ROZLICZENIE DYKTATUR W POLSCE ORAZ W AMERYCE ŁACIŃSKIEJ **

 

Marcin KULA *

 

Porównanie z Hiszpanią, wychodzącą z frankizmu, często nasuwało się, gdy Polska wychodziła z okresu komunistycznego. Niektórym spośród nas nasuwało się też porównanie z krajami Ameryki Łacińskiej, wychodzącymi z dyktatur generalskich. Oczywiście już samo przejście od dyktatury ku demokracji kierowało myśl ku takim zestawieniom. Paradoksalnie, mimo wszystkich różnic ustrojowych, drogi historyczne Polski i Ameryki Łacińskiej nie były aż tak różne, jak to się nieraz sądzi. Podobieństwa mogły występować także pomiędzy dyktaturami. Artur Domosławski przytoczył kiedyś zdanie pewnego latynoamerykanina, który długo przebywał w Polsce i zaobserwował, iż ten sam typ ludzki "który w Ameryce Łacińskiej był marksistą, partyzantem, lewicowym spiskowcem, w Polsce był antykomunistą". Z kolei ten sam typ ludzki, "który w Polsce był wygodnym, oportunistycznym aparatczykiem Partii, w Brazylii nosił wojskowy mundur, zamykał szkolne gazetki, torturował studentów"[1].

 

* * *

Również sposób wyjścia z dyktatur - najczęściej negocjowany - nasuwał myśl o podobieństwach procesów w obu regionach. W wypadku Polski wojskowy charakter władzy komunistycznej w pewnej fazie tego ustroju także sugerował paralelę. Jak wiadomo, wprowadzenie stanu wojennego w Polsce w 1981 r. przeprowadzono siłami wojska, a gen. Jaruzelski do końca komunizmu pozostał czołową postacią tutejszego establishmentu. W 1981 wszędzie było widać działające wojsko, a nie partię komunistyczną. Propaganda pokazywała całe posunięcie jako czysto wojskowe oraz akcentowała hasła typowe dla zamachu wojskowego (patriotyczne wojsko ratuje Ojczyznę, wojsko wróci do koszar jak najszybciej itd.). Gdy patrzeliśmy na fotografię "Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego", opublikowanej w dwóch pozostawionych wówczas przy życiu gazetach, od razu kojarzyły nam się zamachy latynaomerykańskie. Na Uniwersytecie Warszawskim pojawiło się hasło "Precz z juntą". Sam, w dniu wprowadzenia stanu wojennego (13 grudnia 1981 r.), notowałem:

 

                "No i stało się. Takie same miny musieli mieć lewicowi Chilijczycy któregoś pięknego ranka w 1973 r. Niby się tego oczekiwało, niby napięcie narastało, lewica parła, lokalny obóz <<rozsądku>> ponawiał ostrzeżenia... A gdy przyszło co do czego, to dominującym uczuciem było zdumienie. Zdumienie faktem i stopniem przygotowania akcji. U nas jeszcze większe niż w Chile - jeśli sobie tamtejszą sytuację trafnie wyobrażam. Przejęcia władzy przez wojsko w naszym przekonaniu odbywają się w Chile, Brazylii, Afryce - ale przecież nie u nas, w kraju cywilizowanym! (sic!). Człowiek ma zawsze tendencję, by wierzyć, że <<nie o nim w tej bajce mowa>>. Wypadki - no tak, zdarzają się, ale przecież my jeździmy uważnie. Rabunki - no tak, czyta się o nich w gazetach. A potem okazuje się, że statystyczne prawa historii nie czynią wyłączeń w odniesieniu do poszczególnych jednostek czy grup ludzkich"[2]

 

Gdy po wprowadzeniu stanu wojennego słuchałem wojskowego dyskursu, nasuwało mi się przede wszystkim porównanie do wariantu peruwiańskiego (reformy będą kontynuowane, ale w warunkach ładu i porządku...). Znajomym częściej nasuwało się porównanie z zamachem wojskowym właśnie w Chile, jako z epizodem bardziej znanym. Też oczywiście nie czyniono tego porównania powszechnie, gdyż w końcu Chile jest krajem odległym od Polski - ale charakterystyczne, że nieliczne gazety uznały za wskazane dać odpór takiemu pomówieniu już w parę dni po fakcie. Stosunkowo szeroko zaczęto wówczas zestawiać w myślach gen. Jaruzelskiego oraz gen. Pinocheta, zaś nazwisko polskiego generała ironicznie przekształcano na "Pinochelski".

            Nawiasem mówiąc, bywały też, w tym wszystkim, jak zwykle w takich sytuacjach, epizody tragikomiczne. Znajomy Chilijczyk przygotowywał wtedy w Warszawie pracę doktorską o doktryunie seguridad nacional Pinocheta. Akurat w jednym z pierwszych dni po wprowadzeniu stanu wojennego, gdy siły policyjne wypędziły naukowców z Pałacu Staszica, będącego siedzibą Polskiej Akademii Nauk, ów Chilijczyk miał mieć tam referat o korzyściach płynących dla chilijskiej junty z utrzymywania stanu wyjątkowego.

 

* * *

Owo porównanie, czy to z Pinochetem, czy z innymi generalskimi reżimami w Ameryce Łacińskiej, choć narzucające się, było jednak raczej powierzchowne. Nawet ewentualna teza o podobieństwie przeprowadzonych zamachów stanu była wątpliwa. W krajach Ameryki Łacińskiej wojsko, biorące władzę, działało jako samoistna siła. Miało swoje koncepcje i poczucie misji. Było ono samoistnym aktorem - nawet jeśli skądinąd niesympatycznym.

            W Polsce granice pomiędzy wojskiem a establishmentem komunistycznym były natomiast nadzwyczaj niewyraźne - podobnie zresztą jak różnice pomiędzy wojskową rolą gen. Jaruzelskiego, jego rolą państwową (premier), a rolą jako funcjonariusza partii komunistycznej (I sekretarz). W wypadku Polski powstaje pytanie, czy to nie raczej komunistyczny establishment posłużył się wtedy wojskiem, niżby ono zadziałało samoistnie, kierując się własnymi przesłankami. Osobiście sądzę, że żadna grupa ludzi, w tym żaden korpus oficerski i żadne wojsko, w tym także kierowane przez komunistów Wojsko Polskie, nie mogą być tylko i wyłącznie narzędziami innych. Chętnie postawię jednak pytanie o proporcje własnej motywacji wojska we wprowadzeniu stanu wojennego, a zadaniem mu narzuconym przez establishment nie specyficznie wojskowy.

            Zarówno w wypadku wzięcia władzy przez generałów w poszczególnych krajach Ameryki Łacińskiej, jak w Polsce, wojskowi mogli być pewni, że podstawowe siły zewnętrzne (USA i ZSRR) im sprzyjały. Odnoszę jednak wrażenie, że działania wojskowe w krajach latynoamerykańskich były bardziej postrzegane przez społeczeństwo jako wewnętrzne niż w Polsce. Gen. Jaruzelski ze wszystkich sił starał się przedstawić własne działanie jako polskie, podjęte na podstawie polskiej decyzji, wręcz ratujące kraj przed interwencją radziecką. Nawet jeśli tak ewentualnie byłoby i nawet jeśli z czasem generał przekonał znaczną liczbę Polaków do swojej wersji prawdy, to w 1981 r. miałem wrażenie, iż większść z nas postrzegała jego posunięcie jako dokonywane w interesie Moskwy i stamtąd sterowne. Niezależnie od tego, w jakim stopniu generał działał samodzielnie, to i tak płacił rachunek za cały okres od 1945 r., kiedy to większość Polaków widziała Polskę jako kraj zdominowany przez ZSRR. W tym fakcie także tkwiła istotna różnica pomiędzy funkcjonowaniem dyktatury w Polsce, a w wielu krajach latynoamerykańskich. Niezależnie nawet od domniemania istnienia dużych wpływów USA w poszczególnych krajach latynoamerykańskich, nie tak wiele z nich ich narody widziały w końcu jako bezpośrednio zależne od Waszyngtonu. Ich ustroju nie postrzegały też jako stworzonego za sprawą tej stolicy - jak to miało miejsce w wypadku Moskwy i Polski.

 

* * *

Różnice szły jeszcze dalej. Generałowie w krajach latynoamerykańskich mogli wprowadzić nawet wielkie zmiany ustrojowe, ale nie oznaczały one zmiany ram fundamentalnych, wynikających z kapitalizmu. Państwo było nadal państwem, większość instytucji nadal istniała, własność pozostawała własnością, pieniądz pieniądzem, a religia i Kościół religią i Kościołem. Można nawet zaryzykować tezę, że generalskie zamachy reprezentowały społeczny konserwatyzm. Tymczasem w Europie Wschodniej komunizm, wprowadzony z grubsza w połowie lat czterdziestych XX w., którego wojsko w 1981 r. było spadkobiercą i zbrojnym ramieniem, dokonał zmian całkowicie fundamentalnych. Zmienił państwo, rozbił bądź przebudował liczne instytucje, a chciał też bardzo głęboko zmienić społeczeństwo i samego człowieka. Pytanie, w jakim stopniu mu się to udało, pozostaje pytaniem - ale w jakimś stopniu odniósł sukces niewątpliwie. Stąd wychodzenie z reżimów dyktatorskich było czymś innym w obu wypadkach; wyjście z komunizmu było operacją znacznie głębszą niż z latynoamerykańskich dyktatur generalskich. Co nie najmniej ważne, komunizm trwał znacznie dłużej niż owe dyktatury. W konsekwencji musiało się też inaczej rysować rozliczenie.

 

*  *   *

Przynajmniej w Polsce - bowiem w innych krajach komunistycznych mogło to być inaczej - największe natężenie zbrodni przypadło stosunkowo dawno. Siłą więc rzeczy, po 1989 r. nacisk na ich rozliczenie musiał być mniejszy. Mniej też było zbrodniarzy żyjących i nie będących jeszcze w wieku starczym. Komunizm późniejszego okresu, także ten w Polsce, nie był oczywiście ustrojem bez winy. Skala działań zbrodniczych w postaci morderstw i stosowania tortur była już jednak nieporównywalnie mniejsza niż w początku lat pięćdziesiątych lub jeszcze wcześniej w ZSRR. Tymczasem w krajach Ameryki Łacińskiej skala zbrodni dyktatur była ogromna i były to zbrodnie stosunkowo świeże w momencie wychodzenia z nich. Trudno oczywiście pomniejszać wagę zbrodni popełnionych np. w okresie stanu wojennego w Polsce i nie jest moją intencją pomniejszanie ich. Jeśli jednak policzyć nawet wszystkie wypadki niewyjaśnionych śmierci, to w Polsce liczba ofiar stanu wojennego dochodzi do 100 osób, co musiało mniej poruszać społeczeństwo niż tortury, sposób mordowania i liczba ofiar, powiedzmy w Chile i Argentynie.

 

*  *  *

Kolejne zagadnienie, rysujące się odmiennie w procesie wychodzenia z dyktatur, to sprawa stosunków zagranicznych z bliższymi lub dalszymi partnerami. W krajach latynoamerykańskich owo zagadnienie nie stanęło jako zasadnicze na porządku dziennym. Pojawiło się mnóstwo spraw bieżących, które mogły oczywiście zarysować się w zupełnie nowym świetle - ale też niewiele więcej. W krajach pokomunistycznych owe stosunki trzeba było zaś zdefiniować niemal od nowa. Na dodatek komunizm nie tylko najczęściej nie wyeliminował dawniejszej, niekoniecznie dobrej hipoteki w stosunkach z sąsiadami, ale nieraz dodał dalsze, negatywne zaszłości do wzajemnej pamięci.

            Bliskie sfery stosunków z innymi krajami były także porównania z nimi, czynione w zakresie stopnia rozwoju gospodarczego. Częścią kontaktów były także stosunki w zakresie nauki, technologii, oraz porównań typu produkowanych dóbr. W Polsce, w momencie wychodzenia z komunizmu, panowało głębokie poczucie pozostawania w tyle za rozwiniętym światem. Większość z nas uważała się za obywateli Europy, a Polskę widziała jako kraj potencjalnie bogaty, jedynie wstrzymany w rozwoju przez komunizm - co było prawdą jedynie częściowo. Dla przyczyn historycznych, o których nie miejsce tu mówić, porównywaliśmy się z bardzo rozwiniętymi krajami europejskimi, a więc wynikiem była tym głębsza nasza frustracja. Frustracyjnie zadziałała też klęska polityki Edwarda Gierka jako przywódcy Polski komunistycznej w latach siedemdziesiątych XX w. Usiłował on przyspieszyć rozwój gospodarczy kraju i zmodernizować stosowane technologie w oparciu o licencje zachodnie. Gdy ten zamiar zbilansował się przeogromną klęską gospodarczą, pozostało tym głębsze poczucie zacofania.

            W krajach latynoamerykańskich kwestia poczucia zacofania jest bardzo skomplikowana. Pozostaje faktem, że z generałami u władzy, czy bez nich, Ameryka Łacińska nie była odcięta od światowej gospodarki, technologii i nauki. Co wyjątkowo ważne, w Ameryce Łacińskiej nie narzucała się konieczność fundamentalnej przebudowy ustroju gospodarczego, jak w Polsce i w innych krajach Europy Wschodniej - u nas tym trudniejsza, że ten pociąg trzeba było naprawić w biegu.

 

* * *

W obydwu wypadkach wyjście z dyktatur nastąpiło w drodze negocjowanej, z wprowadzeniem zabezpieczeń dla strony oddającej władzę. W obydwu wypadkach, z grubsza biorąc po upływie pokolenia, wystąpiła jednak chęć przedstawienia rachunków zeszłym ze sceny establishmentom antydemokratycznym. Co ciekawe, przynajmniej w Polsce obejmuje ona nie tylko bezpośrednich zbrodniarzy, których, jak wspomniałem, nie ma już tak wielu na tym świecie, ale także różnego rodzaju "podtrzymywaczy" upadłego systemu. Potępienie kieruje się na pierwszym miejscu przeciwko informatorom tajnej policji, a także np. przeciwko intelektualistom, którzy swego czasu poparli komunizm, czy księżom, którzy poszli na współpracę z nim.

            Są to sprawy obiektywnie trudne. Najczęściej po latach trudno jest dojść do ustalenia prawdy materialnej w zakresie współpracy z tajnymi służbami upadłego ustroju. Poszukiwanie informatorów policji dziś sprawia trochę wrażenie poszukiwania jakichś ukrytych mafiosos, czy wskazywania czarnych owiec w rzekomo zdrowym społeczeństwie. Tymczasem, mimo, że informatorzy byli postaciami bezapelacyjnie wstrętnymi, nie ma sensu wyłapywanie ich przy jednoczesnym pozostawianiu w spokoju ludzi otwarcie, ale nieraz bardzo szkodliwie działających w ramach systemu. Pokazywanie całego społeczeństwa jako rzekomo zdrowego - poza pewną liczbą czarnych owiec - jest nieuzasadnione, nawet jeśli wygodne. Współpraca jako taka z komunizmem jest zaś bardzo trudna do oceny w sytuacji, gdy ustrój ten trwał w Polsce przez kilkadziesiąt lat i przeżywał różne fazy, bardziej i mniej ostre. Żadne społeczeństwo nie pozostałoby całkowicie na zewnątrz tak długo istniejącego systemu, a przytomna i kierowana zdrowym rozsądkiem współpraca z nim mogła nawet przynosić korzystne rezultaty dla tegoż społeczeństwa - skoro inny ustrój nie był w tym czasie osiągalny.

  Z rozważanego punktu widzenia kwestia rządów generalskich w krajach Ameryki Łacińskiej rysuje się chyba znacznie prościej. Poza wszystkim trwały one krócej. Nawet jeśli były ostrzejsze w porównaniu ze schyłkowym komunizmem, to były jednak mniej wszechogarniające (totalitarne).

 

* * *

Ciekawie rysują się relacje Kościoła katolickiego w Ameryce Łacińskiej z dyktaturami generalskimi i w Polsce z komunizmem. W Polsce Kościół dosyć skutecznie bronił się przed współpracą z tym ustrojem. Komunizm mu jej zresztą nie ułatwiał; zamykając prymasa do więzienia w latach 1953 - 1956 utrudnił też współpracę na przyszłość, nawet w okresie, gdy prymas już był wolny. Ustrój prowadził także inne działania antykościelne, a zresztą ze swej natury był antyreligijny. Zarówno Kościół, jak komunizm, aspirowały do rządu dusz. Można wręcz powiedzieć, że sam komunizm był ustrojem parareligijnym, a więc nie mógł się pogodzić z nosicielem wiary religijnej. W rezultacie jako gorąca pojawia się dziś raczej sprawa księży, będących informatorami policji politycznej, niż sprawa Kościoła jako instytucji. Nawiasem mówiąc, jest charakterystyczne, że także w tym wypadku gorętsza jest sprawa takich informatorów niż tych spośród księży, którzy otwarcie - ale dawno - współpracowali z komunizmem w ramach ruchu tzw. księży-patriotów.

            W niektórych krajach Ameryki Łacińskiej to Kościół jako instytucja staje natomiast pod pręgierzem. Generałowie nawiązywali do katolicyzmu i przedstawiali się jako obrońcy cywilizacji chrześcijańskiej - przeciw czasem prawdziwie, a czasem rzekomo bezbożnej lewicy. W niektórych krajach ich dyskurs niestety znalazł dobre przyjęcie ze strony Kościoła.

            W Brazylii Kościół ma piękną kartę w obronie demokracji i przeciw łamaniu jej przez generałów. Nawet raczej konserwatywny arcybiskup Rio de Janeiro Eugenio Sales na prośbę o odprawienie nabożeństwa w kolejną rocznicę wojskowej "rewolucji" potrafił odpowiedzieć swemu rozmówcy: "Ma Pan zapewne, Generale, wiele powodów, by dziękować Bogu za Jego łaski - ale ja nie muszę w tym pośredniczyć"[3]. Kardynał Evaristo Arns z São Paulo wręcz przechował w swojej siedzibie niejednego buntownika. W kwietniu 1968 r., po mszy odprawionej za duszę jednego z zabitych studentów, księża, niektórzy jeszcze w strojach liturgicznych, weszli pomiędzy młodzież, a otaczające katedrę oddziały wojska, najprawdopodobniej zapobiegając dalszemu rozlewowi krwi.

            Już jednak np. w Argentynie było zupełnie inaczej. Tam Kościół jest bardzo poważnie obciążony współpracą ze zbrodniczym establishmentem wojskowym.

 

* * *

Sprawą bardzo ciekawą w kontekście wyjścia z dyktatur jest kwestia odnoszenia się do historii. W Polsce historia w wersji komunistycznej była stosunkowo powszechnie uważana za przekłamaną. W wielu punktach była niewątpliwie zafałszowana, w innych mniej niż głosiła potoczna opinia, ale w sumie nie była to wizja dziejów powszechnie akceptowana. Często też ludzie generalnie nie akceptowali komunistycznego sposobu podejścia do badania i przedstawiania historii. W konsekwencji jednym z elementów sprzeciwu wobec komunizmu było żądanie zaprzestania fałszowania dziejów i celowego przemilczania ich fragmentów, które były niewygodne dla władz komunistycznych - w tym również z historii okresu, kiedy to one rządziły. Postulat pisania "prawdziwej historii" stał się wręcz jednym z argumentów delegitymizacyjnych w stosunku do komunizmu. Po przemianie ustrojowej nastąpiło masowe zapisywanie "białych plam" - jak nazywano fragmenty historii przedtem przemilczane, a przez to źle znane szerszej publiczności lub właśnie kompromitująco i drażniąco pomijane w oficjalnym dyskursie.

            Odnoszę wrażenie, że postulat odkłamania historii nie pojawił się po nastaniu demokracji w krajach latynoamerykańskich. W końcu generałowie nie chcieli przemeblować historii swoich krajów, spisywanej w okresie poprzedzającym wzięcie przez nich władzy. Nie pragnęli pokazywać jakoby logicznie zmierzała ona do nowego ustroju i stworzenia nowego człowieka. Przypuszczam, że także w kwestii wizji historii byli raczej konserwatywni, a więc nie stworzyli jakiejś rewolucyjnej wizji dziejów, którą możnaby zwalczać po ich odejściu.

            Ciekawe natomiast, że nastanie demokracji wywołało jednak w wielu krajach Ameryki Łacińskiej, być może w związku z szerszymi tendencjami światowymi, zajęcie się fragmentami historii uprzednio pomijanymi - takimi, które przedtem uważano za mniej ważne, czy za takie, w wypadku których wszystko było jakoby już ustalone. Jest to przede wszystkim problematyka pewnych grup etnicznych, zwłaszcza Indian[4]. Co bardzo ważne, same owe grupy zostały dopuszczone do głosu zarówno w sprawie przeszłości, jak w kwestii swojej sytuacji teraźniejszej. Ich zwiększona aktywność owocuje zresztą m.in. stawianiem pytań o własną historię, podkreślaniem własnej, specyficznej przeszłości, niekoniecznie zbieżnej z dziejami konkretnego, dzisiejszego państwa. Indianie przełamują własną mentalność kolonialną, ale też przestają się sami widzieć oraz przestaje się ich pokazywać jedynie jako biernych ludzi, swego czasu skolonizowanych. Wręcz akcentuje się ich dawne działania przeciw kolonizatorom.

            Indianie domagają się też pomników własnych bohaterów i stawiają je, nawet czasem usuwając z pierwszego planu dotychczasowe pomniki ludzi białych. Nieraz uzyskują głos w sprawach lokalnych, niekiedy na tyle silny i w sprawach tak istotnych, że słychać ich też znacznie szerzej. Często przypominana jest indiańska symbolika prekolumbijska, która służy również w roli dzisiejszych symboli. Turystyka etniczna i archeologiczna ma znaczenie w odniesieniu zarówno do spraw historycznych, jak bieżących.

            W Polsce sygnalizowane sprawy przeszłości etnicznej są o tyle mniej znaczące, że dzisiejsze społeczeństwo polskie jest stosunkowo jednolite. Jest natomiast faktem, że wraz z ogólną swobodą refleksji humanistycznej przyszło zwiększenie zainteresowania dawniejszą, swego czasu wieloetniczną przeszłością kraju. Z natury rzeczy dyskusje w tych sprawach toczą się jednak już raczej między ludnością z grubsza biorąc jednoetniczną. Zdarzają się dyskusje w kwestiach związanych np. z obecnością Żydów w Polsce, która jest raczej obecnością historyczną. Na ogół toczą się one jednak wśród nie-Żydów, bądź  z Żydami z zagranicy. Może przyjdzie też kiedyś dyskusja np. o stosunkach polsko-litewskich lub polsko-ukraińskich. W takich wypadkach partnerami dla Polaków będą też raczej strony zagraniczne.

 



** Tekst został zaprezentowany podczas międzynarodowego kolokwium, które miało miejsce na Uniwersytecie Warszawskim z okazji XX-lecia Centrum Studiów Latynoamerykańskich (CESLA UW) w dniach 26-29 maja 2008 r.

 

* Profesor wykładający na: Uniwersytecie Warszawskim oraz Wyższej Szkole Przedsiębiorczości i Zarządzania im. Leona Koźmińskiego.

 

    [1]Artur Domosławski, Gorączka latynoamerykańska, Świat Książki, Warszawa 2004, s. 91.

 

    [2]Marcin Kula, Z notatek: Grudzień, Pamięć i Sprawiedliwość, 2005, nr 2, s. 415.

    [3]Marcin Kula, O Brazylii - ale też trochę o Polsce, w: tenże, Komunizm i po komunizmie, Wydawnictwo TRIO, Warszawa 2006, s. 247.

    [4]O tych sprawach dużo dowiedziałem się na konferencji "Doświadczenie demokracji w Ameryce Łacińskiej" (Instytut Amerykanistyki i Studiów Polonijnych UJ, Kraków 19-20 X 2007), zwłaszcza z głosów Michała Chmary, Małgorzaty Lange oraz Aleksandra Posern-Zielińskiego.