„Nowe
horyzonty i wyzwania”.
50
lat obecności Towarzystwa Chrystusowego w Brazylii
Ks. Grzegorz KOZIEŃSKI
SChr *
„… Kiedy więc przyszedłem do
Zgromadzenia, panowała w nim atmosfera niesamowicie prężnego
wyjeżdżania na Zachód. […] Ciągłe prośby o
kapłanów napływające z zagranicy niezwykle nas
mobilizowały. Rwaliśmy się do pracy, byliśmy gotowi jechać
w świat – wtedy jeszcze nie na Wschód, który był zupełnie
zamknięty. Trzeba powiedzieć, że w latach 70. wyjazd do
Australii, do Brazylii czy do Ameryki był bardzo atrakcyjny. Byliśmy
przez innych księży traktowani jak osoby, które mają
specjalną misję do spełnienia. Jako klerycy byliśmy dumni,
że jesteśmy w seminarium będącym instytucją tak mocno
związaną z zagranicą”[1].
W kontekście powyższej wypowiedzi, dzisiaj
doświadczonego już starszego współbrata, chciałbym
zapytać siebie i innych braci w Chrystusowym kapłaństwie, czy
rzeczywiście nadal misja naszej rodziny zakonnej jest tak atrakcyjna, jak
to było przed laty? Czy nadal rwiemy się i jesteśmy gotowi, aby
jechać w świat – tam gdzie nas potrzebują?
Ubiegły już 2007 rok był dla nas
chrystusowców okresem szczególnego dziękczynienia za dar 75-lecia
istnienia naszej rodziny zakonnej. Już po raz kolejny, mieliśmy
możliwość uświadomienia sobie, że zostaliśmy
powołani do dokładniejszego naśladowania Chrystusa w życiu
konsekrowanym przez profesję rad ewangelicznych, jako niczym
niezasłużony dar Ducha Świętego[2],
który uzdalnia nas, aby nieść duchową pomoc niezliczonej rzeszy
polskich wychodźców na wszystkich kontynentach świata. Oprócz tego –
wraz ze współbraćmi pracującymi w Brazylii –
dziękowaliśmy Bogu za 30-lecie erygowania
prowincji w Ameryce Południowej i 50-lecie pracy apostolskiej i polonijnej
na tamtym terenie. Przeżywane rocznice pobudzały nas nie tylko do
dziękczynienia za dar powołania, lecz również i dzisiaj
prowokują, aby przez pryzmat minionych doświadczeń pochylić
się nad istotą powołania chrystusowca, oraz nad specyfiką
naszej pracy i posługi na rzecz Kościoła Powszechnego we
współczesnym świecie.
Niniejszy artykuł jest próbą
odpowiedzi na apel byłego Przełożonego
Generalnego Towarzystwa Chrystusowego, ks. Tadeusza Winnickiego, który
pisał: …„Ogromnie ważna
będzie jubileuszowa refleksja i rachunek sumienia nad życiem naszej
Wspólnoty, nad jej obecnością i misją w Kościele oraz
dyspozycyjnością wobec nowych wyzwań. […]Refleksja ta winna
być poddana gruntownemu omówieniu i syntezie”[3].
Obdarowani, aby służyć
Każdy chrystusowiec został obdarzony
łaską, dzięki której, odkupiony
przez Chrystusa doświadcza misterium Trójjedynego Boga obecnego w
świecie i swoim życiu, w potrójnym wymiarze: w stosunku do Boga, do
Chrystusa i do drugiego człowieka w tym, w sposób szczególny do Polaka
żyjącego poza granicami Ojczyzny[4]. I
to wydaje się być najważniejsze, a mianowicie
świadomość, że moja „służba” na rzecz rodaków,
nie jest dziełem przypadku. To następstwo, konsekwencja osobistej
odpowiedzi na dar powołania kapłańskiego i zakonnego w
Towarzystwie Chrystusowym. To doświadczenie łaski uzdalnia
każdego chrystusowca, aby służyć tym, którzy z różnych
racji opuścili kraj ojczysty, lub też tym, którzy w wyniku
różnych następstw, zostali włączeni w program naszej
duszpasterskiej posługi (np. Brazylijczycy polskiego pochodzenia, Polacy w
Europie Wschodniej). Do tego dzieła przygotowywaliśmy się od
pierwszych chwil naszej formacji seminaryjnej. Byliśmy tak
kształtowani, aby służyć drugiemu człowiekowi, Polonii
i Polsce. Podczas studiów nasi przełożeni nieustannie
podkreślali, że nasze zadania będziemy, w większości
przypadków, realizować poza granicami ojczyzny. Do tej misji, każdy z
nas musiał się odpowiednio przygotować, by przyjmując
„słodki” trud pielgrzymstwa, ze względu na Królestwo Niebieskie,
służyć potrzebującym rodakom, i nie tylko.
Minione rocznice nie tyle ukazują nam bogactwo
przeszłości, co otwierają przed nami wyzwania
teraźniejszości, a zarazem przyszłości. Osobiście
życzyłbym sobie i moim współbraciom, abyśmy jeszcze raz
mogli usłyszeć słowa rządcy apostolskiego na Pomorzu
Zachodnim, który w styczniu 1948 roku (50 lat temu - kolejna rocznica)
napisał do o. Ignacego Posadzego następujące słowa, że
„jest pod wrażeniem, jest
niesamowicie dumny z tego, co widzi jak pracują Chrystusowcy”[5].
Aby „współczesny” świat nadal mógł być pod wrażeniem
naszej posługi, winniśmy na nowo, rozpoznając dar swego
powołania, przyjąć go z wdzięcznością, gdyż
tylko człowiek, który ma świadomość umiłowania,
wybrania i powołania przez Boga, może i powinien stawać się
uczniem Chrystusa[6]. To
„stawanie się” uczniem pozwoli nam również – na nowo – uwierzyć,
że my, którzy dostąpiliśmy łaski Bożego
powołania, mamy wskazywać wielu błądzącym i zagubionym
drogę do pełni piękna człowieczeństwa zamierzonego
przez Boga[7].
Tę misję możemy realizować poprzez przyjęcie postawy
świadka obwieszczającego, że Kościół wsłuchuje
się w wołanie rodaków i polskojęzycznych środowisk poza
granicami Polski, i ogarnia ich duszpasterską troską[8].
Ubogacająca
różnorodność?
Nasza wspólnota zakonna, od początków
swego istnienia, stanowi jedność w różnorodności. Nadal
pamiętamy słowa naszego Założyciela wypowiedziane na
łożu śmierci: „Ut unum sittis” (abyście byli jedno). Owa jedność wynika z naszego
indywidualnego dążenia do tego, aby być uczniem Chrystusa w
sposób trwały przez publiczne ślubowanie rad ewangelicznych:
czystości, ubóstwa i posłuszeństwa oraz życie wspólne,
przez które mamy jednoczyć się z Bogiem w Duchu Świętym za
pośrednictwem Jezusa Chrystusa, Króla wiecznej chwały[9]. Jednocześnie staramy
się pamiętać, że być uczniem Jezusa znaczy „zdecydować się – świadomie i
dobrowolnie – na to, aby On był Mistrzem, a ja do końca życia,
do ostatniego uderzenia serca. Więcej, nawet po śmierci nie chcę
przestać być Jego uczniem! Chcę, by On został moim Mistrzem
na wieczność”[10].
Jednak, analizując minione dzieje naszej rodziny zakonnej, możemy
stwierdzić, że nie wszystkim to się udaje. Nie każdy
kandydat, nowicjusz, kleryk, czy nawet i kapłan wytrwał w tym
„osobistym” postanowieniu „bycia uczniem” przez ślubowanie rad
ewangelicznych, do końca swoich dni.
Biorąc pod uwagę geografię
powołań do naszej rodziny zakonnej, tylko z terenu Polski, bardzo
szybko możemy zauważyć, że jesteśmy bardzo
zróżnicowani. W naszych szeregach naśladują Chrystusa ludzie
pochodzący ze wszystkich stron naszej ojczyzny. Ten zróżnicowany
polski monolit powołaniowy został ubogacony łaską braci z
terenów dawnego Związku Sowieckiego, Europy, USA, czy wreszcie z Brazylii.
Ta swoista mozaika powołań bardzo wyraźnie ukazuje nam, jak Bóg
dawca wszelkich powołań, ubogaca różnorodnością osób
rodzinę, która ma się charakteryzować jednością
działania. „Tej jedności bardzo nam potrzeba, abyśmy mogli jak
najlepiej realizować misję i charyzmat Towarzystwa”[11].
W dziele realizacji zadań,
wyznaczonych nam przez naszych Założycieli, ubogaconych wskazaniami
Kościoła, popartymi praktyką dnia codziennego, możemy
pokusić się o stwierdzenie, że misję Towarzystwa realizują
kapłani, których można by przyporządkować do trzech
zasadniczych grup: chrystusowcy duszpasterze, chrystusowcy pielgrzymi oraz
chrystusowcy tułacze.
a) emigranci
duszpasterze
Najliczniejszą grupę członków Towarzystwa
Chrystusowego otwierają „chrystusowcy duszpasterze”. Należący do
tej grupy kapłani świadomie, dobrowolnie, z całą
stanowczością przyjęli wezwanie do szczytnej służby na
rzecz rodaków poza granicami ojczyzny. Odpowiedzieli na dar powołania
zainteresowani możliwością wyjazdu poza granice ojczyzny. Przez
cały okres formacji, poświęcali swój czas, życie i talenty,
aby jak najlepiej przygotować się do przyszłej posługi. Od
pierwszych chwil formacji kapłańskiej i zakonnej byli przekonani o
słuszności swojej decyzji. Już w seminarium bardzo wielu z tej
grupy ukierunkowywało swe zainteresowania pod względem ewentualnej
pracy na misjach. Niejednokrotnie rozpoczynali dzieło formacji z
przekonaniem, że chcą pracować w danym kraju, czy kontynencie.
Duszpasterze zazwyczaj szybko wchodzą w miejscowe
realia. Łatwo się integrują i asymilują z miejscową
wspólnotą wiernych. Zdają sobie sprawę, że poznanie
miejscowych realiów (mam na myśli sprawy polonijne) znacznie ułatwi
im posługę w kraju ad quem.
Są raczej zdeterminowani, aby uczyć się języka kraju, do
którego przybyli. Przecież jego
poznanie to furtka na świat otwierająca możliwości
„zakonnej” kariery w danej prowincji.
Każdy nowy duszpasterz Polonii po przybyciu na
miejsce przeznaczenia (nieważne, czy to był „wymarzony”
kraj-prowincja) wchodzi w określone realia i miejscowe uwarunkowania,
które musi poznać, aby zainicjować samodzielną posługę
w najbliższej przyszłości. Okres polonijnej inicjacji zazwyczaj
nie trwa dłużej niż trzy lata. W tym czasie przybysz z Polski
dokonuje swoistego rozeznania terenu. Na etapie wprowadzania w nową
rzeczywistość bardzo ważną rolę spełniają
starsi współbracia, którzy pełnią zazwyczaj posługę
administratora lub kapelana danej placówki. To on, przełożony danej
wspólnoty staje się pierwszym przewodnikiem w nowej rzeczywistości.
Jest on bacznie obserwowany przez współbrata-nowicjusza z Polski.
Początkujący duszpasterz Polonii bacznie obserwując starszych
współbraci tworzy sobie pewien obraz, i podpatrując ich styl
życia, z czasem sam przystępuje do kreowania własnej koncepcji
pracy i posługi w nowym miejscu. Najliczniejszy zastęp chrystusowców
duszpasterzy, biorąc pod uwagę czasokres posługi w danym kraju
(prowincji), należałoby podzielić na dwie zasadnicze grupy.
- Do pierwszej grupy zaliczyłbym te osoby, które
przez tzw. „zasiedzenie bierne” ograniczają swoją duszpasterską
posługę tylko do wypełniania swoich kapłańskich
obowiązków, bez cienia emocjonalnego zaangażowania na rzecz rozwoju
działalności polonijnej. Przedstawiciele tej grupy przyjmują
postawę bierności, która bardzo często jest wynikiem pierwszych
doświadczeń na nowym miejscu posługi. Bardzo często nie
mając nic do zaoferowania (działalność polonijna)
powielają utarte duszpasterskie schematy, wypracowane jeszcze przez
poprzedników. W praktycznej działalności duszpasterskiej
ograniczają swoje zaangażowanie tylko do posługi sakramentalnej.
Bierni, aby się nie narazić swoim przełożonym, starają
się być lojalnymi – przynajmniej na zewnątrz –
współpracownikami, którzy regularnie odprowadzają środki materialne
do kasy prowincji. Ponadto, aby „nie zniszczyć swej reputacji” gorliwie
przestrzegają zasady „stabilitas loci”. Dzielnie trwają w granicach
terytorialnych powierzonej im wspólnoty parafialnej. Brak pewnej
otwartości sprawia, że stają się zaściankowi,
widząc tylko własne podwórko i problemy.
Kapłani należący do tej grupy, choć
często wskazują na potrzebę dyspozycyjności sami „nie
lubią”, lub też „nie chcą” zmieniać kraju, w którym
już posługują. Z tego też powodu (przecież
jesteśmy tylko ludźmi), w tej grupie bardzo często dochodzą
do głosu tzw. układy. To środowisko jest najbardziej
układogenne. To układ pozwala w konsekwencji trwać biernie na
wyznaczonym posterunku.
Wraz z mijającymi latami posługi w jednym
kraju, lub prowincji powstaje pewien mit „mędrców”, którzy wydają
się być najbardziej kompetentnymi i niezastąpionymi w sprawach
duszpasterskich i nie tylko. Mędrcy, to tacy specjaliści od lokalnych
spraw, którzy nie potrafią zrozumieć innych uwarunkowań i innej
rzeczywistości. Potrafią dużo mówić, ale często
słowa mijają się z praktyką dnia codziennego.
W tym gronie wciąż pojawiają się
problemy z obsadzaniem tzw. „sztandarowych” parafii, których oczywiście
nie brak. Kolejny problem, jaki pojawia się w tym środowisku, to
kwestia respektowania prawa. W szczególności podejścia do spraw
kadencyjności, która czasem wydaje się nie obowiązywać
tych, którzy zajmują najbardziej uprzywilejowane miejsca w radzie
„mędrców”. Często nawet można usłyszeć twierdzenie,
że nie ma odpowiednich kandydatów.
Największą szkodę wyrządzamy
„biernym” duszpasterzom, gdy nawet nieświadomie uważamy, że dany
współbrat został powołany tylko i wyłącznie, aby
zajmował predestynowane stanowiska. Z tego powodu, czasem, nawet i
nieuświadomionego przyzwyczajenia, uwierzenia we własne zdolności
rodzą się później kompleksy i niepotrzebne znerwicowanie. To
zazwyczaj ci bracia, gdy zbliża się koniec kadencji,
przeżywają największe problemy. No, nie ma się i co
dziwić, gdyż jak tu po latach przejść do szeregu.
- Do drugiej grypy zaliczyłbym kapłanów, którzy
przez „zasiedzenie czynne” stanowią największą siłę
napędową danej prowincji. To właśnie oni „czynni” (już
może z samej natury) natychmiast po przybyciu w nowe miejsce
duszpasterskiej posługi, rozpoznają miejscowe uwarunkowania i starają
się wychodzić naprzeciw nowym wyzwaniom. Nie ograniczają swej
posługi tylko i wyłącznie do posługi sakramentalnej. Oni
wychodzą na zewnątrz do ludzi. Tak przygotowują program, aby
odpowiadał na zapotrzebowanie wiernych. Nieustannie dążą,
aby sprostać zmieniającym się warunkom pracy duszpasterskiej.
Dla tej grupy liczy się przede wszystkim dobro powierzonych im wiernych.
Duszpasterskie zaangażowanie sprawia, że wciąż
aplikują nowe pomysły i rozwiązania w tym celu, aby jak
najlepiej wykorzystać darowany im czas. To właśnie dzięki
ich zaangażowaniu i pomysłowości na rzecz danej wspólnoty
możemy później mówić o pięknych kartach historii polskiego
duszpasterstwa poza granicami kraju.
„Czynny” duszpasterz nie lubi zbytnio teoretyzować.
On chce działać, realizować własne pomysły z
poszanowaniem lokalnych uwarunkowań. Przedstawiciel tej grupy czuje
się dobrze tam, gdzie ma możliwość rozwoju. Podobnie
wygląda kwestia podejścia do kadencyjności i mobilności.
Czynny duszpasterz, choć czuje się dobrze w każdym miejscu raczej
nie chce zmieniać kraju (prowincji) swej posługi. Obdarzony
rozmaitymi talentami nie czuje potrzeby wikłania się w układy,
które mogą jedynie ograniczyć jego wolność.
Największą szkodę wyrządzamy
przedstawicielom tej grupy wtedy, gdy nie pozwalamy im działać. Gdy
patrząc przez swój pryzmat nie dostrzegamy potrzeby zmian. Potrzeby
współpracy, większego zaangażowania na rzecz rozwoju
duszpasterskiego działania w danej prowincji.
Z tej największej grupy „chrystusowców duszpasterzy”
należałoby wyłonić także „chrystusowców pielgrzymów” i
„chrystusowców tułaczy”. Aby nie było niejasności, każdy
członek naszej rodziny zakonnej jest z natury duszpasterzem. Przynajmniej
chce nim być. Dopiero po latach, gdy już nabiera pewnych
doświadczeń, zarówno pozytywnych, jak i negatywnych dochodzi do
dalszego podziału i polaryzacji postaw członków Towarzystwa.
b) Chrystusowcy
pielgrzymi
Oczywiście, każdy człowiek jest
pielgrzymem; wszyscy zdążamy do Domu Ojca. Aby stać się
chrystusowcem pielgrzymem, to trzeba się takim urodzić, lub
obrać taki styl życia. Chrystusowcy pielgrzymi niczym się nie
różnią od „czynnych” chrystusowców duszpasterzy. Z tą jednak
różnicą, że traktują swe powołanie, jako
ciągłe bycie w drodze. Już ze swej natury, pielgrzymi nie
lubią przywiązywać się do jednego kraju, prowincji czy
kontynentu. Pielgrzym, to człowiek wciąż gotowy, aby
podejmować się nowych wyzwań.
Wbrew pozorom chrystusowiec pielgrzym, to kapłan,
zakonnik, który jest odpowiedzialny za siebie i za dar powołania do
Towarzystwa. Jest świadomy ciążących na nim zadań i
obowiązków do wypełnienia. Pielgrzym jest stworzony, aby
zmieniać siebie i innych. Pielgrzym, to ten, który podejmuje bardzo
ważne zadania ze względu na dobro naszej rodziny zakonnej. W trosce o
jej pełny rozwój.
Pielgrzym, to praktyk, który raczej nie lubi
teoretyzować na temat „mobilności”, lecz jest mobilny. Nie boi
się zmian. Zdaje sobie sprawę, że nie żyje dla siebie, on
żyje dla innych. Nie przywiązuje się do rzeczy materialnych,
miejsc i osób. Szybko aklimatyzuje się do nowych warunków i zwyczajów. W
miarę możliwości, z radością, poznaje miejscowe
uwarunkowania i uczy się języka. Traktuje swoje powołanie jako
dar, który zostaje ubogacany doświadczeniem „innego”. Pielgrzym w przeciwieństwie do
duszpasterza patrzy na rzeczywistość bardziej oględnie. Jest
specjalistą bardziej wszechstronnym. Nie ogranicza się tylko do spraw
lokalnego Kościoła. Dzięki doświadczeniu potrafi
spojrzeć bardziej uniwersalnie na problemy duszpasterstwa. Jego misja, to
realizacja pewnej pielgrzymki, niekoniecznie od razu do domu Ojca. Pielgrzym
patrzy na sprawy bardziej ogólnie, z dystansem.
Nie boi się pracy i nowych wyzwań. Wreszcie bardzo rzadko
staje się partnerem układu. On nie ma na to czasu. On chce
działać. Często pielgrzymi nie są rozumiani przez
duszpasterzy i tułaczy.
Największą szkodę wyrządzamy
chrystusowcom pielgrzymom, gdy patrzymy na nich tylko przez pryzmat
doświadczeń chrystusowców duszpasterzy i tułaczy. Uważam,
że jeśli istnieje taka grupa osób, która gdzieś we własnym
wnętrzu czuje potrzebę, aby podejmować się wciąż
nowych wyznań, to należy to wykorzystać. Oczywiście, to nie
może być tylko religijna turystyka, ale szczera chęć
służenia Bogu i Polakom w nowym miejscach. Jednak, każda zmiana
miejsca pracy – pielgrzyma – winna być regulowana kadencyjnością
jego posługi.
c) emigranci
tułacze
W naszych szeregach nie brakuje również i
tułaczy. Do tej grupy można zaliczyć osoby, które
wciąż poszukują własnego miejsca na ziemi. To osoby, które
nie mają jasno sprecyzowanego celu, ani pomysłu na realizację
własnego powołania zakonnego i kapłańskiego. Mają
problem, aby znaleźć dla siebie właściwe miejsce na ziemi.
Boją się podejmować ryzyko, ale gdy inni (np. chrystusowcy
duszpasterze i chrystusowcy pielgrzymi) takowe podejmują, potrafią
tylko krytykować. Sami boją się być krytykowanymi,
gdyż uważają, że to jest atak na ich człowieczą i
kapłańską godność.
Tułacz boi się stawiać pytania.
Podejmować decyzji. Żyje niejako dla siebie. Ma swój własny
świat. Drugi jest dla niego zagrożeniem. Wreszcie tułacz
może być spełnionym człowiekiem, ale różnego rodzaju
psychologiczno-osobowościowe uwarunkowania nie pozwalają mu dostrzec
radości i wewnętrznego spełnienia z wypełnianej funkcji i
powołania. Tułacz może mieć wszystko, ale wciąż
będzie czegoś mu brakować. Z tego poczucia „braku” rodzi
się pragnienie zmiany. Obrania innego kierunku, aby po dotarciu do celu
znów powrócić do poprzedniego stanu.
***
Powyższa próba scharakteryzowania
członków naszej rodziny zakonnej nie jest wyczerpująca.
Teoretyzując, można powiedzieć, że nie jest to łatwe
zadanie. Tę kwestię należałoby poddać dokładnej
analizie. Przecież jak w każdej instytucji użyteczności
publicznej dobry menadżer stara się rozpoznawać predyspozycje
swoich podwładnych, aby, gdy zajdzie taka potrzeba zrobić z tego jak
najlepszy użytek. W naszym
przypadku, zapewne w najbliższej przyszłości, dobre
zarządzanie kadrami będzie niezmiernie ważne, aby
właściwie odpowiadać na wciąż nowe wyzwania
współczesności.
W pełni zgadzam się z twierdzeniem, że
jako chrystusowcy nieustannie musimy uświadamiać sobie
konieczność przemyślenia i podjęcia konkretnych
działań w celu jeszcze lepszego przygotowania duszpasterzy do pracy
wśród naszych rodaków. Być może, że wśród
najważniejszych przymiotów chrystusowca, na następne
dziesięciolecia naszej posługi, będzie dyspozycyjność[12]. I tu może pojawić się pytanie:
ilu naszych współbraci rzeczywiście jest w stanie odpowiedzieć
chociażby na apel, między innymi uczestników VI Kapituły
Krajowej, jak i poprzedniego Zarządu Towarzystwa, aby, wobec wyzwań
współczesności, być rzeczywiście dyspozycyjnym
duszpasterzem? Co robić i jak kształtować przyszłe
zastępy chrystusowców, aby rzeczywiście posiąść ten
niezmiernie ważny przymiot?
Należałoby również pamiętać,
że nadal potrzebujemy kapłanów dyspozycyjnych, ale nie tylko w skali
„micro”. W najbliższej przyszłości może się
okazać, że coraz częściej będziemy potrzebować
dyspozycyjności w skali „makro”. W tym też duchu, jedno wydaje
się być pewnym, że nasza rodzina zakonna będzie zdolna
odpowiadać na wciąż zmieniające się potrzeby duszpasterskie
Kościoła i Polonii wtedy, gdy Zarząd Generalny będzie
mądrze, i odważnie wykorzystywał zasoby kadrowe Towarzystwa, z
uwzględnieniem „różnorodności” osobowej.
Myślę, że wobec wyzwań
współczesności Towarzystwo będzie potrzebowało raczej czynnych
duszpasterzy oraz „pielgrzymów”, którzy nie zważając na krytyczne
uwagi swoich współbraci będą szli w nowe miejsca naszej
duszpasterskiej aktywności. Ale mimo wszystko nasza personalna
„różnorodność” będzie gwarantem naszego dalszego
rozwoju.
Potrzeba nowego spojrzenia
Wciąż zmienna geografia migracji
polskiego społeczeństwa – podmiot naszej posługi – sprawia,
że my chrystusowcy wciąż będziemy potrzebować
obierać nowy, inny kurs. Ta nowa rzeczywistość będzie
wymagała …„nieustannego
wschłuchiwania się w głos Boga i Jego Ducha, tak, aby
pozwolić się prowadzić Bożym natchnieniom i Jego woli. To
wymaga otwartości umysłu i serca oraz dyspozycyjności jednostek
jak i rozeznania odpowiedzialnych za tę misję, – aby iść
tam, gdzie jesteśmy najbardziej potrzebni, …„gdzie polskie dusze
giną”[13].
Również w tym duchu snuje swe
myśli, na temat na naszej obecności w Ameryce Południowej,
najbardziej znany, zasłużony i szanowany współczesny badacz
dziejów Polonii w tym kraju, ks. dr Zdzisław Malczewski, nasz współbrat, który pisze w jednym ze
swych artykułów, że wciąż zachodzi potrzeba nowego i bardziej obiektywnego spojrzenia na
społeczność polonijną w Brazylii[14]. Oczywiście, apel
znanego, nie tylko w naszym środowisku, współbrata, polskiego
intelektualisty, myśliciela i pisarza, nie odnosi się tylko do ludzi
uczonych, badających problematykę polonijną. Zachęta wydaje
się być również aktualna i skierowana w dużej mierze do nas
duchowych synów kard. Augusta Hlonda, a w szczególności do Zarządu
Generalnego, który koordynuje i wyznacza kierunki naszej duszpasterskiej
aktywności na najbliższe lata.
Jako chrystusowcy, szczególnie po 2004
roku, jesteśmy ogarnięci, czy nawet wpatrzeni w zarysowujące
się potrzeby Polaków w nowych środowiskach migracji, głównie w
Europie Zachodniej. To Europa i duchowe potrzeby Polaków tam
zamieszkujących wydają się być oczkiem w głowie na
najbliższe lata istnienia i realizacji misji naszego Towarzystwa. Jednak,
tak przynajmniej uważam, że i dzisiaj na nowo potrzebujemy
uwierzyć, zarówno w wymiarze indywidualnym, jak i zbiorowym, że nasza
misja na rzecz Brazylijczyków polskiego pochodzenia, czy innych grup etnicznych
ma sens, gdyż zostaliśmy powołani do głoszenia przede
wszystkim Dobrej Nowiny, która to …„jest
także realizowana w naszych czasach. W wypełnianiu tego zadania
uprzywilejowana rola przypada misjonarzom, którzy opuszczając
własną ojczyznę, poświęcają ze szczególnym
oddaniem i miłością własne życie w posłudze
braciom i siostrom na różnych kontynentach […] przyczyniając się
do rozwoju Ewangelii, żywotności Kościołów lokalnych i
postępu ludności….[15].
W tym dziele, największą szkodę
wyrządzamy naszej misji, oraz całej społeczności polonijnej
wtedy, gdy chcąc osiągnąć swój partykularny interes, za
wszelką cenę powtarzamy i lansujemy tezę, że nasza
obecność w danym kraju, społeczności, czy kontynencie, nie
ma już sensu!
Pod ciężarem własnych
doświadczeń
Ponad siedem lat temu wyruszyłem
szlakiem pielgrzyma, aby być pośród swoich gdzieś daleko od
ojczyzny. Na początku maja 2000 roku, lecąc z Madrytu,
przekroczyłem granice Europy i zachodniego świata. Podniebny olbrzym
unosił mnie do Brazylii. To była bardzo ekscytująca podróż.
Oto, dzięki zaufaniu moich przełożonych, zostałem
skierowany, aby tam pod Krzyżem Południa realizować misję
zgromadzenia na rzecz lokalnej wspólnoty Kościoła oraz na rzecz
Brazylijczyków polskiego pochodzenia. Moja misja trwała niespełna
pięć lat. Gdy nadarzyła się okazja, postanowiłem
zasmakować innej drogi. Chciałem po prostu doświadczyć
pracy pośród swoich rodaków, szczególnie tych, których zaliczamy do
najmłodszego pokolenia polskich emigrantów. Dzięki
życzliwości ówczesnych przełożonych i zrozumieniu
współbraci z Rady Generalnej nadszedł czas na europejskie
doświadczenia.
a) Ubogacająca rzeczywistość
Każdy, kto choć przez krótki czas
przebywał w Brazylii wie, że jest to kraj potężnych
możliwości. Jest to bezkresna kraina opływająca w mleko i
miód. Wraz z wydłużającym się pobytem, każdy nowo
przybyły „misjonarz” zauważa, że jest to kraj malowniczy,
pełen kontrastów, który daje możliwości duchowego i
intelektualnego rozwoju.
Brazylia, to kraj, który da się
pokochać i polubić. Można go również zaakceptować.
Jednak dla wielu, to jest bardzo smutne, ale prawdziwe, ten wielki kraj
może stać się „więzieniem”, „krainą zesłania”.
Dzieje się tak, dlatego, że nie każdy chrystusowiec, z
różnych wiadomych sobie powodów, chce zaakceptować siebie i
swoją misję w Ameryce Południowej. Ten brak afirmacji sprawia,
że nawet i osoba duchowna, mając niemalże wszystko, co
potrzebuje, aby przeżyć, może czuć się nieswojo
„pośród swoich”.
Moje doświadczenie Kościoła,
jako wspólnoty osób, najpełniej uzewnętrzniało się w
Brazylii. Pracując w tym kraju doświadczałem, że
Kościół, to wspólnota wiernych. Nie od wielkiego święta,
ale każdego dnia. To rzeczywistość, która zdaje się
być bardziej otwarta na drugiego człowieka. To organizm niezwykle
twórczy, dynamiczny i bardziej radosny. W tej wspólnocie kapłan czuje
się, że jest kapłanem, że jego misja i posługa ma
sens.
Duszpasterz posługujący w Brazylii,
to lider, który potrafi znaleźć wspólny język z każdym
człowiekiem, zarówno biednym, jak i bogatym. To człowiek nieustannie
„w drodze”. Wreszcie, co wydaje mi się bardzo ważne, brazylijski
Kościół nie podkreśla, aż tak mocno wymiaru
hierarchicznego. Pod Krzyżem Południa, zarówno biskupi, jak i
kapłani (co zresztą sam mogłem doświadczyć), w bardzo
wielu wypadkach, mają poczucie, że są braćmi. Bardziej
podkreśla się potrzebę dialogu, nawet i z podwładnym.
Istotnym wydaje się być również fakt, że duchowieństwo,
aż tak bardzo nie przywiązuje uwagi do tytułów. Nie ma takiego
sztucznego obnoszenia się, kim to ja nie jestem.
Wreszcie – przynajmniej w moim przypadku –
jako dla kapłana przybyłego z Polski, który nigdy nie
myślał, aby pracować w Brazylii, historia polskiej
obecności w tym kraju wydaje się być najbardziej
fascynująca. Tutejsza Polonia dała się poznać, jako
społeczność dbająca nie tylko o własne grupowe
interesy, ale jako wspólnota osób zatroskana o rozwój swej nowej ojczyzny. Nasi
rodacy po przekroczeniu granic kulturowych, językowych i uwarunkowań
społeczno-politycznych śmiało podejmowali również
działania na rzecz unowocześnienia Brazylii. To właśnie z
troski (być może trywializuje) polskiego kolonisty, aby jego dzieci
miały lepszą przyszłość możemy dzisiaj mówić
o bogatej historii naszej obecności w Brazylii. W tym też duchu –
być może się mylę – działali nasi współbracia,
którzy pół wieku temu, po raz pierwszy, przybyli do Brazylii. Jednak ten
fragment ofiarnej posługi na
kontynencie latynoamerykańskim[16] wciąż – zgodnie
z opinią ks. Malczewskiego – czeka na bardziej pogłębione
opracowania[17].
Analizując dzieje i aktualną
działalność brazylijskiej Polonii[18] można pokusić
się o stwierdzenie, że Polak potrafi; oto po 130 latach od chwili
przybycia pierwszych grup Polaków do Brazylii w wielu jeszcze
miejscowościach można usłyszeć język polski. Wiele
osób rozumie mowę swoich pradziadów. Iluż to Brazylijczyków polskiego
pochodzenia poznaje dzieje ojczyzny swoich przodków dzięki
portugalskojęzycznej literaturze[19]. Jednak, czy bogactwo
przeszłości zwycięży z pokusami teraźniejszości?
To właśnie brazylijskie
doświadczenia (lata 2000-2005) nauczyły mnie pewnej otwartości
na potrzeby świata, drugiego człowieka. Ukazywały potrzebę
pewnej spontaniczności w działaniu, nawet wbrew utartym schematom,
oraz nauczyły wiary, że Bóg troszczy się o swojego
sługę.
b) Kuszenie zachodniego świata
Jak już wspomniałem,
przyszła w moim życiu taka chwila, kiedy poruszony do głębi
słowami Założyciela, że dusze polskie giną, zapragnąłem
pracować w środowiskach najmłodszej polskiej emigracji.
Czułem taką wewnętrzną potrzebę, aby
doświadczyć „innego”, „zachodniego” stylu pracy i posługi na
rzecz rodaków. Chciałem na własnej skórze doświadczyć jak
rzeczywiście jest aplikowane w praktyce prawo Kościoła wobec
ludzi w drodze.
Po trzydziestu miesiącach pobytu w
Europie mogę stwierdzić, że zachodni świat
rzeczywiście kusi, zachwyca także i nas chrystusowców. Europa, czy
inne kraje mogą zafascynować nas rozwojem technologicznym, dostępnością
do środków masowej komunikacji, łatwością odwiedzin swoich
bliskich i znajomych w kraju rodzinnym. Dają szersze możliwości
uprawiania turystyki międzykontynentalnej. Również i pod
względem finansowym Stary Kontynent wydaje się być również
bardziej atrakcyjny. Jednak, czy to wystarczy, aby zachwycić i na
stałe uszczęśliwić człowieka?
Oprócz dobrodziejstw natury materialnej
Europa, podobnie, jak to było w czasach ubiegłych …„wydaje się być wewnętrznie
pusta, w pewnym sensie sparaliżowana zanikiem systemu krążenia;
jest to kryzys wystawiający na ryzyko jej życie; musi ona
ratować się przeszczepami, które w końcu przekreślają
jej autentyczną tożsamość” […]. W ciągu całej
swojej przeszłości Europa była kontynentem kontrastów[20].
Ponadto, mając na uwadze, papieski dokument Jana Pawła II „Ecclesia
in Europa”, każdy duszpasterz doświadcza, że jest to kontynent
wystawiony na pokusę gaszenia nadziei, że przeżywa pewien okres
zagubienia, utratę pamięci i dziedzictwa chrześcijańskiego
(por. EE 7). Doświadcza lęku przed przyszłością. Do
tego dochodzi poczucie
osamotnienia; mnożą się podziały i kontrasty. Patrzy na
niebezpieczne zjawisko kryzysów rodzinnych i słabości samej koncepcji
rodziny, na konflikty etniczne, na odradzanie się pewnych postaw
rasistowskich, napięć międzyreligijnych, na narastanie
powszechnej obojętności etycznej oraz gorączkowe zabieganie o
własne interesy i przywileje. Wciąż postępująca pokusa
indywidualizacji sprawia, że dostrzega się coraz mniej przejawów
solidarności (por. EE 8). Wreszcie europejska kultura sprawia
wrażenie «milczącej apostazji» człowieka sytego, który żyje
tak, jakby Bóg nie istniał (por. EE 9). W tym całym gąszczu
negatywnych zjawisk znajduje się również i kapłan, który musi
pozostać do końca apostołem, Dawcy nadziei. To oczywiście
ma swoją cenę.
Patrząc z perspektywy brazylijskiego
interioru inne prowincje Towarzystwa rzeczywiście kuszą. Ja
również tego doświadczyłem. Bardzo często wszystko to, co
jest usytuowane poza Brazylią wydaje się być rajem, ziemią
obiecaną, ale tak nie jest. Każda prowincja, parafia, czy
ośrodek duszpasterski ma swoją specyfikę, problemy,
trudności, sprawy, które niepokoją i spędzają sen z powiek.
Na przykładzie mojej ponad dwuletniej
obecności i posługi w Europie mogę powiedzieć, że tu
jest inne podejście do Kościoła i do kapłana. Na
kontynencie europejskim poczucie wspólnoty uzewnętrznia się zazwyczaj
tylko w niedziele i święta. Wtedy to jest okazja, aby wierni mogli
spotkać się ze swym duszpasterzem, aby można było
zauważyć zaangażowanie wiernych, które bardzo często
ogranicza się do posług liturgicznych i
organizacyjno-porządkowych. W tygodniu często w telefonie
duszpasterzy (szczególnie w angielskich parafiach) usłyszymy jedynie
informacje na temat godzin sprawowanych posług liturgicznych, ewentualnie
zostaniemy poproszeni o zostawienie informacji. Również i w tzw. „nowych”
parafiach, czy wspólnotach polonijnych, które powstały w ostatnich latach,
posługa duszpasterska bardzo często ogranicza się tylko do
niedzielnej posługi. To zazwyczaj wtedy, głównie po mszy św.
załatwiane są wszelkie sprawy. W tygodniu nikt nie ma czasu,
każdy oddaje się zarabianiu środków materialnych. Zresztą
bardzo wielu naszych rodaków traktuje Kościół bardzo instrumentalnie.
Po „załatwieniu” sprawy, większość petentów już nie
znajduje czasu, aby „pojawić” się w kościele. Nawet i termin
ofiarności wydaje się być bardzo różny w stosunku do
realiów pracy w Brazylii.
Przedstawiciele najnowszej fali emigracji
„zarobkowej” (takie określenie wydaje się być już pewnych
archaizmem, gdyż spotykamy obecnie osoby, które wyjeżdżają
nie ze względu na brak pracy, lecz w poszukiwaniu pracy znacznie lepiej
wynagradzanej)[21]
nie lubią tworzyć polskiego getta. Są raczej nieufni
względem siebie. Nie starają się być solidarni. Często
słyszy się jedynie o wykorzystywaniu jednych przez drugich.
Wykorzystywaniu przez tych, którzy wcześniej przecierali szlaki i teraz
uchodzą za lokalnych ekspertów. Młodzi rodacy, gdy już są w
stanie wynająć własne mieszkanie, dosyć często
starają się wybierać takie miejsca i dzielnice, gdzie nie
mieszka wielu Polaków.
Również i w Europie, podobnie
zresztą jak w Brazylii, kapłan coraz częściej musi
poszukiwać rodaków w różnych i odległych miejscach. Na ten
aspekt posługi zwraca również uwagę II Polski Synod Plenarny
(1991-1999)[22].
Jednak z taką różnicą, że często wielu naszych rodaków
chce rozwiązać wszystkie swoje problemy tylko w niedzielę.
Polski duszpasterz na Zachodzie
wciąż spotyka osoby, które, tak się przynajmniej może
wydawać, że mają „pretensje”, nie tyle do miejscowego
kapłana, co do Kościoła, jak i swoich duszpasterzy w Polsce.
Obarczeni negatywnymi doświadczeniami z kraju rodzinnego, traktują
często nas – duszpasterzy – jako „zło konieczne”. Kontaktują
się z nami tylko wtedy, gdy coś potrzebują. Gdy zaistnieje potrzeba
(to jest moje osobiste doświadczenie) są w stanie znaleźć
telefon i adres duszpasterza dosłownie w ciągu kilku minut. I to jest
rzeczywiście bolesne.
Przykrym również wydaje się
być fakt – jak pisze ks. Zuziak – że tylko bardzo niewielki procent
przybyłych, uczestniczy w niedzielnej liturgii, np. w Manchester (gdzie i
ja pracowałem) ok. 1%-2%[23]. Dane te mogą
zresztą tylko potwierdzić opinię niektórych osób
zamieszkujących na Wyspach, że …„rola polskiego kościoła w
życiu naszych rodaków jest bardzo iluzoryczna, by nie powiedzieć
nieistotna[24].
Ta sytuacja osłabia również i tych, którzy z całego serca
pragną służyć swoim braciom na wychodźstwie. Ta
duchowa stagnacja wydaje się być czynnikiem najbardziej
stresującym kapłana we współczesnej Zjednoczonej Europie.
Jednak, i o tym należy mówić, że ta ocalała reszta rodaków,
którzy poszukują polskiego księdza, to jest nasza elita, która
poszukuje Kościoła z potrzeby serca. Ci wierni bardzo często
zachowują polskie tradycje. Zapraszają księdza po kolędzie.
Dbają o rozwój duchowy, itd. Często, gdy nadarzy się taka
okazja, ci, którzy korzystają z naszej posługi podkreślają
dobrodziejstwo obecności kapłana i Kościoła w miejscu ich
nowej egzystencji.
Kolejnym niepokojącym zjawiskiem
wydaje się być postrzeganie polskiego duszpasterstwa, jako pewnej
konkurencji wobec lokalnych struktur Kościoła[25]. Ta przysłowiowa
ocalała reszta polskich praktykujących katolików na Wyspach winna jak
najszybciej – zgodnie z wypowiedzią kard. Murphy-O'Connor – włączyć się w życie
lokalnych parafii tak szybko, jak się da, gdy tylko ich angielski im to
umożliwi. Powyższe słowa budzą pewne zaniepokojenie,
gdyż ukazują pewien schemat myślenia i działania
miejscowego episkopatu i duchowieństwa, gdzie polski kapłan wydaje
się być potrzebny tylko na początku wchodzenia Polskich
emigrantów w nowe środowisko. Często potrzeby duchowe rodaków są
redukowane do udziału we mszy i możliwości skorzystania z
Sakramentu Pojednania. W praktyce, przynajmniej biorąc pod uwagę moje
doświadczenia i opinie moich kolegów, rzecz wygląda
następująco: polski kapłan dosyć często musi
prosić i zabiegać o możliwość odprawiania mszy
św. w języku polskim. Nie zawsze prośby te znajdują
zrozumienie u miejscowych proboszczów. Ta sytuacja sprawia, że
chociaż jestem pośród swoich, czuję jednak, że mój pobyt
jest traktowany bardzo instrumentalnie: mam być pośrednikiem
umożliwiającym w miarę szybkie integrowanie się moich
rodaków z miejscową wspólnotą wiernych. Po spełnieniu tej misji
mogę szukać sobie innego zajęcia.
W europejskim modelu wspólnoty eklezjalnej,
być może nie w każdym kraju, podkreśla się bardziej
wymiar hierarchiczny. Szczególnie da się to zauważyć w
parafiach, gdzie pracuje więcej niż jeden kapłan. Nawet i we wspólnotach
zakonnych wymiar ten jest mocno akcentowany. Podwładnych i
przełożonych dzieli pewien niewidzialny dystans. Tu każdy musi
wiedzieć, jakie jest jego miejsce, nawet i przy ołtarzu.
Przykładowo, podczas dorocznych zjazdów polskich kapłanów
pracujących na Wyspach, aby zająć miejsce w prezbiterium trzeba otrzymać
specjalne zaproszenie przez gospodarza imprezy. Te niby uprzywilejowane miejsca
są, za każdym razem przygotowywane i zarezerwowane dla jego
najbliższych współpracowników. Niestety, ta praktyka często jest
kopiowana przez zakonników.
Piszę o tym, gdyż wciąż
doświadczamy, że współcześni nam rodacy, a w
szczególności młodzi ludzi już nie są zainteresowani i nie
robi na nich większego wrażenia fakt obecności przedstawiciela hierarchii
Kościoła w ich wspólnocie. Ci „młodzi” ludzie potrzebują
przede wszystkim człowieka, który ich zrozumie i któremu mogą
zaufać. Potrzebują duszpasterza, który będzie z nimi. Nie tyle
fizycznie, co duchowo. Oczywiście, potrafią bardzo szybko
człowieka rozeznać i ocenić. Gdy kapłan zdobędzie
zaufanie (może i za dużo powiedziane) potrafią i starają
się go uszanować.
Zamiast
zakończenia
Także i dzisiaj, niemalże na nowo musimy
uświadomić sobie, że winniśmy traktować powołanie
chrystusowca jako misję, która została mi/nam zadana przez dar
powołania do Towarzystwa Chrystusowego. Misję tę spełniamy
na rzecz Kościoła Powszechnego. Jako chrystusowcy staramy się
być ambasadorami polskości, ale niekoniecznie musimy realizować
swoją misję w języku ojczystym. Na pierwszym miejscu mamy
głosić Chrystusa, a dopiero później, gdy nadarzy się taka
okazja, mamy dbać, aby nie ginęły polskie dusze, które zgodnie z
obserwacjami duszpasterza Polonii w Hiszpanii, ks. Andrzeja Glanca giną: „Tylko dlatego, że wyraźnie sobie
tego życzą”[26]. Ponadto, przynajmniej teoretycznie, staramy
się pamiętać o zasadzie integracji społeczno-religijnej,
która w duszpasterstwie emigracyjnym leży u podstaw naszej
działalności. Staramy się również pielęgnować
wśród powierzonych sobie wiernych własne wartości,
uwrażliwiając ich na dobro społeczności przyjmującej
czy innych społeczności etnicznych w miejscu nowego zamieszkania i
wreszcie na dobro całej społeczności ludzkiej[27].
Chrystusowcy pracujący pod Krzyżem
Południa – nasi współbracia – stanowili i nadal stanowią
zwartą społeczność duchownych, którzy opuściwszy swój
kraj, wierni ideałom naszych założycieli, głosili i nadal
głoszą Chrystusa i Polskę tym, do których zostali posłani.
To właśnie na tym kontynencie nasi współbracia mieli okazję
doświadczyć uniwersalności Kościoła. To właśnie tu – chrystusowiec –
musiał być otwarty na drugiego człowieka, niekoniecznie o
polskim rodowodzie etnicznym. Właśnie tu Ustawy i Dyrektorium naszej
rodziny zakonnej zostały poddane weryfikacji. Oto, kapłani, których
zadaniem była troska o rodaków, nie zważając na różnego
rodzaju przeszkody, adresowali swoją posługę do wiernych
wywodzących się z innych grup etnicznych. To była i jest
ubogacająca rzeczywistość. Być może fakt ten
sprawił, że chrystusowiec, posługujący na rzecz
brazylijskiej wspólnoty eklezjalnej był, jest i nadal musi być
człowiekiem otwartym na drugiego, niekoniecznie o polskim rodowodzie
etnicznym człowieka. To sytuacja niezwykle ubogaca
kapłańską posługę w tym kraju.
Wreszcie, i o tym należy pamiętać, że
Brazylia spośród wszystkich prowincji Towarzystwa, wydała
największą ilość powołań kapłańskich i
zakonnych. Dzięki naszej obecności i posłudze Brazylijczycy o
polskim rodowodzie etnicznym mają swoich przedstawicieli w zgromadzeniu,
które zostało powołane, aby dbać o ich duchowe dobro. Wzrastająca
liczba kapłanów Brazylijczyków polskiego pochodzenia domaga się, aby
podejmowano takie decyzje personalne, które zagwarantują w dalszej
przyszłości przejęcie tej części naszego Towarzystwa
przez miejscowych kapłanów, którzy będąc świadomi
własnych korzeni będą promować idee naszych
Założycieli i naszej rodziny zakonnej.
Nie ukrywam, że tytuł powyższego
artykułu został zainspirowany Przesłaniem VI Kapituły
Prowincjonalnej Prowincji Południowoamerykańskiej naszego
Towarzystwa, gdzie czytamy, …„że nie skończyła się tu nasza
misja. Wręcz przeciwnie przed duszpasterzami polskimi w Brazylii
również otwierają się nowe horyzonty i wyzwania”[28].
Jednak, abyśmy byli zdolni do podejmowania wciąż nowych i
konkretnych wyzwań nasze Towarzystwo musi na nowo rozbudzić w sobie
pierwotną gorliwość, zarówno w wymiarze wspólnotowym jak i
indywidualnym. Aby temu zaradzić już w nowicjacie i seminarium
należy tak formować przyszłe zastępy chrystusowców, aby
byli otwarci na wyzwania współczesności. Młode przyszłe
pokolenie chrystusowców, podobnie jak i my starsi, doświadczeni duchowi
synowie kard. Augusta Hlonda, ubogaceni świadectwem pionierów Towarzystwa,
winniśmy być, jak wcześniej już pisałem, „emigrantami
wśród emigrantów”. W żadnym wypadku nasz wybór nie może być
tylko czystym przypadkiem, to ma być wynik naszego podstawowego wyboru wobec tych, którzy opuścili – często
zmuszeni – swoje rodzinne strony i wobec ich potomków, którzy zachowują
pamięć i spuściznę swoich przodków. Wreszcie być
emigrantem, to znaczy przyjąć na siebie
powołanie emigranta nie jako ofiarę, ale jako przywilej, jako
formę bycia z tymi do których zostaliśmy posłani, aby poznać ich od wewnątrz,
stając się jednym z nich, służąc im[29].
Podołamy temu, jeśli będziemy zgromadzeniem otwartym na nowe
horyzonty i wyzwania współczesności.
* Wieloletni duszpasterz w Brazylii. Aktualnie
posługujący rodakom w Irlandii.
[1] Duszpasterze polskiej emigracji. Rozmowa ks. inf.
Ireneusza Skubiś z ks. Zbigniewem Rakiejem – wikariuszem Towarzystwa Chrystusowego
dla Polonii Zagranicznej. Przedruk z gazety „Niedziela”, nr 47 z 20.11.2005; w:
Głos Towarzystwa Chrystusowego, Poznań nr 2/2006, s. 21.
[2] W. Necel, Wokół powołania chrystusowca; w
Sentire cum Societate. W 75. Rocznicę powstania Towarzystwa Chrystusowego
dla Polonii Zagranicznej. Praca zbiorowa pod redakcją W. Necla TChr,
Poznań 2007, s. 14.
[3] List Przełożonego Generalnego do
Współbraci z okazji rozpoczęcia Roku Jubileuszowego w Towarzystwie
Chrystusowym, Poznań 3 V 2006 r.; w: Głos…, dz. cyt., nr 3/2006, .s .
5.
[4] W. Necel, Integracja społeczno-religijna polskiego
emigranta w posłudze duszpasterskiej chrystusowca. Schemat refleksji na
początku XXI wieku; w: http://www.seminare.pl/?nr=18&r=2002.
[5] Przemówienie ks. Wikariusza Generalnego; w: Głos
Towarzystwa Chrystusowego, Poznań nr 1/2006, s. 30.
[6] Program duszpasterski na rok 2007/2008 „Bądźmy
uczniami Chrystusa” pod redakcją ks. dra Szymona Stułkowskiego,
Poznań 2007, s. 14.
[7] Przesłanie marszałka Województwa
Wielkopolskiego p. Stefana Mikołajczyka z okazji inauguracji Roku
Akademickiego 2005/2006 w Wyższym Seminarium Duchownym Towarzystwa
Chrystusowego dla Polonii Zagranicznej; w: Głos Towarzystwa Chrystusowego,
Poznań 1/2006, s. 40.
[8] W. Necel, Wokół…, dz. cyt., s. 18.
[9] Por. Ustawy i Dyrektorium Towarzystwa Chrystusowego dla
Polonii Zagranicznej. Poznań 1991, r. I, art. 1.
[10] E, Staniek, H. Witczyk, Bądźmy uczniami
Chrystusa, w: Program…, dz. cyt. s. 29.
[11] Z konferencji ascetycznej Przełożonego
Generalnego, ks. Tomasza Sielickiego wygłoszonej we Francji; w: Wizyta ks. Generała we
Francji, http://www.tchr.org/schr/
[12] Por.: List
Przełożonego Generalnego…, dz. cyt., s. 4; Homilia ks. Zbigniewa
Rakieja TChr, wikariusza generalnego Towarzystwa Chrystusowego dla Polonii
Zagranicznej wygłoszona na Mszy świętej w czasie Nocy Czuwania
za Polonię i jej duszpasterzy A.D.2006, w: Głos…, dz. cyt., nr
1/2007, s. 50; Odezwa uczestników VI
Kapituły Krajowej, Poznań, dnia 12 kwietnia 2007 r.; w Głos…,
dz. cyt., nr 4/2007, s. 13.
[13] List Przełożonego Generalnego do
Współbraci z okazji rozpoczęcia Roku Jubileuszowego w Towarzystwie
Chrystusowym, Poznań 3 V 2006 r.; w: G łos…, dz. cyt., nr 3/2006, .s
. 4-5.
[14] Z. Malczewski, Zatroszczmy się o nowe i rzetelne
spojrzenie na Polonię w Brazylii…; w: http://www.revistaprojecoes.com/pl/czytelnia/Nowyobraz.html
[15] Przesłanie Sekretariatu Stanu, nr 77.792, z dnia 21
listopad 2007 przesłane na ręce arcybiskupa Kurytyby, Moacyr Jose
Vitti; za: Malczewski, Z., Potrójny jubileusz chrystusowców w Brazylii, w:
www.revistaprojecoes.com/pl/index/htm
[16] Z wypowiedzi Arcybiskupa Metropolity Moacyr Jose Vitti,
ordynariusza Kurytyby, w czasie poświęcenia taplicy
upamiętniającej potrójny Jubileusz: 75-lecia powstania Towarzystwa
Chrystusowego, 30-lecia erygowania prowincji i 50-lecia pracy apostolskiej i
polonijnej w Ameryce Łacińskiej, w domu prowincjonalnym w dniu 28
listopada 2007 r.; za: Malczewski, Z., Potrójny jubileusz chrystusowców w
Brazylii, w: www.revistaprojecoes.com/pl/index/htm
[17] Z. Malczewski, Zatroszczmy się…, art. cyt.
[18] W tym celu proponuję prześledzić strony
internetowe, przykładowo: http://www.revistaprojecoes.com/, http://www.tchr.org/braz/, http://www.domfeliciano.net/, http://www.polonesesnobrasil.com.br/ - szczególnie ta strona dostarcza wiele, bardzo
zróżnicowanych informacji na temat życia Polonii, i nie tylko, z całej Brazylii.
[19] M, Kawka, Krzewienie polskości w Brazylii poprzez
publikacje w języku portugalskim, w:
http://www.revistaprojecoes.com/pl/index.htm
[20] J. Ratzinger, Europa. Jej podwaliny dzisiaj i jutro. Kielce
2005, s. 21-22, 33.
[21] K. Wojaczek, Więź małżeńska w
sytuacjach rozłąki z przyczyn ekonomicznych. Studium Pastoralne,
Opole 2007, s. 7.
[22] Szerzej na ten temat: Duszpasterstwo polskie za
granicą; w: II Polski Synod Plenarny (1991-1999), Poznań 2001, s.
251-262.
[23] A. Zuziak, Duszpasterstwo w Wielkiej Brytanii. Nadzieja
w duszpasterskiej opiece nad Polakami pracującymi na Wyspach brytyjskich;
w: http:/www.katolik.pl
[24] Razem, a jednak osobno – Kiosk – Onet.pl
Wiadomości, 27.12.2007; w:http://wiadomości.onet.pl
[25] Niepokoi mnie to,
iż Polacy tworzą w Wielkiej Brytanii odrębny Kościół.
Chciałbym, by byli częścią życia miejscowego
Kościoła katolickiego – powiedział,
pod koniec grudnia 2007 r., zwierzchnik Kościoła katolickiego Anglii
i Walii, abp Westminsteru kardynał Cormac Murphy-O'Connor dziennikowi
"The Sunday Telegraph", za: http://prawy.pl
[26] A. Glanc, Krótka historia duszpasterstwa wśród
polskich pracowników sezonowych w prowincji Huelva w Hiszpanii w latach
2001-2005; w: w Sentire cum Societate. W
75. Rocznicę powstania Towarzystwa Chrystusowego dla Polonii Zagranicznej.
Praca zbiorowa pod redakcją W. Necla TChr, Poznań 2007, s. 279.
[27] W. Necel, Integracja społeczno-religijna polskiego
emigranta w posłudze duszpasterskiej chrystusowca. Schemat refleksji na
początku Xxi wieku.; w: http://www.seminare.pl/?nr=18&r=2002
[28] Przesłanie delegatów VI Kapituły Prowincjalnej
Prowincji Południowoamerykańskiej, Florianópolis, 26 kwietnia 2007
r.; w: Głos Towarzystwa Chrystusowego,
Poznań nr 4/2007, s. 15.
[29] Por. H. Siewierski, Recenzja książki.
Zdzisław Malczewski TChr, Polonii brazylijskiej obraz własny. Zapiski
emigranta, Projeçőes, Kurytyba 2007, ss. 317.; w:
http://revistaprojecoes.com/pl/czytelnia/Recenzja-Siewierski.html