MIGAWKI Z DOŚĆ JUŻ DŁUGIEGO ŻYCIA

 

    

Tomasz LYCHOWSKI

 

 

“Bądź wyrozumiałym dla słabych i mocnym wobec mocnych” - z listu z Auschwitz Tadeusza Łychowskiego do syna Tomasza

 

Rok 1934. Na fermie Quissala, nieco oddalonej od miasta Nova Lisboa, w Angoli, Afryce portugalskiej, kilkumiesięczne niemowlę walczy o życie. Lekarz stwierdza, że może go tylko uratować natychmiastowa transfuzja krwi. W tych ryzykownych warunkach medycznych bezpośrednia transfuzja krwi mego ojca dokonała, z Bożej łaski, cudu, dzięki któremu mogę dziś mówić o wydarzeniach w tak odległej perspektywie.

 

Przyjaźń z rodzina portugalską Cruz przetrwała czasy wojenne i gdy wybuchła Rewolucja Goździków w Portugalii przyszła na nich kolei emigrować. Gdzie? Właśnie do Brazylii! Mile też wspominam moich ciemnoskórych przyjaciół Angolczyków. Ciekawe, że od kiedy przekroczyłem sześćdziesiątkę Angola coraz bardziej stała się obecna w mojej pamięci. Wyrazem tego są  wspomnienia w kilku tomikach moich wierszy.

 

Czasy wojenne. Wolę, tym razem, mówić o jaśniejszej stronie tego, co się wydarzyło. Naprawdę bardzo szczęśliwe było Boże Narodzenie na Pawiaku w 1942r. Moje współwięźniarki tak potrafiły mi umilić ten dzień, że do dziś go wspominam z wdzięcznością. Między innymi, niezapomniany gest Wandy Samardak, która mi zafundowała buty ponieważ moje sandały były za lekkie na polską zimę.

 

Były też akcenty humoru gdy do znanej melodii moje “koleżanki” dorobiły słowa o naszych ukraińskich strażnikach:

 

“O Guciu teraz piosenka taka, że mu trzy baby zwiały z Pawiaka”

“Rudy wciąż teraz łezki ociera bo się niedługo na front wybiera”

“A gdy komendant do celi wleci nawet w menażkach szuka nam śmieci”

“Bardzo lubimy tego Czyżyka bo on nam nigdy drzwi nie zamyka”.

 

Codziennie o szóstej rano był apel. Ustawione w dwurzędzie więźniarki i ja – miałem wówczas osiem lat – składaliśmy po niemiecku meldunek. Po pewnym czasie to mnie przypadła ta funkcja.

Fünfundzwanzig Frauen und ein Kind melduję. Na to Komendant: Fünfundzwanzig Frauen und ein Man i bardzo zadowolony ze swego dowcipu wybuchnął śmiechem.

 

Wracając do dziadowskich rymów: nie jest to żadna literatura, ale ile jest w nich prawdy historycznej! I jakie dzielne były te kobiety! Były też i srogie chwile, ale wolę wspominać o tym, co nam wszystkim pomogło przetrwać.

 

Czasy powojenne. Rok 1945. Moja mama zdecydowała, że zamiast wrócić z Niemiec do Polski będzie bezpieczniej wrócić do Angoli. Cudem dostaliśmy się do Berlina, który był podzielony na cztery strefy. Mama udała się do władz amerykańskich i powiedziała im, że jej syn Angolczyk pragnie wrócić do Afryki. “Proszę udowodnić, przedstawić dokumenty!” Dokumenty? Wszystko w zawierusze wojennej stracone, zgubione. “Bardzo nam przykro”. Moja mama udała się wobec tego do strefy francuskiej. To samo się  powtórzyło. Ze strefy sowieckiej zrezygnowała... Poszła do Anglików. Dokumenty? Nie posiadam. A mówi pani po portugalsku? Mówię. W Berlinie, w gruzach i zgliszczach, znalazł się ktoś, który mówił po portugalsku. I tak zostaliśmy przyjęci do obozu Dpisów, czyli uciekinierów. Od tej pory kocham Anglię, mile wspominam anonimowego tłumacza i chyba nieprzypadkowo jestem z zawodu nauczycielem angielskiego...

 

Rok 1946. Jesteśmy z mamą w Antwerpii. Czekamy na wizę do Angoli. Pewnego dnia dzwonią do drzwi. W drzwiach widzę wojskowego. “Tato!” – poznałem go od razu. Po spędzeniu pół roku w szpitalu po wyzwoleniu z Buchenwaldu, mój ojciec zaczął nas szukać. “Przypadkowo” natrafił na nasz ślad w jednym z obozów.

 

W grudniu 1948 roku na bardzo starym statku Charlton Sovereign wyruszamy z Bremem do Brazylii. W połowie drogi statek raptem się przechyla. Kazali nam wobec tego przenieść się na przeciwną stronę... Inne statki nas mijały, proponowały nam pomóc, ale kapitan naszego statku był uparty. W końcu dotarliśmy do Vitória w Stanie Espírito Santo. Tam nasz statek przez kilka dni naprawiali. Przyszli dziennikarze. Ponieważ mój tata mówił po portugalsku mieli z nim wywiad. Opowiedział im o naszej Odysei. Prawie 800 emigrantów i podróż, która miała trwać dziesięć dni a trwała prawie miesiąc. Zabrakło żywności. Głód i ryzyko życia.

 

Po kilku dniach wyruszyliśmy do Rio de Janeiro. Płyniemy wzdłuż pięknego wybrzeża Brazylii. W końcu nasz statek wpływa do zatoki Guanabara. Ogarnia nas czar najpiękniejszego miasta na świecie. Przy zejściu na ląd, urzędnik brazylijski wszystkich się pyta: “Fala português?” – mówisz po portugalsku? Sim – tak, odpowiada mój ojciec. I tak mój ojciec przy lądowaniu został natychmiast aresztowany. Przez kilka dni nic o nim nie wiedzieliśmy. Okazało się, że kapitan statku wysłał depesze do Rio, że ma na statku agitatora. Wyraźnie nie podobał mu się wywiad mego ojca...

 

Na zakończenie jeszcze tylko opowiem o fermie Secretário na której mój tata dostał zatrudnienie zarządzającego i gdzie, po niespełna roku, zmarł w wieku 52 lat. Dla mnie, oczytanemu w powieściach o Dzikim Zachodzie, Secretário  okazała się realizacją moich młodzieńczych marzeń. Codziennie jeździłem konno z Vaqueiros – czyli z brazylijskimi cowboyami, nauczyłem się ujeżdżać dzikie konie, lasować bydło. Przez jeden rok był to raj na ziemi.

 

Brazylia przyjęła nas bardzo serdecznie. Brazylijczycy to życzliwy, uczynny, gościnny naród.

 

A teraz, na stare lata, ciągnie mnie do Angoli, ciągnie mnie do Polski, a tu, w Polsce, tęsknię za Brazylią. Kocham każde miejsce na tym świecie na którym pozostał już na zawsze jakiś skrawek mego życia. I dlatego znowu otwieram skrzydła by wszystkim za wszystko z całego serca podziękować.

 

Czerwiec 2008r.