33). Mieczysław Lepecki także jest zachwycony brazylijskimi kobietami, drobnokościstymi, smukłymi, o delikatnych rysach i pięknych oczach. Określa je mianem chwiejnych i delikatnych kwiatów tropikalnych.
Gdyby jedną z takich brazylijskich łątek,
nawet przeciętnej na tutejsze stosunki urody, przenieść do
Warszawy – zrobiłaby nie lada furorę, a mężowi, gdyby go
znalazła – wielką i przykrą po niewielu latach
niespodziankę (Lepecki 1960: 184–185).
Cóż
to za niespodzianka? Jak pisze autor, brazylijskie dziewczęta
wcześnie rozkwitają, ale i szybko więdną. Tak więc,
choć cudzoziemcy chwalą sobie Brazylijki jako dobre żony,
gdyż są łagodne, zgodne i ciche, a poza tym
„największą i bodaj jedyną ich ambicją życiową
jest małżeństwo, dzieci, fatałaszki i dom”, to przed
sprowadzeniem ich nad Wisłę Lepecki raczej przestrzega.
Z
kolei cytowany powyżej Janusz Wolniewicz, starający się zawsze,
nawet pisząc o seksie, stosować futbolową metaforykę,
odwiedził w Rio de Janeiro słynną Maracanę. Liczył,
że uda mu się poczuć atmosferę stadionu, na którym
byłoby ponad 150 tysięcy osób. Niestety, autor miał pecha i los
mu tego widoku poskąpił – trafił bowiem jedynie na mecz
kobiecych reprezentacji Săo Paulo i Rio de Janeiro, który
oglądało „zaledwie” 15 tysięcy.
Najwidoczniej Brazylijczycy piłkę
nożną w wykonaniu kobiet uznali za profanację tej pięknej
sztuki i mecz zignorowali. Obie drużyny, składające się z
aktorek teatrów i kabaretów dwu miast, pokazywały na ogół wszystko
poza piłkarskimi umiejętnościami. Zbożny cel, jaki
przyświecał im w tej działalności – dochód ze spotkania
przeznaczony na dom starych aktorów – usprawiedliwiał wprawdzie te
„zagrywki”, ale nie pobudził tłumów do przybycia na mecz. Aktorki
zresztą grały świetnie, rzadko jednak potrzebna im była w
tym celu piłka. (…)
Dzięki temu spotkaniu mogę teraz z czystym
sumieniem stwierdzić, że nawet w Brazylii istnieją
piłkarskie drużyny, które nie mają zielonego pojęcia o
piłce nożnej, a mimo to depczą „świętą”
murawę słynnego stadionu Maracana (Wolniewicz 1983: 237–238).
O Antonim Słonimskim i jego publikacjach, które wzbudziły wiele kontrowersji już pisałem. Charakteryzując różnice w stroju Europejczyków (którzy w tropikach ubierają się na biało) i Brazylijczykach (chodzą „w czarnych żakietach, melonikach i sztywnych kołnierzach”), polski pisarz dodaje:
Wyjątek stanowią Murzyni, z których
każdy mógłby bezkarnie z gołą głową skakać z
małpami po palmach i dlatego właśnie ubiera się przesadni
biało, wachluje się i udaje zmęczonego gorącem – co
należy do dobrego tonu (Słonimski 1925: 35–60).
Na szczęście jednak nie wszyscy polscy podróżnicy opisują Afrobrazylijczyków z tak rasistowskiego punktu widzenia. Wacław Korabiewicz, który w czasie wojny na jakiś czas zatrzymał się w Brazylii, z uwagą obserwował stosunki międzyrasowe. Doszedł w konsekwencji do wniosku, że „najpodlejszą rasą w świecie jest rasa białych, a z niej szczególnie gatunek europejski”. Porównuje też polskich chłopów z czarnoskórymi brazylijskimi kaboklami:
Ten ostatni pisać nie umie i nie słyszał
nigdy o istnieniu radia, ale gdy idzie, to gracja wyraża się w
każdym jego ruchu, kiedy przyjmuje gościa w domu jako gospodarz, to
zda się nauki pobierał w Wersalu, gdy jedzie konno, to jak na
królewskiej defiladzie. Co za godność i co za powaga! Dostojność
i duma, honor i ambicja (…) (Korabkiewicz 1989: 200).
Mieczysław Lepecki także wykazuje dużo taktu opisując strukturę rasową Brazylii. Należy do tej grupy autorów, którzy piszą o niedyskryminacyjnym charakterze społeczeństwa. Często zderzając to z rasistowskimi normami społecznymi i prawnymi w Stanach Zjednoczonych. Próbuje łamać stereotyp Afrobrazylijczyka jako przestępcy, któremu nie można ufać. Opisuje jak bezpiecznie czuł się wśród „czarnych jak pieprz Murzynów” (Lepecki 1962: 162–163). Jednocześnie jednak przyznaje, że ich przedarcie się ku wyższym sferom jest praktycznie niemożliwe.
Według odwiecznego zwyczaju Murzyn jest
pracownikiem fizycznym, zwykle analfabetą biedakiem. W takich ramach
cieszy się pewną pobłażliwą sympatią. Posiada
przy tym głęboko zakorzenione przekonanie, że tylko brakiem
pieniędzy różni się od białych. „Murzyn bogaty to
biały” – lubi powtarzać. W rzeczywistości jednak nawet wypchany
pieniędzmi, nawet w pozbawionej przesądów Brazylii, nie przedostanie
się w dzisiejszych stosunkach społecznych przez tysiączne
zwyczaje i zapory, jakie między nim i sobą wznieśli ludzie
biali. Trzeba by było bardzo głębokiego wstrząsu i
przykładu, aby te zwyczaje i zapory runęły i aby człowiek
czarny stał się naprawdę równy swemu bratu o białej skórze
(Lepecki 1960: 24).
Z tą diagnozą zgadza się Arkady Fiedler, który obnaża pozorność braku dyskryminacji w Brazylii (Fiedler 1988: 49). Także wielu innych autorów dostrzega zarówno brak bezpośrednich działań dyskryminacyjnych wobec ludności afrobrazylijskiej, z drugiej strony zaś, wyrażając swój pesymizm, co do możliwości ich awansu społecznego. Maciej Szczepański tak pisze o wielorasowości społeczeństwa brazylijskiego:
Już
dzisiaj zresztą, spacerując ulicami Rio, widzi się różne
odcienie brązu na obliczach mijanych przechodniów. Brazylia jest chyba
jedynym krajem na tym kontynencie, gdzie problem rasy nie istnieje, gdzie kolor
skóry nie odgrywa żadnej roli. Daje to znakomite rezultaty. Mieszanina
krwi z Półwyspu Iberyjskiego, krwi murzyńskiej, indiańskiej,
anglosaskiej, słowiańskiej (a jakże!) sprawia, że tamtejsze
egzemplarze gatunku homo sapiens są bardzo dorodne, że płeć
brzydka nie jest taka znowu brzydka, a płeć piękna… szkoda każde
słowo (Szczepański 1973: 75).
W Ameryce Łacińskiej, zwłaszcza w Brazylii, wszystko musi być – zdaniem polskich podróżników – wielkie! Lepecki opisuje miasto Brasilię w momencie, gdy była ona jeszcze budowana. Architektura, podsycana nieograniczonymi wprost zasobami finansowymi, stwarzała – jego zdaniem – cuda (Lepecki 1960: 160). Wtóruje mu Arkady Fiedler, który pisze, że nową stolicę zbudowano na bezludziu i jałowiźnie. I pyta: „Szaleństwo?” – a zaraz sam odpowiada: „Tak, ale twórcze szaleństwo” (Fiedler 1984: 9). Michał Rusinek opisuje zaś potężny pomnik Chrystusa na górze Corcovado w Rio de Janeiro, gigantyczne pałace gubernatorów, wyniosłe drapacze chmur, niezwykłych rozmiarów dzienniki, mających niedzielne wydania po 132 strony druku, a poza tym, jak fantastyczne bywają afery i skandale, oraz że „największa z wszystkiego to nędza setek tysięcy mieszkańców żyjących w lepiankach na favelas” (Rusinek 1964: 55).
Wielkie są więc także brazylijskie favelas. Są to miejsca, gdzie turyści się nie zapuszczają; podróżnicy jak najbardziej. Jest to widok dla polskich autorów literatury podróżniczej obcy, a więc egzotyczny. Mirosław Azembski zwiedzał brazylijskie favele. Dotarł tam złamany fizycznie i w nie najlepszej kondycji psychicznej:
Źle się zresztą stało, bo do
zwiedzania favel trzeba szczególnej odporności. Normalnym udziałem
każdego przybysza z zewnątrz jest porcja drwin i wyzwisk, miotanych z
niebywałą wprawą, zwłaszcza przez kobiety, no i
oczywiście stała, hałaśliwa asysta żebrzących
dzieci. Trudno jest zdobyć w dolnym mieście referencje do kogoś
na faveli, a z kolei bez takiego specyficznego polecenia wszelki kontakt jest
niemożliwy. Nędza stwarza ekskluzywność większą
niż salony. Nie zamieniłem podczas tej wyprawy ani jednego słowa
z mieszkańcami i po powrocie musiałem zdać się na
stereotypowy portret, jaki maluje swoim „favelados” przeciętny „carioca”
(mieszkaniec Rio). Jest to zapewne portret powierzchowny, jeśli nie
zgoła fałszywy, bowiem favelado zawsze stanowił zagadkę dla
ludzi z zewnątrz. Czy bywa on rzeczywiście na tyle zadowolony ze
swego losu, względnie na tyle zobojętniały, że nie
zdobędzie się nigdy na odruch buntu? Od lat niepamiętnych
spogląda z wysokości swojej zatopionej w mroku faveli na
drgające neonami miasto ludzi uprzywilejowanych. Z miesiąca na miesiąc
rząd częstuje go nową podwyżką cen, coraz bardziej
rozpasaną inflacją i tylko formalną, trikową
podwyżką płacy – jeśli oczywiście tamten pracuje.
Skąd bierze tę nieograniczoną wytrzymałość
nerwową? (Azembski 1967: 105).
Polscy podróżnicy poszukując egzotyki, zatracają się w niej tak bardzo, że nieraz coś jest tak egzotyczne, że przestaje być egzotyczne. Tą pozorną sprzeczność wyjaśnia Jerzy Ostrowski, który uważa, że Indianie Koroadzi i Caingansowie są tak prymitywni, że „nie przedstawiają ciekawego (»egzotycznego«) tematu do badań” (Ostrowski 1929: 133). Z kolei Michał Rusinek widzi egzotykę, ale radzi unikać tego słowa przy Brazylijczykach, którzy wówczas łatwo się denerwują. Do kanonu słów zakazanych zalicza także: „tropik, upał, dżungla, południowiec, a już poruszanie w rozmowie problemu różnych ras należy do dużego nietaktu” (Rusinek 1964: 19).
Rozważania na temat egzotyzacji Brazylii przez polskich podróżników można by ciągnąć dalej. W tym miejscu chciałbym jednak przyjrzeć się bliżej dwóm autorom literatury podróżniczej, którzy powyższe wątki szczegółowo zawarli w swoich pracach – Jerzemu Ostrowskiemu i Zbigniewowi Uniłowskiemu. W obu przypadkach przyjęte strategie narracyjne są bardzo ciekawe, a zyskują na tym tylko wyobrażenia o Brazylii.
Życie
i obyczaje mieszkańców Ziemi Świętego Krzyża – spojrzenie
zaangażowanego podróżnika
Wspomniałem
już, że Jerzy Ostrowski w swojej powieściopisarskiej
twórczości zajął się też tematyką
brazylijską, czego owocem były dwie książki. Mnie jednak
najbardziej interesuje „Ziemia Świętego Krzyża (Brazylja)”, wydana
w 1929 roku przez wydawnictwo Gebethner i Wolff. Jest to bogato, zwłaszcza
jeżeli uwzględnimy datę jej publikacji, ilustrowana ponad stu
zdjęciami praca opisująca charakter narodu brazylijskiego, życie
towarzyskie i społeczno-ekonomiczne, warunki przyrodnicze, sytuację
Polaków w tym kraju oraz Indian, a także zawierająca bardzo ciekawy
mini-poradnik – „jak zwiedzać Brazylię”.
Narracja
Ostrowskiego jest w dużej mierze egzotyzująca i europocentryczna.
Autor dziwi się wielu zastanym w Brazylii realiom, a część
jego poglądów można by dziś śmiało określić
mianem rasistowskich. Jednocześnie jednak stara się on
zdemistyfikować wizerunek Brazylii jako kraju na wskroś egzotycznego,
kreowany przez innych polskich podróżników. Jego argumentacja przeciwko
takiemu opisywaniu państw latynoamerykańskich jest w tym
kontekście niezwykle ciekawa i warta zastanowienia.
Ostrowski zaczyna swoją książkę o Brazylii od krytyki literatury podróżniczej. Pisze o jej przesadzie, jednostronności, patosie i rozpalonej wyobraźni, nie mającej wiele wspólnego z tym krajem. Oskarża twórców literatury podróżniczej, że kierują się oni niskimi pobudkami związanymi z chęcią zaimponowania czytelnikowi swoimi niesamowitymi przygodami w „dzikim kraju”.
Taki uczony pan, w ciągu kilkutygodniowej
podróży naukowej, spotyka takie nadzwyczajności, jakich zwykły
śmiertelnik, urodzony i osiwiały w puszczy, nigdy nie widział.
Na każdym noclegu przerywa mu błogi sen ryk
jaguara, wrzawa papug, chociaż te, o ile wiem z własnego
doświadczenia, w nocy śpią, jak każde porządne
stworzenie; rano stacza walkę z małpami, po południu dostaje
się w szpony olbrzymiego grzechotnika, który tylko dlatego
śmiertelnie go nie ukąsił, że miał żabę w pysku,
jakiej tak prędko ani wypluć, ani połknąć nie był
w stanie.
Mój Boże! Podczas tyloletniej włóczęgi
po lasach brazylijskich, nie tyle z przyjemności albo
zachłanności naukowej, ile z twardej potrzeby, dwa razy tylko
usłyszałem ryk jaguara..., ale małpy nie atakowały mnie
nigdy, nigdy też nie borykałem się z mrówkojadem i ani razu nie
nadeptałem grzechotnikowi na ogon (Ostrowski 1929: 9).
Dlatego nasz autor deklaruje, że sam nie będzie egzotyzował (choć tej obietnicy nie udaje mu się spełnić) i wyjaśnia czytelnikowi, że w jego książce nie znajdzie:
· szwendających się po podwórkach jaguarach;
· pojedynków uzbrojonych po zęby bandytów na ulicach miast, które w Brazylii nie są częstsze niż w Polsce;
· Polaków cywilizujących półdzikich tubylców, gdyż w Brazylii to właśnie nasi rodacy byli warstwą niższą, „wołami roboczymi”;
· tchórzliwych Brazylijczyków uciekających przez Polakami (Ostrowski 1929: 11–12).
Bardzo
interesujący, choć anachroniczny, jest rozdział, w którym autor
stara się scharakteryzować Brazylijczyka. Dowodzi, że
składają się na niego: 1) cechy południowców, a w szczególności
Portugalczyków, 2) pierwszych osiedleńców-awanturników, a także
zsyłanych do tego kraju przestępców kryminalnych, 3) ogromna swoboda
indywidualna, przez co rozumie brak ochrony państwa nad swoimi obywatelami
i brak możliwości dochodzenia swoich roszczeń oraz z rzadka
tylko ukarania winnych, 4) „dopływ krwi murzyńskiej i indyjskiej”
(indiańskiej), który spotęgował pewne cechy typowe dla ras
południowych, jak zamiłowanie do zabaw, pewną naiwność
i dobroduszność, a zarazem brak wytrwałości w każdej
zorganizowanej pracy, 5) last but not least – specjalne warunki
powstałe w wyniku długotrwałego podboju kraju, w
ciężkiej walce i powiązana z tym faktem wyraźna przewaga
mężczyzn nad kobietami.
Bazując
na tej charakterystyce Ostrowski stwierdza, że rasa brazylijska jest
młoda i stąd jej typowa apatia i obojętność,
połączona z wybuchami gniewu lub hucznej wesołości;
chaotyczność i samowola w życiu publicznym, w
przeciwieństwie do „ścisłości” i
„wyłączności” życia prywatnego i rodzinnego;
zamiłowanie do zewnętrzności, a także
niecierpliwość oraz nieumiejętność planowego
współdziałania dla osiągnięcia pewnych celów wspólnych
(Ostrowski 1929: 16).
Autor
stara się przedstawić obyczaje Brazylijczyków, które choć dla
niego wydają się egzotyczne, bardzo mu się podobają. Pisze
na przykład o tym, że w Brazylii obowiązuje „niezmierne
poszanowanie indywidualnej wolności” objawiające się na
przykład… klaskaniem na gospodarza przed domem, zanim dostanie się
zgodę na wejście do niego. Zwyczaj ten ponoć
obowiązywał zarówno w mieście, jak i w interiorze, choć z
tą różnicą – zaznacza nasz podróżnik – „że w tym
ostatnim wypadku trzeba nieraz wołać długo i głośno…”
(Ostrowski 1929: 20). Zachwyca się także stosunkiem Brazylijczyków do
kobiet, który uważa za nader elegancki.
Ostrowski
jest również pod wrażeniem sposobu rozwiązywania sporów
między mężczyznami. Jeżeli pada jakaś obelga
odpowiedzią od razu jest strzał i sprawa jest załatwiona.
Każdy ma broń, więc prawdopodobieństwo strzelaniny jest
bardzo duże. To jest czynnik, który – jego zdaniem – wymusza
grzeczność wśród Brazylijczyków. Autor uważa, że na
świecie istnieją trzy lub cztery sposoby załatwiania
nieporozumień między mężczyznami. Klasyfikuje je w
następujący sposób: 1) północnoamerykański, który polega na
biciu się kułakami po twarzy; sposób ten – jego zdaniem – został
rozpropagowany przez filmy amerykańskie, 2) brazylijski, polegający
na natychmiastowym użyciu broni, oraz europejski, który występuje w
dwóch postaciach: 3) pojedynku, ale to dotyczyło pewnej (w domyśle wyższej)
sfery 4) i ostatni, określany przez niego jako „nieuregulowany”,
połączony zazwyczaj z wymyślaniem, robieniem skandalu itp., w
konsekwencji zaś opierający się o policję lub sądy.
Podróżnik
uważa, że pojedynek jest najpiękniejszą formą walki,
jednakże „płytkość zblazowanych młodych snobów”
zrobiła z niego zabawkę, która była nadużywana, więc w
konsekwencji go krytykuje. System północnoamerykański uważa za
wulgarny. Dwa pozostałe sposoby rozwiązywania sporów – brazylijski i
nieuregulowany europejski – charakteryzuje w następujący sposób:
Ośmielam
się stwierdzić, że ten ostatni – najbardziej zgodny z
obowiązującym prawem – jest najbardziej niemęski, wulgarny i
sprzyjający wyrobieniu się nieodpowiedzialnego chamstwa. Gdyby pan,
wszczynający awanturę w tramwaju i używający
obelżywych słów, wiedział, że może na miejscu
dostać kulkę – na pewno byłby wyrafinowanie uprzejmy.
Pozbawienie broni mężczyzn w społeczeństwach europejskich
nie osiągnęło swego głównego celu: uniemożliwienia
krwawych nieporozumień, gdyż bandyta zawsze broń znajduje,
natomiast wywołało indolencję i tchórzliwość
mężczyzny z przeciętnej sfery inteligencji i mieszczaństwa
i przyzwyczaiło go do odruchowego krzyku tchórza, w razie niebezpieczeństwa:
Policja! Swoboda w nabywaniu broni przyczyniłaby się prawdopodobnie –
po pewnym okresie nadużyć – do ostrożności zarówno w jej
użyciu, jak w ogóle w stosunkach międzyludzkich (Ostrowski 1929: 25).
Zdaniem
Ostrowskiego, Brazylijczyka (czy jak jest napisane w tekście
„Brazyljanina”) są w stanie poruszyć tylko dwie rzeczy: bicho
(nielegalna gra hazardowa) i karnawał. A Brazylijczycy umieją i
lubią się bawić! W czasie karnawału Brazylia szaleje,
śpiewa, biega, krzyczy i dokazuje. Autor uważa także, że
dla Brazylijczyka, aby dobrze się bawić wcale nie potrzeba alkoholu i
– o dziwo! – zabawa nie miesza się z „pierwiastkiem erotyzmu”. Uważa,
że ich rozrywka jest niewinna i naiwna, bawią się samym ruchem,
światłem, muzyką i barwami. Konkludując swoje rozważania,
uderza w bardzo ewolucjonistyczny ton:
Ale
cóż? – skoro to bawi młody naród, który musi jeszcze przechodzić
zarazem renesans i wiek oświecenia (Ostrowski 1929: 34).
Ostrowskiemu
podoba się w Brazylii, że „polityka nie psuje jej krwi”. Z kolei
rozdział poświęcony stosunkom ekonomicznym zaczyna w
następujący sposób:
Ponieważ
nudny ten rozdział opuszczą prawdopodobnie wszystkie czytelniczki i
znaczna część czytelników, śpieszę zaraz na
początku wypisać grubymi literami: w Brazylii niema miejsca i pracy
dla inteligentów! (Ostrowski 1929: 29).
Ostrowski
rozwodzi się także nad stosunkami towarzyskimi w Brazylii,
zwłaszcza relacji damsko-męskich. Autor opisuje jak bardzo kobiety
były w tym kraju „chronione”, co wynikało – jego zdaniem – z
nierównej struktury płci, zdecydowanej przewagi mężczyzn i niedoboru
kobiet. Stąd kobieta brazylijska żyła prawie w zamknięciu,
do gościa nie wychodziła, na ulicy zjawiała się rzadko i
prawie nigdy sama. Jedynie co mogła robić to wyglądać
godzinami przez okno, co znalazło nawet swoje odzwierciedlenie w
języku – powstał specjalny czasownik janellar
(„okienkować”).
Jeżeli
jakiemuś donżuanowi udało się złamać
„zabezpieczenia” i naruszył kobiecą cześć narażał
się na utratę wolności kawalerskiej (częste śluby
przymuszane przez policję, zwłaszcza w czasie karnawału),
życia, lub – „specjalnym zwyczajem brazylijskim” – męskości…
(Ostrowski 1929: 48). Autor demitologizuje także „południowy
temperament” Brazylijek, stwierdzając, że życie erotyczne nie
jest wybujałe i intensywne.
Żona
w Brazylii jest jeszcze lepiej chroniona niż panna, stąd wierna
mężowi (chyba w myśl zasady „okazja czyni złodzieja”).
Brazylijka jest monotonną towarzyszką życia, gdyż „nic nie
czyta (jedyną jej rozrywką i nauką jest kino), mało widzi
ludzi i zjawisk, mało rzeczy ją interesuje i w ogóle haremowy tryb
jej życia utrzymuje ją na poziomie niezmiernie płytkim”
(Ostrowski 1929: 49). Choć autor widzi w tym także pozytywne strony
takiego chowania kobiet:
Są
to nie byle jakie plusy, zwłaszcza w zestawieniu z
małżeństwami polskimi, gdzie „pantoflarze” są regułą,
a wyjątki… wyjątkami (Ostrowski 1929: 43).
Autor
podjął się także oceny kobiecej urody Brazylijek (choć
zastrzega, że jego analiza dotyczy przede wszystkim panienek). Tak
więc, według Ostrowskiego, Brazyljanka:
prawie
niema brzydkich nóg, twarze na ogół przeciętnie ładne, ale bez
wyrazu i nieco za duże, całość – jakby za krótka.
Oczywiście włosy i oczy przeważają ciemne; oprawa oczu i
same oczy ładne, ale mało mówiące, nos dość wydatny,
dół twarzy (broda) nieco za duży.
Brazyljanka
rozwija się bardzo wcześnie; czternasto- piętnastoletnia robi
wrażenie dorosłej panny, a nierzadko dziesięcioletnia wykazuje
wyraźne sformowanie i zachowuje się jak świadoma siebie kobietka
(Ostrowski 1929: 51).
Z
racji tego, że brazylijskie kobiety są ściśle chronione
przez mężczyzn, panie lekkich obyczajów są rekrutowane w
Europie. Ostrowski docenia fakt, że społeczeństwo brazylijskie
zrozumiało „niezbędność obecności kobiet publicznych”,
stąd były one traktowane zasadniczo odmiennie niż w Europie. W
tym stosunku do nich nie ma pogardy ani obrzydzenia. „Są one tak samo
wolnymi obywatelami, jak wszyscy, i żadnej reglamentacji, ani
ograniczeniom nie podlegają” (Ostrowski 1929: 49).
Pewne
zdziwienie muszą wzbudzić dwa ostatnie rozdziały owej
książki. Przedostatni nosi kuriozalny tytuł „Interior.
Koń”. Autor zaczyna od opisu wewnętrznych obszarów Brazylii, ale
bardzo szybko uznaje, że zarówno w bliższym, jak i dalszym interiorze
najważniejszą rolę odgrywa koń i kto „nie ma pociągu
do konia – nie potrafi zrozumieć interioru i nie znajdzie w nim literalnie
nic” (Ostrowski 1929: 154). W dalszej części autor koncentruje
się już tylko na opisie brazylijskiego konia, uznając, że
interior przy tym blaknie (jedynie pod koniec rozdziału nieco uwagi
poświęca mułom).
Ostatnia
część książki poświęcona została
„Zwiedzaniu Brazylii”. Można rzec, że Ostrowski spróbował
nakreślić jeden z pierwszych, choć krótki, przewodnik po tym
kraju dla Polaków. Uznał bowiem, że coraz więcej naszych rodaków
wyjeżdżało za granicę i takie informacje są im
niezbędne.
Pisze
więc co warto zobaczyć (np. Foz do Iguassú), jak się tam
dostać (statkiem, który zawija do wielu portów, bo wówczas można
więcej zobaczyć) i jakie pamiątki z stamtąd
przywieść. Dowiemy się więc, że skóra jaguara
była w cenie od 200 do 400 zł, zaś wydry około 40 zł.
Co ciekawe, Ostrowski dostrzega potrzebę egzotyki w polskim turyście,
ale jednocześnie samo słowo pisze w cudzysłowie, niejako
dystansując się do niego. I na koniec rada od autora:
Wreszcie
wszystkim, wybierającym się do Brazylii, radzę uzbroić
się w aparat fotograficzny, bardzo portable i z doskonłym
szkłem, oraz w hermetyczne, żelazne pudełka do klisz.
Tematów
bądź co bądź nie zabraknie (Ostrowski 1929: 188).
I z tym ostatnim zdaniem trudno się nie zgodzić…
Żyto
w dżungli – spojrzenie antypodróżnika
Spojrzenie
na Amerykę Łacińską Zbigniewa Uniłowskiego jest
już przez polską krytykę literacką bardzo dobrze omówione.
Wnikliwej analizy tego wątku jego twórczości podjęli się
między innymi Bolesław Faron czy Dorota Kozicka, która określa
Uniłowskiego mianem „mętnego spacerowicza, pogrążonego w
nieciekawych rozmyślaniach”. Twórczość Uniłowskiego zawsze
była odbierana jako kontrowersyjna i pisano o niej bardzo różnie.
Wydanie jego „Dnia rekruta” wzbudziło takie oburzenie w Polsce, że
zmusiło go do powrotu z wyprawy do Brazylii, którą odbywał na
zlecenie i koszt polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych.
Owocem
jego trwającej rok podróży (lata 1934–1935) po Ameryce
Łacińskiej były dwie książki: „Żyto w
dżungli” i „Pamiętnik morski” oraz reportaże drukowane w
polskiej prasie. Jak zaznacza sam autor, opisuje w pierwszej i najciekawszej z
wymienionych książek zaledwie miesiąc swojej wyprawy.
Zbigniewa
Uniłowskiego można określić mianem antypodróżnika, a
jego „Żyto w dżungli” książką
antypodróżniczą, będącą antyrelacją z
podróży odbytej na początku lat trzydziestych XX wieku. Cały
czas autor zastanawia się w niej: „Po co tam jadę? Może
zginę gdzieś nędznie od kuli, noża czy pazurów!”, uznaje,
że jest „pisarzem od spraw istotniejszych niż głupie
podróże”. Zdaje sobie sprawę z obowiązku, jaki na nim spoczywa
(relacjonowania podróży), ale nie zamierza go spełniać,
przynajmniej nie w ten sposób, jak to czynią podróżnicy.
Uniłowski, antypodróżnik-skandalista, przyznaje się do takich
rzeczy, do który ani podróżnik-narrator, a tym bardziej
podróżnik-bohater nigdy by się nie przyznali:
Naprawdę
nie wiem, dokąd jedziemy. Gdzieś w lasy, znane mi z okropności
opowiadanych na zimno przez tych, którzy je znali. Prócz tępego
zdenerwowania i oszołomienia przeżywam ordynarny niepokój. Nie ma we
mnie nic z młodzieńca rozgrzanego żądzą przygód.
Trudno, muszą się ująć w garść i poznać
wnętrze Brazylii, skoro już tutaj jestem (Uniłowski 1981: 9).
W
jednym z reportaży – „Narkotyki Ameryki Południowej”, opublikowanym w
„Wiadomościach Literackich”, a włączonym do omawianego tomu,
Uniłowski przedstawia swoje artystyczne credo:
Polowania
na tygrysy, znojne przedzierania się przez puszcze dziewicze, płazy
jadowite i cały bukiet niebezpieczeństw pozostawiam kolegom z
pierwszej grupy. Ja w Ameryce Południowej widziałem przede wszystkim
człowieka (Uniłowski 1981: 356–357).
Gdy
próbują autora przekonać, żeby w większym stopniu
zainteresował się losem polskiego kolonisty w Brazylii odpowiada:
Obawiam
się, że przypisuje mi pan zbytnie zainteresowanie się tymi
sprawami, a w gruncie rzeczy są mi one dalekie – odpowiedziałem. –
Jeśli będę opisywał, to tylko swoje wrażenia i
rzeczą czytelnika jest wierzyć mi lub nie. Wolę nawet, alby mi
pan nie wyjawiał swego planu, bo ja przejadę tędy, wrócę do
kraju i na pewno zapomnę o szczegółach. (…)
Z
ogólnych wrażeń wyciągnę wnioski i będzie to w moim
pojęciu najrzetelniej przedstawiony obraz, nie mogę się niczym
sugerować (Uniłowski 1981: 108).
Autor
polemizuje z książkami innych polskich podróżników, popularnymi
w okresie międzywojennym, przede wszystkim Arkadego Fiedlera czy
Mieczysława Lepeckiego i ironizuje z prezentowanych przez nich opisów.
Demaskatorski charakter jego prac wzbudził w kraju bardzo wiele
kontrowersji i nie został przyjęty zbyt przychylnie. Zarzucano mu
między innymi brak opisów przyrody i „egzotycznego kolorytu”, do czego
polscy czytelnicy byli przyzwyczajeni, za sprawą innych książek
podróżniczych. Jedną z najbardziej krytycznych recenzji napisał
Alfred Jesionowski w „Kulturze”, pod znamiennym tytułem „Cuduś w
dżungli czy Chybiona książka o Paranie”. Jesionowski pisze
więc: „Dawno już nie zdarzyło mi się czytać
książki tak nieprzyjemnej i niepotrzebnej, jak te wrażenia
znudzonego snoba z podróży po Brazylii. Książka tym bardziej
przykra, że autor obdarzony jest talentem, umie obserwować i
tworzyć postacie, posiada dużą umiejętność
obrazowania, obznajomiony jest nieźle z techniką artystyczną,
jaką posiadać powinien pisarz. Cały swój talent zużywa
autor na ponure utyskiwania z powodu przedsięwziętej podróży, na
nudę, jaka mu towarzyszy w całej wyprawie, na przedstawieniu mnóstwa
drobnych obserwacji, które w znacznej mierze mają na celu dyskredytowanie
pracy działaczy społecznych i misjonarzy wśród wychodźstwa
polskiego” (Jesionowski 1934).
Dorota
Kozicka zwraca uwagę, że Uniłowski w swojej pracy manifestuje
sprzeciw nie tyle wobec konkretnych tekstów z literatury podróżniczej
okresu międzywojennego, ile wobec utrwalonych w literaturze sposobów opisu
podróżniczego (Kozicka 2003: 218–227). Wielu autorów tego typu literatury
podkreśla niesamowitość przeżyć, które ich
pchnęły do napisania własnej relacji z podróży.
Uniłowski przyjmuje podobny punkt wyjścia jak charakteryzowany
już Jerzy Ostrowski, ale idzie jeszcze dalej – przede wszystkim akcentuje
bezsens podróżowania, monotonność krajobrazu, nudę i
umęczenie. W jego opisach nie ma romantycznych przygód i niesamowitych
widoków. „Nuda, nic się dzieje” – jakby powiedział inżynier
Mamoń z „Rejsu”.
Z prac tych wyłania się
postać Uniłowskiego-antypodróżnika, który rezygnuje z opisywania
egzotyki i magiczności, a skupia się na… nudzie. W tym miejscu warto
wspomnieć, że Uniłowski nie jest aż tak bardzo osamotniony,
a „Nudzie w kulturze” (1999) została poświęcona odrębna
książka. W jednym z tekstów wspomnianego tomu Agnieszka Czyżak
zwraca uwagę, że podróżowanie ułatwia przeżywanie i
prezentowanie odczuć skrajnych – od totalnej nudy do głęboko
przeżywanej grozy bytowania we wrogim świecie. Fiedler czy Lepecki –
żeby wspomnieć jedynie o autorach okresu międzywojennego –
lokują się na tym drugim biegunie, Uniłowski wybiera nudę.
Nuda jest zaś – pisze Czyżak – stanem wyobcowania z realnych
związków ze światem przyziemnych trosk i zarazem
niemożnością nawiązania głębszych kontaktów z
innymi ludźmi (Czyżak 1999: 217).
Uniłowski
oczekuje, że egzotyka w końcu się objawi, że będzie
mógł pisać tak jak inni polscy podróżnicy, ale nic z tego. Co
chwila pisze: „ciągle było mało egzotyzmu, czasem samotna
palma”, o „ociekającym lenistwie”, wszędzie niemal jest „dziko i
wstrętnie” (Uniłowski 1981: 40, 254). Szuka tych opisywanych przez
innych przecudownych zachodów słońca i też ich nie znajduje. To
składnia go do następującej konkluzji:
Czas mi się
dłużył ogromnie, czułem się przy tym zawiedziony, bo
podróżni opisywali swe niesłychane przygody z ludźmi i
zwierzętami, a tu stale jedzie się nudną i najzwyklejszą
drogą, przez którą nawet mysz nie przebiegnie (Uniłowski 1981:
57).
Jednocześnie
wszędzie widzi brzydotę i brud, która go zniechęca do
jakiejkolwiek aktywności:
(…)
weszliśmy znów w teren zamieszkały, a więc śmierdzący,
zakurzony, prażący się przed słońcem szarzyzną
chałup. Wszystko było wydeptane i ziejące sennym
odrętwieniem, niby te kury zagrzebane w piasku. Minęliśmy rozkraczoną
dziewczynę, niemrawe czupiradło, łuszczące kukurydzę
na przyzbie (Uniłowski 1981: 106).
Uniłowski
w „Życie w dżungli” systematycznie i konsekwentnie podważa uroki
tropikalnego klimatu. Tylko pozornie Brazylią – a zwłaszcza jej
przyrodą – można się zachwycać. Autor koncentruje się
więc przede wszystkim na obrzydzeniu jakiegokolwiek pomysłu
podróżowania po tym regionie świata. Jak celnie podsumowuje to Faron,
mamy do czynienia ze swoistą „monografią nudy” (Faron 1981: 408). W
przeciwieństwie do wielu innych autorów demitologizuje więc uklepane
romantyczne opisy Brazylii. Proces negacji literatury podróżniczej
pogłębia Uniłowski w „Pamiętniku morskim”, pisanym w czasie
powrotu z Brazylii do Polski. Praktycznie nic go nie interesuje, wszystko go
nudzi. Egzotyki nigdzie nie ma, morze jest nieciekawe, podróż się
dłuży. Autor całe dnie gra w karty, bawi się z kotkami,
suczką, opala się, przygląda się kucharzom, stewardom, je,
śpi. Przywołując jeszcze raz Farona: „Uniłowski
świadomie nie dostrzega egzotyzmu w żadnej postaci. Postanowił
bowiem odkłamać literackie wizerunki zamorskich podróży,
pełne zachwytów, wrażeń i poetyckich nastrojów.
Twórczość podróżniczą pierwszego dziesięciolecia międzywojennego
uformowały po trosze witalistyczne tendencje skamandrytów. Pokolenie lat
trzydziestych wolne już było od wszelkich optymistycznych
złudzeń i swą niechęć do świata
manifestowało między innymi w swoistym sceptycyzmie wobec uznanych
świętości i wzorów” (Faron 1981: 410).
Faron
uważa, że Uniłowski poniósł artystyczną
porażkę, przywołując nawet oceny krytyki, że być
może przyjął on specjalnie antypodróżniczy punkt widzenia,
gdyż zdawał sobie sprawę, że trudno będzie mu
dorównać artyzmowi choćby książek Fiedlera. Docenia fakt,
że jego obserwacje są dość wnikliwe i nieszablonowe. Zgadza
się jednak z tezą, że autor zatracił się w geście
zanegowania (Faron 1981: 413). Kozicka patrzy na książki
Uniłowskiego z innej perspektywy – z punktu widzenia badacza literatury
podróżniczej – i jej ocena twórczości tego autora jest zgoła
odmienna. Akcentuje więc demaskację stereotypów podróży
egzotycznej i świadomie przyjęty przez autora sposób narracji
(Kozicka 2003: 218–227).
Polskie opisywanie świata – krótkie podsumowanie
Opisywanie świata nie jest rzeczą prostą, zwłaszcza „innego” świata. Warto zadać sobie pytanie: czy w tym procesie ów Inny stał się naszym partnerem? Został rozpoznany, opisany i obfotografowany, ale czy przestał być Inny? Czy wreszcie doszło do rzeczywistego spotkania z Innym? Czy faktycznie zyskał podmiotowość? Spotkanie zakłada dialog, a czy rzeczywiście wyzwoliliśmy się z myślenia kolonialnego? A może jest on nadal przede wszystkim obiektem naszych badań i analiz? Czy może jednak przypadkiem nie jest tak, że stereotypy przysłaniają nam obraz rzeczywistości? Tworzą barierę, której nie jesteśmy w stanie pokonać. Tolerujemy Innych tak samo jak tolerujemy psa sąsiada. Postrzegamy Innych z poczuciem wyższości. Przyznajemy się do kolonialnych błędów z przeszłości, ale jednocześnie dostrzegamy wyraźną granicę (Iwasiów 2008: 25). Nasze spotkanie z Innym jest tymczasowe i powierzchowne – nie mamy czasu na więcej, nawet gdybyśmy chcieli.
Współczesny masowy turysta chce
dotknąć inności, owa inność go przyciąga.
Oczywiście masowy turysta nie chce przekroczyć określonych granic.
Jak już pisałem, Inny jest postrzegany przez pryzmat europejskiej
kultury. Pewnych zachowań nie jesteśmy w stanie zaakceptować.
Inność smakuje tylko w otoczeniu swojskości, stąd
powstawanie turystycznych enklaw, w których turyści mogą się
schronić, będąc w egzotycznych krajach (Cohen 1972: 166).
Wieczorkiewicz pisze, że bliskość w stosunku do Innych jest
bliskością pozorną i ograniczoną poznawczo.
Skonwencjonalizowane gesty fizycznej i emocjonalnej bliskości (topika
„bratania się z tubylcami”) maskują tworzenie dystansu poznawczego,
za sprawą którego Innych usuwa się poza nasz czas (Wieczorkiewicz
2008: 207–208). W czasie owych kontaktów międzykulturowych zachodzą
procesy akulturacji, bo czyż wraz z ludźmi nie podróżują
także kultury? – zastanawia się James Clifford (1997). Jednakże
wspomniane procesy akulturacji mają wybitnie asymetryczny charakter. To
gospodarz musi dostosować się do gości, tym samym
przejmując w pewnym stopniu ich kulturę. Podemski pisze, że w
Meksyku zmiany, jakie zaszły pod wpływem najazdu obywateli Stanów
Zjednoczonych doprowadziły do „coca-colizacji” rodzimego sposobu
życia (Podemski 2004: 37).
Relacje między
turystami/podróżnikami i tubylcami mają charakter instrumentalny, a
docelowo prowadzą – z powodu asymetrii zachodzących stosunków – do
relacji typu kolonialnego. Turyści masowi, choć nie wszyscy, bo pewne
kategorie z tego spojrzenia turystycznego się wyłamują –
patrzą na kraje Południa przez pryzmat nędzy, przeludnienia,
nieudolności ich mieszkańców, nie mogących się
obejść bez pomocy Zachodu. W konsekwencji sam nasuwa się wniosek
o wyższości naszego świata nad ich, co powoduje wzniesienie muru
niezrozumienia wyższego niż Mur Chiński (por. Nash 1992).
Jak w tej sytuacji wygląda polski autor
książek podróżniczych? Jedzie on do Ameryki Łacińskiej
z określonym bagażem stereotypów na temat tamtejszego Innego,
obarczony dodatkowo europejską tradycją badań nad innymi
kulturami. Jedzie do odkrytej przez Kolumba Ameryki, gdzie wcześniej – wykorzystując
sformułowanie Erica Wolfa – żyły „ludy bez Historii” (Wolf
2009), gdzie dziś króluje kultura mańana i niezliczone ilości
przewrotów machistowskich caudillos, które – odwołajmy się na
chwilę do Witolda Gombrowicza – można „z łatwością
przeczekać w kawiarni”; gdzie świeci słońce, a kobiety
są gorące i epatują seksem; gdzie są Indianie, Metysi i
Afroamerykanie; gdzie króluje język hiszpański i, w mniejszym
stopniu, portugalski. Świetną ilustracją
potwierdzającą powyższą tezę są słowa
Olgierda Budrewicza, który szydzi z latynoamerykańskich przewrotów i
rewolucji:
O, klęsko! Reporter
przyjeżdża tu z Europy i po cichu marzy o osobistym – oczywiście
biernym – udziale w słynnym południowoamerykańskim przewrocie, a
potem najbardziej sensacyjne chwile spędza w łóżku! (…)
Żaden komunikat nie zarejestrował
natomiast, który to z kolei zamach stanu w dziejach Wenezueli dokonał
się tej nocy. Zdania na ten temat są podzielone: dwieście
czterdziesty szósty lub trzysta dwunasty. Tym razem próba zmiany garnituru
rządzącego nie powiodła się. Być może z tego powodu
nie weszła w życie dwudziesta siódma konstytucja i nie ma już
chyba szans na dopędzenie sąsiedniej Kolumbii, gdzie obowiązuje
bodaj sto pięćdziesiąta ustawa zasadnicza. (…)
W ten sposób poznałem
pierwszy obyczaj „szalonych ptaków”, klasyczną instytucję Ameryki
Łacińskiej. (…)
Ostrzeżono mnie, że nie tylko łatwo przespać
rewolucję w tym kraju, ale że można ją także
lekkomyślnie przegapić, spacerując na przykład po ulicach
odległych od śródmieścia lub siedząc w kinie. Całymi
dniami kręciłem się więc w okolicy dwóch słynnych
wieżowców Centro Simon Bolivar, caracaskiego downtown (Budrewicz
1974: 65–67).
Taki stereotypowy obraz jest nieunikniony, bo
– jak sugeruje Michał Buchowski – „każde stwierdzenie na temat
świata »zewnętrznego« (world
out there, jak mawiają Anglosasi) jest wypowiadane z określonego
punktu widzenia, z wnętrza szczególnych ram pojęciowych. Nie
jesteśmy w stanie wydostać się poza tę »klatkę« i
w rezultacie – skazani jesteśmy na »etnocentryzm«”
(Buchowski 2004: 18–19).
Justyna Tabaszewska zwraca uwagę na problem wyobcowania. Autor książki podróżniczej jest postrzegany jako Inny, należący do odrębnej kultury, z drugiej zaś nie może się wyzbyć podobnego nastawienia względem tubylców. Relacje biały–nie-biały determinują sposób prowadzonej narracji. Jako przykład podaje Afrykę, ale jej spostrzeżenia można rozciągnąć także na Amerykę Łacińską (Tabaszewska 2006: 305–306; por. Benedyktowicz 2000: 24–25). Także Ryszard Kapuściński zdaje sobie sprawę, iż ta sytuacja zamyka możliwość poznania i kontaktu:
Opisać proces przemiany
białego w BIAŁEGO. Biały w Europie nie ma świadomości,
że jest biały. Nie zastanawia się nad tym, nie żyje tą
myślą. Natomiast biały w Trzecim Świecie staje się, w
miarę upływu czasu, coraz bardziej biały. Jest ograniczony i
izolowany przez to, że jest biały, a jednak sam będzie
swoją białość umacniać, ponieważ dla niego
białość – to wyższość (lub złudzenie
wyższości) (Kapuściński 1990: 17–18).
W tropiku biel się rozpuszcza, osłabia, rozkłada, niemalże dematerializuje, jest zaś łaskawa dla czarnego koloru skóry (Witek 2009: 112). Biały podróżnik, zwłaszcza ten, który samotnie odkrywa kraje latynoamerykańskie nieraz czuje się nieswojo, a jest to stan dla Europejczyka nienaturalny. W każdym z nas jest bowiem jakaś cząstka konkwistadora, nawet jeżeli nie chcemy się do tego przyznać.
„Etnocentryzm – pisze Buchowski
– to postrzeganie, opisywanie, interpretowanie i ocenianie Innych przez pryzmat
własnych standardów, wzory zachowań i wierzenia znajdowane w innych
kulturach. Sposoby życia innych ludzi jawią się jako dziwaczne,
gdyż nie przylegają do podzielanych przez kogoś norm.
Etnocentryzm oznacza nie tylko uznawanie własnego światopoglądu,
a przez to i własnej osoby, za lepsze od innych, lecz także pozbawia
obce kultury ich własnego »współczynnika humanistycznego«,
osobliwych intencji, przez imputowanie im własnych wyobrażeń
kulturowych – norm, wartości, kompetencji i doświadczenia.
Jednocześnie, własny światopogląd uznaje się jako
obiektywny i zdolny do adekwatnego odzwierciedlania świata” (Buchowski
2004: 29). Jak więc z tego wybrnąć?
Przede wszystkim pisząc o
latynoamerykańskim Innym należy zdawać sobie sprawę ze
swojej ułomności i nie możności „wyjścia z siebie”.
Opis cech charakterystycznych dla mieszkańców tego regionu, nie może
prowadzić do esencjalizowania, co często się zdarza. Autorzy
powinni przede wszystkim starać się oddać głoś Innemu,
żeby ten opowiadał, żeby nawiązać prawdziwy dialog.
Książka podróżnicza powinna być dialogiczna, ale
osiągnięcie tego stanu jest piekielnie trudne.
Bibliografia:
Bibliografia podmiotowa
Azembski
M. (1966), Inny świat, Warszawa.
Azembski
M. (1967), Powrót do Rio, Warszawa.
Budrewicz O. (1974), Pozłacana
dżungla, Warszawa.
Cejrowski
W. (2006), Gringo wśród dzikich plemion, Poznań.
Fiedler
A. (1983), Wiek męski – zwycięski, Poznań.
Fiedler
A. (1984), Spotkałem szczęśliwych Indian, Warszawa.
Fiedler A. (1988), Ryby śpiewają w
Ukajali, Poznań.
Halik
T. (2006), 180 000 kilometrów podróży, Pelplin.
Kapuściński
R. (1990), Wojna futbolowa/Jeszcze jeden dzień z życia,
Warszawa.
Klechta
J. (1984), Od Sao Paulo do Meksyku, Warszawa.
Korabiewicz
W. (1989), Mato Grosso, Warszawa.
Lepecki
M. (1960), Z gwiazdy na gwiazdę. Podróż z Brazylii do Polski,
Warszawa 1960.
Lepecki
M. (1962), Po bezdrożach Brazylii, Warszawa.
Ostrowski
J. (1929), Ziemia Świetego Krzyża (Brazylja), Kraków.
Rusinek M. (1964), Kolorowe
podróże. Wrażenia z podroży po Ameryce Południowej
(1957–1961), do Ameryki Północnej (1958) i do Japonii (1961),
Warszawa.
Siemiradzki J. (1900), Szlakiem wychodźców.
Wspomnienia z podróży po Brazylii, t. I–II, Warszawa.
Słonimski
A. (1925), Pod zwrotnikami. Dziennik okrętowy, Warszawa.
Szczepański
M. (1973), Czas wierzgający, Warszawa.
Uniłowski Z. (1981), Żyto w dżungli,
Pamiętnik morski, reportaże, Kraków.
Warszewski
R. (2000), Skrzydlaci ludzie z Nazca i inne reportaże z Ameryki
Łacińskiej, Warszawa.
Wolniewicz
J. (1983), W krainie zielonej kawy, Warszawa.
Bibliografia
przedmiotowa
Banach A. (1980), O potrzebie egzotyzmu, Kraków.
Baudrillard J. (2005), Symulakry i symulacja, Warszawa.
Bauer Z. (2001), Antymiedialny reportaż Ryszarda
Kapuścińskiego, Warszawa.
Benedyktowicz Z. (2000), Portrety „Obcego”. Od
stereotypu do symbolu, Kraków.
Buchowski M. (2004), Zrozumieć Innego. Antropologia
racjonalności, Kraków.
Clifford J. (2000), Kłopoty z kulturą, Warszawa.
Cohen E. (1972), Towards a Sociology of International Tourism,
„Social Research”, nr 39.
Crick
M. (1988), Sun, Sex, Sights, Savings, and
Servility, „Criticism, Heresy and Interpretation”, nr 1.
Czyżak A. (1999), Nuda podróżowania, w: P.
Czapliński, P. Śliwiński (red.), Nuda w kulturze,
Poznań.
Faron B. (1981), Posłowie, w: Z. Uniłowski, Żyto
w dżungli, Pamiętnik morski, reportaże, Kraków.
Gajda G. (1972), Funkcja prymitywu i egzotyki w literaturze
międzywojennej, w: Problemy literatury polskiej lat 1890–1939,
Wrocław.
Iwasiów I. (2008), Gender dla średniozaawansowanych,
Warszawa.
Kapuściński R. (2002), Pochwała wędrowania,
„Nowe Książki”, nr 7–8.
Kapuściński R. (2003), Autoportret reportera, Kraków.
Koc K. (2007), Czytanie świata. Reportaże Ryszarda
Kapuścińskiego w edukacji polonistycznej, Poznań.
Kozicka D. (2003), Wędrowcy światów prawdziwych.
Dwudziestowieczne relacje z podróży, Kraków.
Kozicka D. (2006), Podróżny horyzont rozumienia, „Teksty
Drugie”, nr1–2.
Kula M. (1982), Ameryka bliska i daleka, w: M. Kula (red.), Ameryka
Łacińska w relacjach Polaków, Warszawa.
MacCannell D. (2002), Turysta. Nowa
teoria klasy próżniaczej, Warszawa.
Mitchell T. (2001), Egipt na wystawie świata, Warszawa.
Nash D. (1992), El turismo
considerado como una forma de imperialismo, w: V.L. Smith (red.), Anfitriones
e invitados. Antropología
del turismo, Madrid.
Paradowska M. (1989), Wśród Indian i Metysów. Antologia
polskich relacji o mieszkańcach Meksyku i Ameryki Środkowej,
Wrocław.
Pawliszek P. (2009), Narracyjne konstruowanie społecznego
świata podróżników, w: D. Rancew-Sikora (red.), Podróż i
miejsce w perspektywie antropologicznej, Gdańsk.
Podemski K. (2004), Socjologia podróży, Poznań 2004.
Said E.W. (2005), Orientalizm, Poznań.
Stoff A. (1991), Egzotyka, egzotyzm, egzotyczność. Próba
rozgraniczenia pojęć, w: Egzotyzm z literaturze, Szczecin.
Tabaszewska J. (2006), Podróżnicy i
kolonizatorzy. Współczesne strategie opisu Afryki, „Teksty Drugie”, nr
1–2.
Wieczorkiewicz A. (2008), Apetyt turysty. O doświadczaniu
świata w podróży, Kraków.
Witek H. (2009), Wizerunek obcego. Kultury afrykańskie w
relacjach Henryka Sienkiewicza, Marcina Brandysa i Marcina Kydryńskiego,
Warszawa.
Wolf E.R. (2009), Europa i ludy bez historii, Kraków.
Zielińska B. (1991), Między ideologią a egzotyką
– z przygód powojennej powieści w odcinkach, w: Egzotyzm z
literaturze, Szczecin.
* Marcin Florian Gawrycki – dr hab., Instytut Stosunków Międzynarodowych
Uniwersytetu Warszawskiego; kierownik Zakładu Studiów Pozaeuropejskich ISM
UW; sekretarz generalny Polskiego Towarzystwa Studiów Latynoamerykanistycznych;
autor kilkunastu książek poświęconych Ameryce
Łacińskiej. Nakładem Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego
ukazała się w 2010 roku jego książka: „W pogodni za
wyobrażeniami. Próba interpretacji
polskiej literatury podróżniczej poświęconej Ameryce
Łacińskiej”.