„Nowe horyzonty i wyzwania”. 

50 lat obecności Towarzystwa Chrystusowego w Brazylii

 

Ks. Grzegorz KOZIEŃSKI SChr *

 

 „… Kiedy więc przyszedłem do Zgromadzenia, panowała w nim atmosfera niesamowicie prężnego wyjeżdżania na Zachód. […] Ciągłe prośby o kapłanów napływające z zagranicy niezwykle nas mobilizowały. Rwaliśmy się do pracy, byliśmy gotowi jechać w świat – wtedy jeszcze nie na Wschód, który był zupełnie zamknięty. Trzeba powiedzieć, że w latach 70. wyjazd do Australii, do Brazylii czy do Ameryki był bardzo atrakcyjny. Byliśmy przez innych księży traktowani jak osoby, które mają specjalną misję do spełnienia. Jako klerycy byliśmy dumni, że jesteśmy w seminarium będącym instytucją tak mocno związaną z zagranicą”[1].

W kontekście powyższej wypowiedzi, dzisiaj doświadczonego już starszego współbrata, chciałbym zapytać siebie i innych braci w Chrystusowym kapłaństwie, czy rzeczywiście nadal misja naszej rodziny zakonnej jest tak atrakcyjna, jak to było przed laty? Czy nadal rwiemy się i jesteśmy gotowi, aby jechać w świat – tam gdzie nas potrzebują?

Ubiegły już 2007 rok był dla nas chrystusowców okresem szczególnego dziękczynienia za dar 75-lecia istnienia naszej rodziny zakonnej. Już po raz kolejny, mieliśmy możliwość uświadomienia sobie, że zostaliśmy powołani do dokładniejszego naśladowania Chrystusa w życiu konsekrowanym przez profesję rad ewangelicznych, jako niczym niezasłużony dar Ducha Świętego[2], który uzdalnia nas, aby nieść duchową pomoc niezliczonej rzeszy polskich wychodźców na wszystkich kontynentach świata. Oprócz tego – wraz ze współbraćmi pracującymi w Brazylii – dziękowaliśmy Bogu za 30-lecie erygowania prowincji w Ameryce Południowej i 50-lecie pracy apostolskiej i polonijnej na tamtym terenie. Przeżywane rocznice pobudzały nas nie tylko do dziękczynienia za dar powołania, lecz również i dzisiaj prowokują, aby przez pryzmat minionych doświadczeń pochylić się nad istotą powołania chrystusowca, oraz nad specyfiką naszej pracy i posługi na rzecz Kościoła Powszechnego we współczesnym świecie.

Niniejszy artykuł jest próbą odpowiedzi na apel byłego Przełożonego Generalnego Towarzystwa Chrystusowego, ks. Tadeusza Winnickiego, który pisał: …„Ogromnie ważna będzie jubileuszowa refleksja i rachunek sumienia nad życiem naszej Wspólnoty, nad jej obecnością i misją w Kościele oraz dyspozycyjnością wobec nowych wyzwań. […]Refleksja ta winna być poddana gruntownemu omówieniu i syntezie”[3].

 

Obdarowani, aby służyć

Każdy chrystusowiec został obdarzony łaską, dzięki której, odkupiony przez Chrystusa doświadcza misterium Trójjedynego Boga obecnego w świecie i swoim życiu, w potrójnym wymiarze: w stosunku do Boga, do Chrystusa i do drugiego człowieka w tym, w sposób szczególny do Polaka żyjącego poza granicami Ojczyzny[4]. I to wydaje się być najważniejsze, a mianowicie świadomość, że moja „służba” na rzecz rodaków, nie jest dziełem przypadku. To następstwo, konsekwencja osobistej odpowiedzi na dar powołania kapłańskiego i zakonnego w Towarzystwie Chrystusowym. To doświadczenie łaski uzdalnia każdego chrystusowca, aby służyć tym, którzy z różnych racji opuścili kraj ojczysty, lub też tym, którzy w wyniku różnych następstw, zostali włączeni w program naszej duszpasterskiej posługi (np. Brazylijczycy polskiego pochodzenia, Polacy w Europie Wschodniej). Do tego dzieła przygotowywaliśmy się od pierwszych chwil naszej formacji seminaryjnej. Byliśmy tak kształtowani, aby służyć drugiemu człowiekowi, Polonii i Polsce. Podczas studiów nasi przełożeni nieustannie podkreślali, że nasze zadania będziemy, w większości przypadków, realizować poza granicami ojczyzny. Do tej misji, każdy z nas musiał się odpowiednio przygotować, by przyjmując „słodki” trud pielgrzymstwa, ze względu na Królestwo Niebieskie, służyć potrzebującym rodakom, i nie tylko.

Minione rocznice nie tyle ukazują nam bogactwo przeszłości, co otwierają przed nami wyzwania teraźniejszości, a zarazem przyszłości. Osobiście życzyłbym sobie i moim współbraciom, abyśmy jeszcze raz mogli usłyszeć słowa rządcy apostolskiego na Pomorzu Zachodnim, który w styczniu 1948 roku (50 lat temu - kolejna rocznica) napisał do o. Ignacego Posadzego następujące słowa, że „jest pod wrażeniem, jest niesamowicie dumny z tego, co widzi jak pracują Chrystusowcy”[5]. Aby „współczesny” świat nadal mógł być pod wrażeniem naszej posługi, winniśmy na nowo, rozpoznając dar swego powołania, przyjąć go z wdzięcznością, gdyż tylko człowiek, który ma świadomość umiłowania, wybrania i powołania przez Boga, może i powinien stawać się uczniem Chrystusa[6]. To „stawanie się” uczniem pozwoli nam również – na nowo – uwierzyć, że my, którzy dostąpiliśmy łaski Bożego powołania, mamy wskazywać wielu błądzącym i zagubionym drogę do pełni piękna człowieczeństwa zamierzonego przez Boga[7]. Tę misję możemy realizować poprzez przyjęcie postawy świadka obwieszczającego, że Kościół wsłuchuje się w wołanie rodaków i polskojęzycznych środowisk poza granicami Polski, i ogarnia ich duszpasterską troską[8].

 

 Ubogacająca różnorodność?

Nasza wspólnota zakonna, od początków swego istnienia, stanowi jedność w różnorodności. Nadal pamiętamy słowa naszego Założyciela wypowiedziane na łożu śmierci: „Ut unum sittis” (abyście byli jedno).  Owa jedność wynika z naszego indywidualnego dążenia do tego, aby być uczniem Chrystusa w sposób trwały przez publiczne ślubowanie rad ewangelicznych: czystości, ubóstwa i posłuszeństwa oraz życie wspólne, przez które mamy jednoczyć się z Bogiem w Duchu Świętym za pośrednictwem Jezusa Chrystusa, Króla wiecznej chwały[9]. Jednocześnie staramy się pamiętać, że być uczniem Jezusa znaczy „zdecydować się – świadomie i dobrowolnie – na to, aby On był Mistrzem, a ja do końca życia, do ostatniego uderzenia serca. Więcej, nawet po śmierci nie chcę przestać być Jego uczniem! Chcę, by On został moim Mistrzem na wieczność”[10]. Jednak, analizując minione dzieje naszej rodziny zakonnej, możemy stwierdzić, że nie wszystkim to się udaje. Nie każdy kandydat, nowicjusz, kleryk, czy nawet i kapłan wytrwał w tym „osobistym” postanowieniu „bycia uczniem” przez ślubowanie rad ewangelicznych, do końca swoich dni. 

Biorąc pod uwagę geografię powołań do naszej rodziny zakonnej, tylko z terenu Polski, bardzo szybko możemy zauważyć, że jesteśmy bardzo zróżnicowani. W naszych szeregach naśladują Chrystusa ludzie pochodzący ze wszystkich stron naszej ojczyzny. Ten zróżnicowany polski monolit powołaniowy został ubogacony łaską braci z terenów dawnego Związku Sowieckiego, Europy, USA, czy wreszcie z Brazylii. Ta swoista mozaika powołań bardzo wyraźnie ukazuje nam, jak Bóg dawca wszelkich powołań, ubogaca różnorodnością osób rodzinę, która ma się charakteryzować jednością działania. „Tej jedności bardzo nam potrzeba, abyśmy mogli jak najlepiej realizować misję i charyzmat Towarzystwa”[11].

W dziele realizacji zadań, wyznaczonych nam przez naszych Założycieli, ubogaconych wskazaniami Kościoła, popartymi praktyką dnia codziennego, możemy pokusić się o stwierdzenie, że misję Towarzystwa realizują kapłani, których można by przyporządkować do trzech zasadniczych grup: chrystusowcy duszpasterze, chrystusowcy pielgrzymi oraz chrystusowcy tułacze.

      

a)     emigranci duszpasterze

Najliczniejszą grupę członków Towarzystwa Chrystusowego otwierają „chrystusowcy duszpasterze”. Należący do tej grupy kapłani świadomie, dobrowolnie, z całą stanowczością przyjęli wezwanie do szczytnej służby na rzecz rodaków poza granicami ojczyzny. Odpowiedzieli na dar powołania zainteresowani możliwością wyjazdu poza granice ojczyzny. Przez cały okres formacji, poświęcali swój czas, życie i talenty, aby jak najlepiej przygotować się do przyszłej posługi. Od pierwszych chwil formacji kapłańskiej i zakonnej byli przekonani o słuszności swojej decyzji. Już w seminarium bardzo wielu z tej grupy ukierunkowywało swe zainteresowania pod względem ewentualnej pracy na misjach. Niejednokrotnie rozpoczynali dzieło formacji z przekonaniem, że chcą pracować w danym kraju, czy kontynencie.

Duszpasterze zazwyczaj szybko wchodzą w miejscowe realia. Łatwo się integrują i asymilują z miejscową wspólnotą wiernych. Zdają sobie sprawę, że poznanie miejscowych realiów (mam na myśli sprawy polonijne) znacznie ułatwi im posługę w kraju ad quem. Są raczej zdeterminowani, aby uczyć się języka kraju, do którego przybyli.  Przecież jego poznanie to furtka na świat otwierająca możliwości „zakonnej” kariery w danej prowincji.

Każdy nowy duszpasterz Polonii po przybyciu na miejsce przeznaczenia (nieważne, czy to był „wymarzony” kraj-prowincja) wchodzi w określone realia i miejscowe uwarunkowania, które musi poznać, aby zainicjować samodzielną posługę w najbliższej przyszłości. Okres polonijnej inicjacji zazwyczaj nie trwa dłużej niż trzy lata. W tym czasie przybysz z Polski dokonuje swoistego rozeznania terenu. Na etapie wprowadzania w nową rzeczywistość bardzo ważną rolę spełniają starsi współbracia, którzy pełnią zazwyczaj posługę administratora lub kapelana danej placówki. To on, przełożony danej wspólnoty staje się pierwszym przewodnikiem w nowej rzeczywistości. Jest on bacznie obserwowany przez współbrata-nowicjusza z Polski. Początkujący duszpasterz Polonii bacznie obserwując starszych współbraci tworzy sobie pewien obraz, i podpatrując ich styl życia, z czasem sam przystępuje do kreowania własnej koncepcji pracy i posługi w nowym miejscu. Najliczniejszy zastęp chrystusowców duszpasterzy, biorąc pod uwagę czasokres posługi w danym kraju (prowincji), należałoby podzielić na dwie zasadnicze grupy. 

- Do pierwszej grupy zaliczyłbym te osoby, które przez tzw. „zasiedzenie bierne” ograniczają swoją duszpasterską posługę tylko do wypełniania swoich kapłańskich obowiązków, bez cienia emocjonalnego zaangażowania na rzecz rozwoju działalności polonijnej. Przedstawiciele tej grupy przyjmują postawę bierności, która bardzo często jest wynikiem pierwszych doświadczeń na nowym miejscu posługi. Bardzo często nie mając nic do zaoferowania (działalność polonijna) powielają utarte duszpasterskie schematy, wypracowane jeszcze przez poprzedników. W praktycznej działalności duszpasterskiej ograniczają swoje zaangażowanie tylko do posługi sakramentalnej. Bierni, aby się nie narazić swoim przełożonym, starają się być lojalnymi – przynajmniej na zewnątrz – współpracownikami, którzy regularnie odprowadzają środki materialne do kasy prowincji. Ponadto, aby „nie zniszczyć swej reputacji” gorliwie przestrzegają zasady „stabilitas loci”. Dzielnie trwają w granicach terytorialnych powierzonej im wspólnoty parafialnej. Brak pewnej otwartości sprawia, że stają się zaściankowi, widząc tylko własne podwórko i problemy.

Kapłani należący do tej grupy, choć często wskazują na potrzebę dyspozycyjności sami „nie lubią”, lub też „nie chcą” zmieniać kraju, w którym już posługują. Z tego też powodu (przecież jesteśmy tylko ludźmi), w tej grupie bardzo często dochodzą do głosu tzw. układy. To środowisko jest najbardziej układogenne. To układ pozwala w konsekwencji trwać biernie na wyznaczonym posterunku.

Wraz z mijającymi latami posługi w jednym kraju, lub prowincji powstaje pewien mit „mędrców”, którzy wydają się być najbardziej kompetentnymi i niezastąpionymi w sprawach duszpasterskich i nie tylko. Mędrcy, to tacy specjaliści od lokalnych spraw, którzy nie potrafią zrozumieć innych uwarunkowań i innej rzeczywistości. Potrafią dużo mówić, ale często słowa mijają się z praktyką dnia codziennego. 

W tym gronie wciąż pojawiają się problemy z obsadzaniem tzw. „sztandarowych” parafii, których oczywiście nie brak. Kolejny problem, jaki pojawia się w tym środowisku, to kwestia respektowania prawa. W szczególności podejścia do spraw kadencyjności, która czasem wydaje się nie obowiązywać tych, którzy zajmują najbardziej uprzywilejowane miejsca w radzie „mędrców”. Często nawet można usłyszeć twierdzenie, że nie ma odpowiednich kandydatów.

Największą szkodę wyrządzamy „biernym” duszpasterzom, gdy nawet nieświadomie uważamy, że dany współbrat został powołany tylko i wyłącznie, aby zajmował predestynowane stanowiska. Z tego powodu, czasem, nawet i nieuświadomionego przyzwyczajenia, uwierzenia we własne zdolności rodzą się później kompleksy i niepotrzebne znerwicowanie. To zazwyczaj ci bracia, gdy zbliża się koniec kadencji, przeżywają największe problemy. No, nie ma się i co dziwić, gdyż jak tu po latach przejść do szeregu.

- Do drugiej grypy zaliczyłbym kapłanów, którzy przez „zasiedzenie czynne” stanowią największą siłę napędową danej prowincji. To właśnie oni „czynni” (już może z samej natury) natychmiast po przybyciu w nowe miejsce duszpasterskiej posługi, rozpoznają miejscowe uwarunkowania i starają się wychodzić naprzeciw nowym wyzwaniom. Nie ograniczają swej posługi tylko i wyłącznie do posługi sakramentalnej. Oni wychodzą na zewnątrz do ludzi. Tak przygotowują program, aby odpowiadał na zapotrzebowanie wiernych. Nieustannie dążą, aby sprostać zmieniającym się warunkom pracy duszpasterskiej. Dla tej grupy liczy się przede wszystkim dobro powierzonych im wiernych. Duszpasterskie zaangażowanie sprawia, że wciąż aplikują nowe pomysły i rozwiązania w tym celu, aby jak najlepiej wykorzystać darowany im czas. To właśnie dzięki ich zaangażowaniu i pomysłowości na rzecz danej wspólnoty możemy później mówić o pięknych kartach historii polskiego duszpasterstwa poza granicami kraju. 

„Czynny” duszpasterz nie lubi zbytnio teoretyzować. On chce działać, realizować własne pomysły z poszanowaniem lokalnych uwarunkowań. Przedstawiciel tej grupy czuje się dobrze tam, gdzie ma możliwość rozwoju. Podobnie wygląda kwestia podejścia do kadencyjności i mobilności. Czynny duszpasterz, choć czuje się dobrze w każdym miejscu raczej nie chce zmieniać kraju (prowincji) swej posługi. Obdarzony rozmaitymi talentami nie czuje potrzeby wikłania się w układy, które mogą jedynie ograniczyć jego wolność.

Największą szkodę wyrządzamy przedstawicielom tej grupy wtedy, gdy nie pozwalamy im działać. Gdy patrząc przez swój pryzmat nie dostrzegamy potrzeby zmian. Potrzeby współpracy, większego zaangażowania na rzecz rozwoju duszpasterskiego działania w danej prowincji.   

Z tej największej grupy „chrystusowców duszpasterzy” należałoby wyłonić także „chrystusowców pielgrzymów” i „chrystusowców tułaczy”. Aby nie było niejasności, każdy członek naszej rodziny zakonnej jest z natury duszpasterzem. Przynajmniej chce nim być. Dopiero po latach, gdy już nabiera pewnych doświadczeń, zarówno pozytywnych, jak i negatywnych dochodzi do dalszego podziału i polaryzacji postaw członków Towarzystwa.

 

b)     Chrystusowcy pielgrzymi

Oczywiście, każdy człowiek jest pielgrzymem; wszyscy zdążamy do Domu Ojca. Aby stać się chrystusowcem pielgrzymem, to trzeba się takim urodzić, lub obrać taki styl życia. Chrystusowcy pielgrzymi niczym się nie różnią od „czynnych” chrystusowców duszpasterzy. Z tą jednak różnicą, że traktują swe powołanie, jako ciągłe bycie w drodze. Już ze swej natury, pielgrzymi nie lubią przywiązywać się do jednego kraju, prowincji czy kontynentu. Pielgrzym, to człowiek wciąż gotowy, aby podejmować się nowych wyzwań.

Wbrew pozorom chrystusowiec pielgrzym, to kapłan, zakonnik, który jest odpowiedzialny za siebie i za dar powołania do Towarzystwa. Jest świadomy ciążących na nim zadań i obowiązków do wypełnienia. Pielgrzym jest stworzony, aby zmieniać siebie i innych. Pielgrzym, to ten, który podejmuje bardzo ważne zadania ze względu na dobro naszej rodziny zakonnej. W trosce o jej pełny rozwój.

Pielgrzym, to praktyk, który raczej nie lubi teoretyzować na temat „mobilności”, lecz jest mobilny. Nie boi się zmian. Zdaje sobie sprawę, że nie żyje dla siebie, on żyje dla innych. Nie przywiązuje się do rzeczy materialnych, miejsc i osób. Szybko aklimatyzuje się do nowych warunków i zwyczajów. W miarę możliwości, z radością, poznaje miejscowe uwarunkowania i uczy się języka. Traktuje swoje powołanie jako dar, który zostaje ubogacany doświadczeniem „innego”.  Pielgrzym w przeciwieństwie do duszpasterza patrzy na rzeczywistość bardziej oględnie. Jest specjalistą bardziej wszechstronnym. Nie ogranicza się tylko do spraw lokalnego Kościoła. Dzięki doświadczeniu potrafi spojrzeć bardziej uniwersalnie na problemy duszpasterstwa. Jego misja, to realizacja pewnej pielgrzymki, niekoniecznie od razu do domu Ojca. Pielgrzym patrzy na sprawy bardziej ogólnie, z dystansem.  Nie boi się pracy i nowych wyzwań. Wreszcie bardzo rzadko staje się partnerem układu. On nie ma na to czasu. On chce działać. Często pielgrzymi nie są rozumiani przez duszpasterzy i tułaczy.

Największą szkodę wyrządzamy chrystusowcom pielgrzymom, gdy patrzymy na nich tylko przez pryzmat doświadczeń chrystusowców duszpasterzy i tułaczy. Uważam, że jeśli istnieje taka grupa osób, która gdzieś we własnym wnętrzu czuje potrzebę, aby podejmować się wciąż nowych wyznań, to należy to wykorzystać. Oczywiście, to nie może być tylko religijna turystyka, ale szczera chęć służenia Bogu i Polakom w nowym miejscach. Jednak, każda zmiana miejsca pracy – pielgrzyma – winna być regulowana kadencyjnością jego posługi. 

         

c)      emigranci tułacze

W naszych szeregach nie brakuje również i tułaczy. Do tej grupy można zaliczyć osoby, które wciąż poszukują własnego miejsca na ziemi. To osoby, które nie mają jasno sprecyzowanego celu, ani pomysłu na realizację własnego powołania zakonnego i kapłańskiego. Mają problem, aby znaleźć dla siebie właściwe miejsce na ziemi. Boją się podejmować ryzyko, ale gdy inni (np. chrystusowcy duszpasterze i chrystusowcy pielgrzymi) takowe podejmują, potrafią tylko krytykować. Sami boją się być krytykowanymi, gdyż uważają, że to jest atak na ich człowieczą i kapłańską godność.

Tułacz boi się stawiać pytania. Podejmować decyzji. Żyje niejako dla siebie. Ma swój własny świat. Drugi jest dla niego zagrożeniem. Wreszcie tułacz może być spełnionym człowiekiem, ale różnego rodzaju psychologiczno-osobowościowe uwarunkowania nie pozwalają mu dostrzec radości i wewnętrznego spełnienia z wypełnianej funkcji i powołania. Tułacz może mieć wszystko, ale wciąż będzie czegoś mu brakować. Z tego poczucia „braku” rodzi się pragnienie zmiany. Obrania innego kierunku, aby po dotarciu do celu znów powrócić do poprzedniego stanu. 

***

Powyższa próba scharakteryzowania członków naszej rodziny zakonnej nie jest wyczerpująca. Teoretyzując, można powiedzieć, że nie jest to łatwe zadanie. Tę kwestię należałoby poddać dokładnej analizie. Przecież jak w każdej instytucji użyteczności publicznej dobry menadżer stara się rozpoznawać predyspozycje swoich podwładnych, aby, gdy zajdzie taka potrzeba zrobić z tego jak najlepszy użytek.  W naszym przypadku, zapewne w najbliższej przyszłości, dobre zarządzanie kadrami będzie niezmiernie ważne, aby właściwie odpowiadać na wciąż nowe wyzwania współczesności.  

W pełni zgadzam się z twierdzeniem, że jako chrystusowcy nieustannie musimy uświadamiać sobie konieczność przemyślenia i podjęcia konkretnych działań w celu jeszcze lepszego przygotowania duszpasterzy do pracy wśród naszych rodaków. Być może, że wśród najważniejszych przymiotów chrystusowca, na następne dziesięciolecia naszej posługi, będzie dyspozycyjność[12].  I tu może pojawić się pytanie: ilu naszych współbraci rzeczywiście jest w stanie odpowiedzieć chociażby na apel, między innymi uczestników VI Kapituły Krajowej, jak i poprzedniego Zarządu Towarzystwa, aby, wobec wyzwań współczesności, być rzeczywiście dyspozycyjnym duszpasterzem? Co robić i jak kształtować przyszłe zastępy chrystusowców, aby rzeczywiście posiąść ten niezmiernie ważny przymiot?

Należałoby również pamiętać, że nadal potrzebujemy kapłanów dyspozycyjnych, ale nie tylko w skali „micro”. W najbliższej przyszłości może się okazać, że coraz częściej będziemy potrzebować dyspozycyjności w skali „makro”. W tym też duchu, jedno wydaje się być pewnym, że nasza rodzina zakonna będzie zdolna odpowiadać na wciąż zmieniające się potrzeby duszpasterskie Kościoła i Polonii wtedy, gdy Zarząd Generalny będzie mądrze, i odważnie wykorzystywał zasoby kadrowe Towarzystwa, z uwzględnieniem „różnorodności” osobowej.

Myślę, że wobec wyzwań współczesności Towarzystwo będzie potrzebowało raczej czynnych duszpasterzy oraz „pielgrzymów”, którzy nie zważając na krytyczne uwagi swoich współbraci będą szli w nowe miejsca naszej duszpasterskiej aktywności. Ale mimo wszystko nasza personalna „różnorodność” będzie gwarantem naszego dalszego rozwoju. 

 

Potrzeba nowego spojrzenia

Wciąż zmienna geografia migracji polskiego społeczeństwa – podmiot naszej posługi – sprawia, że my chrystusowcy wciąż będziemy potrzebować obierać nowy, inny kurs. Ta nowa rzeczywistość będzie wymagała …„nieustannego wschłuchiwania się w głos Boga i Jego Ducha, tak, aby pozwolić się prowadzić Bożym natchnieniom i Jego woli. To wymaga otwartości umysłu i serca oraz dyspozycyjności jednostek jak i rozeznania odpowiedzialnych za tę misję, – aby iść tam, gdzie jesteśmy najbardziej potrzebni, …„gdzie polskie dusze giną”[13].

Również w tym duchu snuje swe myśli, na temat na naszej obecności w Ameryce Południowej, najbardziej znany, zasłużony i szanowany współczesny badacz dziejów Polonii w tym kraju, ks. dr Zdzisław Malczewski,  nasz współbrat, który pisze w jednym ze swych artykułów, że wciąż zachodzi potrzeba nowego i bardziej obiektywnego spojrzenia na społeczność polonijną w Brazylii[14]. Oczywiście, apel znanego, nie tylko w naszym środowisku, współbrata, polskiego intelektualisty, myśliciela i pisarza, nie odnosi się tylko do ludzi uczonych, badających problematykę polonijną. Zachęta wydaje się być również aktualna i skierowana w dużej mierze do nas duchowych synów kard. Augusta Hlonda, a w szczególności do Zarządu Generalnego, który koordynuje i wyznacza kierunki naszej duszpasterskiej aktywności na najbliższe lata.  

Jako chrystusowcy, szczególnie po 2004 roku, jesteśmy ogarnięci, czy nawet wpatrzeni w zarysowujące się potrzeby Polaków w nowych środowiskach migracji, głównie w Europie Zachodniej. To Europa i duchowe potrzeby Polaków tam zamieszkujących wydają się być oczkiem w głowie na najbliższe lata istnienia i realizacji misji naszego Towarzystwa. Jednak, tak przynajmniej uważam, że i dzisiaj na nowo potrzebujemy uwierzyć, zarówno w wymiarze indywidualnym, jak i zbiorowym, że nasza misja na rzecz Brazylijczyków polskiego pochodzenia, czy innych grup etnicznych ma sens, gdyż zostaliśmy powołani do głoszenia przede wszystkim Dobrej Nowiny, która to …jest także realizowana w naszych czasach. W wypełnianiu tego zadania uprzywilejowana rola przypada misjonarzom, którzy opuszczając własną ojczyznę, poświęcają ze szczególnym oddaniem i miłością własne życie w posłudze braciom i siostrom na różnych kontynentach […] przyczyniając się do rozwoju Ewangelii, żywotności Kościołów lokalnych i postępu ludności….[15]. W tym dziele, największą szkodę wyrządzamy naszej misji, oraz całej społeczności polonijnej wtedy, gdy chcąc osiągnąć swój partykularny interes, za wszelką cenę powtarzamy i lansujemy tezę, że nasza obecność w danym kraju, społeczności, czy kontynencie, nie ma już sensu!  

 

Pod ciężarem własnych doświadczeń

Ponad siedem lat temu wyruszyłem szlakiem pielgrzyma, aby być pośród swoich gdzieś daleko od ojczyzny. Na początku maja 2000 roku, lecąc z Madrytu, przekroczyłem granice Europy i zachodniego świata. Podniebny olbrzym unosił mnie do Brazylii. To była bardzo ekscytująca podróż. Oto, dzięki zaufaniu moich przełożonych, zostałem skierowany, aby tam pod Krzyżem Południa realizować misję zgromadzenia na rzecz lokalnej wspólnoty Kościoła oraz na rzecz Brazylijczyków polskiego pochodzenia. Moja misja trwała niespełna pięć lat. Gdy nadarzyła się okazja, postanowiłem zasmakować innej drogi. Chciałem po prostu doświadczyć pracy pośród swoich rodaków, szczególnie tych, których zaliczamy do najmłodszego pokolenia polskich emigrantów. Dzięki życzliwości ówczesnych przełożonych i zrozumieniu współbraci z Rady Generalnej nadszedł czas na europejskie doświadczenia.

 

a)     Ubogacająca rzeczywistość

Każdy, kto choć przez krótki czas przebywał w Brazylii wie, że jest to kraj potężnych możliwości. Jest to bezkresna kraina opływająca w mleko i miód. Wraz z wydłużającym się pobytem, każdy nowo przybyły „misjonarz” zauważa, że jest to kraj malowniczy, pełen kontrastów, który daje możliwości duchowego i intelektualnego rozwoju.

Brazylia, to kraj, który da się pokochać i polubić. Można go również zaakceptować. Jednak dla wielu, to jest bardzo smutne, ale prawdziwe, ten wielki kraj może stać się „więzieniem”, „krainą zesłania”. Dzieje się tak, dlatego, że nie każdy chrystusowiec, z różnych wiadomych sobie powodów, chce zaakceptować siebie i swoją misję w Ameryce Południowej. Ten brak afirmacji sprawia, że nawet i osoba duchowna, mając niemalże wszystko, co potrzebuje, aby przeżyć, może czuć się nieswojo „pośród swoich”.

Moje doświadczenie Kościoła, jako wspólnoty osób, najpełniej uzewnętrzniało się w Brazylii. Pracując w tym kraju doświadczałem, że Kościół, to wspólnota wiernych. Nie od wielkiego święta, ale każdego dnia. To rzeczywistość, która zdaje się być bardziej otwarta na drugiego człowieka. To organizm niezwykle twórczy, dynamiczny i bardziej radosny. W tej wspólnocie kapłan czuje się, że jest kapłanem, że jego misja i posługa ma sens. 

Duszpasterz posługujący w Brazylii, to lider, który potrafi znaleźć wspólny język z każdym człowiekiem, zarówno biednym, jak i bogatym. To człowiek nieustannie „w drodze”. Wreszcie, co wydaje mi się bardzo ważne, brazylijski Kościół nie podkreśla, aż tak mocno wymiaru hierarchicznego. Pod Krzyżem Południa, zarówno biskupi, jak i kapłani (co zresztą sam mogłem doświadczyć), w bardzo wielu wypadkach, mają poczucie, że są braćmi. Bardziej podkreśla się potrzebę dialogu, nawet i z podwładnym. Istotnym wydaje się być również fakt, że duchowieństwo, aż tak bardzo nie przywiązuje uwagi do tytułów. Nie ma takiego sztucznego obnoszenia się, kim to ja nie jestem.  

Wreszcie – przynajmniej w moim przypadku – jako dla kapłana przybyłego z Polski, który nigdy nie myślał, aby pracować w Brazylii, historia polskiej obecności w tym kraju wydaje się być najbardziej fascynująca. Tutejsza Polonia dała się poznać, jako społeczność dbająca nie tylko o własne grupowe interesy, ale jako wspólnota osób zatroskana o rozwój swej nowej ojczyzny. Nasi rodacy po przekroczeniu granic kulturowych, językowych i uwarunkowań społeczno-politycznych śmiało podejmowali również działania na rzecz unowocześnienia Brazylii. To właśnie z troski (być może trywializuje) polskiego kolonisty, aby jego dzieci miały lepszą przyszłość możemy dzisiaj mówić o bogatej historii naszej obecności w Brazylii. W tym też duchu – być może się mylę – działali nasi współbracia, którzy pół wieku temu, po raz pierwszy, przybyli do Brazylii. Jednak ten fragment ofiarnej posługi na kontynencie latynoamerykańskim[16] wciąż – zgodnie z opinią ks. Malczewskiego – czeka na bardziej pogłębione opracowania[17].

Analizując dzieje i aktualną działalność brazylijskiej Polonii[18] można pokusić się o stwierdzenie, że Polak potrafi; oto po 130 latach od chwili przybycia pierwszych grup Polaków do Brazylii w wielu jeszcze miejscowościach można usłyszeć język polski. Wiele osób rozumie mowę swoich pradziadów. Iluż to Brazylijczyków polskiego pochodzenia poznaje dzieje ojczyzny swoich przodków dzięki portugalskojęzycznej literaturze[19]. Jednak, czy bogactwo przeszłości zwycięży z pokusami teraźniejszości?

To właśnie brazylijskie doświadczenia (lata 2000-2005) nauczyły mnie pewnej otwartości na potrzeby świata, drugiego człowieka. Ukazywały potrzebę pewnej spontaniczności w działaniu, nawet wbrew utartym schematom, oraz nauczyły wiary, że Bóg troszczy się o swojego sługę.

 

b)  Kuszenie zachodniego świata

Jak już wspomniałem, przyszła w moim życiu taka chwila, kiedy poruszony do głębi słowami Założyciela, że dusze polskie giną, zapragnąłem pracować w środowiskach najmłodszej polskiej emigracji. Czułem taką wewnętrzną potrzebę, aby doświadczyć „innego”, „zachodniego” stylu pracy i posługi na rzecz rodaków. Chciałem na własnej skórze doświadczyć jak rzeczywiście jest aplikowane w praktyce prawo Kościoła wobec ludzi w drodze.

Po trzydziestu miesiącach pobytu w Europie mogę stwierdzić, że zachodni świat rzeczywiście kusi, zachwyca także i nas chrystusowców. Europa, czy inne kraje mogą zafascynować nas rozwojem technologicznym, dostępnością do środków masowej komunikacji, łatwością odwiedzin swoich bliskich i znajomych w kraju rodzinnym. Dają szersze możliwości uprawiania turystyki międzykontynentalnej. Również i pod względem finansowym Stary Kontynent wydaje się być również bardziej atrakcyjny. Jednak, czy to wystarczy, aby zachwycić i na stałe uszczęśliwić człowieka?

Oprócz dobrodziejstw natury materialnej Europa, podobnie, jak to było w czasach ubiegłych …„wydaje się być wewnętrznie pusta, w pewnym sensie sparaliżowana zanikiem systemu krążenia; jest to kryzys wystawiający na ryzyko jej życie; musi ona ratować się przeszczepami, które w końcu przekreślają jej autentyczną tożsamość” […]. W ciągu całej swojej przeszłości Europa była kontynentem kontrastów[20]. Ponadto, mając na uwadze, papieski dokument Jana Pawła II „Ecclesia in Europa”, każdy duszpasterz doświadcza, że jest to kontynent wystawiony na pokusę gaszenia nadziei, że przeżywa pewien okres zagubienia, utratę pamięci i dziedzictwa chrześcijańskiego (por. EE 7). Doświadcza lęku przed przyszłością. Do tego dochodzi poczucie osamotnienia; mnożą się podziały i kontrasty. Patrzy na niebezpieczne zjawisko kryzysów rodzinnych i słabości samej koncepcji rodziny, na konflikty etniczne, na odradzanie się pewnych postaw rasistowskich, napięć międzyreligijnych, na narastanie powszechnej obojętności etycznej oraz gorączkowe zabieganie o własne interesy i przywileje. Wciąż postępująca pokusa indywidualizacji sprawia, że dostrzega się coraz mniej przejawów solidarności (por. EE 8). Wreszcie europejska kultura sprawia wrażenie «milczącej apostazji» człowieka sytego, który żyje tak, jakby Bóg nie istniał (por. EE 9). W tym całym gąszczu negatywnych zjawisk znajduje się również i kapłan, który musi pozostać do końca apostołem, Dawcy nadziei. To oczywiście ma swoją cenę.

Patrząc z perspektywy brazylijskiego interioru inne prowincje Towarzystwa rzeczywiście kuszą. Ja również tego doświadczyłem. Bardzo często wszystko to, co jest usytuowane poza Brazylią wydaje się być rajem, ziemią obiecaną, ale tak nie jest. Każda prowincja, parafia, czy ośrodek duszpasterski ma swoją specyfikę, problemy, trudności, sprawy, które niepokoją i spędzają sen z powiek.

Na przykładzie mojej ponad dwuletniej obecności i posługi w Europie mogę powiedzieć, że tu jest inne podejście do Kościoła i do kapłana. Na kontynencie europejskim poczucie wspólnoty uzewnętrznia się zazwyczaj tylko w niedziele i święta. Wtedy to jest okazja, aby wierni mogli spotkać się ze swym duszpasterzem, aby można było zauważyć zaangażowanie wiernych, które bardzo często ogranicza się do posług liturgicznych i organizacyjno-porządkowych. W tygodniu często w telefonie duszpasterzy (szczególnie w angielskich parafiach) usłyszymy jedynie informacje na temat godzin sprawowanych posług liturgicznych, ewentualnie zostaniemy poproszeni o zostawienie informacji. Również i w tzw. „nowych” parafiach, czy wspólnotach polonijnych, które powstały w ostatnich latach, posługa duszpasterska bardzo często ogranicza się tylko do niedzielnej posługi. To zazwyczaj wtedy, głównie po mszy św. załatwiane są wszelkie sprawy. W tygodniu nikt nie ma czasu, każdy oddaje się zarabianiu środków materialnych. Zresztą bardzo wielu naszych rodaków traktuje Kościół bardzo instrumentalnie. Po „załatwieniu” sprawy, większość petentów już nie znajduje czasu, aby „pojawić” się w kościele. Nawet i termin ofiarności wydaje się być bardzo różny w stosunku do realiów pracy w Brazylii. 

Przedstawiciele najnowszej fali emigracji „zarobkowej” (takie określenie wydaje się być już pewnych archaizmem, gdyż spotykamy obecnie osoby, które wyjeżdżają nie ze względu na brak pracy, lecz w poszukiwaniu pracy znacznie lepiej wynagradzanej)[21] nie lubią tworzyć polskiego getta. Są raczej nieufni względem siebie. Nie starają się być solidarni. Często słyszy się jedynie o wykorzystywaniu jednych przez drugich. Wykorzystywaniu przez tych, którzy wcześniej przecierali szlaki i teraz uchodzą za lokalnych ekspertów. Młodzi rodacy, gdy już są w stanie wynająć własne mieszkanie, dosyć często starają się wybierać takie miejsca i dzielnice, gdzie nie mieszka wielu Polaków.

Również i w Europie, podobnie zresztą jak w Brazylii, kapłan coraz częściej musi poszukiwać rodaków w różnych i odległych miejscach. Na ten aspekt posługi zwraca również uwagę II Polski Synod Plenarny (1991-1999)[22]. Jednak z taką różnicą, że często wielu naszych rodaków chce rozwiązać wszystkie swoje problemy tylko w niedzielę.

Polski duszpasterz na Zachodzie wciąż spotyka osoby, które, tak się przynajmniej może wydawać, że mają „pretensje”, nie tyle do miejscowego kapłana, co do Kościoła, jak i swoich duszpasterzy w Polsce. Obarczeni negatywnymi doświadczeniami z kraju rodzinnego, traktują często nas – duszpasterzy – jako „zło konieczne”. Kontaktują się z nami tylko wtedy, gdy coś potrzebują. Gdy zaistnieje potrzeba (to jest moje osobiste doświadczenie) są w stanie znaleźć telefon i adres duszpasterza dosłownie w ciągu kilku minut. I to jest rzeczywiście bolesne.

Przykrym również wydaje się być fakt – jak pisze ks. Zuziak – że tylko bardzo niewielki procent przybyłych, uczestniczy w niedzielnej liturgii, np. w Manchester (gdzie i ja pracowałem) ok. 1%-2%[23]. Dane te mogą zresztą tylko potwierdzić opinię niektórych osób zamieszkujących na Wyspach, że …„rola polskiego kościoła w życiu naszych rodaków jest bardzo iluzoryczna, by nie powiedzieć nieistotna[24]. Ta sytuacja osłabia również i tych, którzy z całego serca pragną służyć swoim braciom na wychodźstwie. Ta duchowa stagnacja wydaje się być czynnikiem najbardziej stresującym kapłana we współczesnej Zjednoczonej Europie. Jednak, i o tym należy mówić, że ta ocalała reszta rodaków, którzy poszukują polskiego księdza, to jest nasza elita, która poszukuje Kościoła z potrzeby serca. Ci wierni bardzo często zachowują polskie tradycje. Zapraszają księdza po kolędzie. Dbają o rozwój duchowy, itd. Często, gdy nadarzy się taka okazja, ci, którzy korzystają z naszej posługi podkreślają dobrodziejstwo obecności kapłana i Kościoła w miejscu ich nowej egzystencji.

Kolejnym niepokojącym zjawiskiem wydaje się być postrzeganie polskiego duszpasterstwa, jako pewnej konkurencji wobec lokalnych struktur Kościoła[25]. Ta przysłowiowa ocalała reszta polskich praktykujących katolików na Wyspach winna jak najszybciej – zgodnie z wypowiedzią kard. Murphy-O'Connor – włączyć się w życie lokalnych parafii tak szybko, jak się da, gdy tylko ich angielski im to umożliwi. Powyższe słowa budzą pewne zaniepokojenie, gdyż ukazują pewien schemat myślenia i działania miejscowego episkopatu i duchowieństwa, gdzie polski kapłan wydaje się być potrzebny tylko na początku wchodzenia Polskich emigrantów w nowe środowisko. Często potrzeby duchowe rodaków są redukowane do udziału we mszy i możliwości skorzystania z Sakramentu Pojednania. W praktyce, przynajmniej biorąc pod uwagę moje doświadczenia i opinie moich kolegów, rzecz wygląda następująco: polski kapłan dosyć często musi prosić i zabiegać o możliwość odprawiania mszy św. w języku polskim. Nie zawsze prośby te znajdują zrozumienie u miejscowych proboszczów. Ta sytuacja sprawia, że chociaż jestem pośród swoich, czuję jednak, że mój pobyt jest traktowany bardzo instrumentalnie: mam być pośrednikiem umożliwiającym w miarę szybkie integrowanie się moich rodaków z miejscową wspólnotą wiernych. Po spełnieniu tej misji mogę szukać sobie innego zajęcia. 

W europejskim modelu wspólnoty eklezjalnej, być może nie w każdym kraju, podkreśla się bardziej wymiar hierarchiczny. Szczególnie da się to zauważyć w parafiach, gdzie pracuje więcej niż jeden kapłan. Nawet i we wspólnotach zakonnych wymiar ten jest mocno akcentowany. Podwładnych i przełożonych dzieli pewien niewidzialny dystans. Tu każdy musi wiedzieć, jakie jest jego miejsce, nawet i przy ołtarzu. Przykładowo, podczas dorocznych zjazdów polskich kapłanów pracujących na Wyspach, aby zająć miejsce w prezbiterium trzeba otrzymać specjalne zaproszenie przez gospodarza imprezy. Te niby uprzywilejowane miejsca są, za każdym razem przygotowywane i zarezerwowane dla jego najbliższych współpracowników. Niestety, ta praktyka często jest kopiowana przez zakonników.      

Piszę o tym, gdyż wciąż doświadczamy, że współcześni nam rodacy, a w szczególności młodzi ludzi już nie są zainteresowani i nie robi na nich większego wrażenia fakt obecności przedstawiciela hierarchii Kościoła w ich wspólnocie. Ci „młodzi” ludzie potrzebują przede wszystkim człowieka, który ich zrozumie i któremu mogą zaufać. Potrzebują duszpasterza, który będzie z nimi. Nie tyle fizycznie, co duchowo. Oczywiście, potrafią bardzo szybko człowieka rozeznać i ocenić. Gdy kapłan zdobędzie zaufanie (może i za dużo powiedziane) potrafią i starają się go uszanować.    

 

Zamiast zakończenia

Także i dzisiaj, niemalże na nowo musimy uświadomić sobie, że winniśmy traktować powołanie chrystusowca jako misję, która została mi/nam zadana przez dar powołania do Towarzystwa Chrystusowego. Misję tę spełniamy na rzecz Kościoła Powszechnego. Jako chrystusowcy staramy się być ambasadorami polskości, ale niekoniecznie musimy realizować swoją misję w języku ojczystym. Na pierwszym miejscu mamy głosić Chrystusa, a dopiero później, gdy nadarzy się taka okazja, mamy dbać, aby nie ginęły polskie dusze, które zgodnie z obserwacjami duszpasterza Polonii w Hiszpanii, ks. Andrzeja Glanca giną: „Tylko dlatego, że wyraźnie sobie tego życzą”[26].  Ponadto, przynajmniej teoretycznie, staramy się pamiętać o zasadzie integracji społeczno-religijnej, która w duszpasterstwie emigracyjnym leży u podstaw naszej działalności. Staramy się również pielęgnować wśród powierzonych sobie wiernych własne wartości, uwrażliwiając ich na dobro społeczności przyjmującej czy innych społeczności etnicznych w miejscu nowego zamieszkania i wreszcie na dobro całej społeczności ludzkiej[27].

Chrystusowcy pracujący pod Krzyżem Południa – nasi współbracia – stanowili i nadal stanowią zwartą społeczność duchownych, którzy opuściwszy swój kraj, wierni ideałom naszych założycieli, głosili i nadal głoszą Chrystusa i Polskę tym, do których zostali posłani. To właśnie na tym kontynencie nasi współbracia mieli okazję doświadczyć uniwersalności Kościoła.  To właśnie tu – chrystusowiec – musiał być otwarty na drugiego człowieka, niekoniecznie o polskim rodowodzie etnicznym. Właśnie tu Ustawy i Dyrektorium naszej rodziny zakonnej zostały poddane weryfikacji. Oto, kapłani, których zadaniem była troska o rodaków, nie zważając na różnego rodzaju przeszkody, adresowali swoją posługę do wiernych wywodzących się z innych grup etnicznych. To była i jest ubogacająca rzeczywistość. Być może fakt ten sprawił, że chrystusowiec, posługujący na rzecz brazylijskiej wspólnoty eklezjalnej był, jest i nadal musi być człowiekiem otwartym na drugiego, niekoniecznie o polskim rodowodzie etnicznym człowieka. To sytuacja niezwykle ubogaca kapłańską posługę w tym kraju.

Wreszcie, i o tym należy pamiętać, że Brazylia spośród wszystkich prowincji Towarzystwa, wydała największą ilość powołań kapłańskich i zakonnych. Dzięki naszej obecności i posłudze Brazylijczycy o polskim rodowodzie etnicznym mają swoich przedstawicieli w zgromadzeniu, które zostało powołane, aby dbać o ich duchowe dobro. Wzrastająca liczba kapłanów Brazylijczyków polskiego pochodzenia domaga się, aby podejmowano takie decyzje personalne, które zagwarantują w dalszej przyszłości przejęcie tej części naszego Towarzystwa przez miejscowych kapłanów, którzy będąc świadomi własnych korzeni będą promować idee naszych Założycieli i naszej rodziny zakonnej.  

Nie ukrywam, że tytuł powyższego artykułu został zainspirowany Przesłaniem VI Kapituły Prowincjonalnej Prowincji Południowoamerykańskiej naszego Towarzystwa, gdzie czytamy, …„że nie skończyła się tu nasza misja. Wręcz przeciwnie przed duszpasterzami polskimi w Brazylii również otwierają się nowe horyzonty i wyzwania”[28]. Jednak, abyśmy byli zdolni do podejmowania wciąż nowych i konkretnych wyzwań nasze Towarzystwo musi na nowo rozbudzić w sobie pierwotną gorliwość, zarówno w wymiarze wspólnotowym jak i indywidualnym. Aby temu zaradzić już w nowicjacie i seminarium należy tak formować przyszłe zastępy chrystusowców, aby byli otwarci na wyzwania współczesności. Młode przyszłe pokolenie chrystusowców, podobnie jak i my starsi, doświadczeni duchowi synowie kard. Augusta Hlonda, ubogaceni świadectwem pionierów Towarzystwa, winniśmy być, jak wcześniej już pisałem, „emigrantami wśród emigrantów”. W żadnym wypadku nasz wybór nie może być tylko czystym przypadkiem, to ma być wynik naszego podstawowego wyboru wobec tych, którzy opuścili – często zmuszeni – swoje rodzinne strony i wobec ich potomków, którzy zachowują pamięć i spuściznę swoich przodków. Wreszcie być emigrantem, to znaczy przyjąć na siebie powołanie emigranta nie jako ofiarę, ale jako przywilej, jako formę bycia z tymi do których zostaliśmy posłani, aby poznać ich od wewnątrz, stając się jednym z nich, służąc im[29]. Podołamy temu, jeśli będziemy zgromadzeniem otwartym na nowe horyzonty i wyzwania współczesności.    

 



* Wieloletni duszpasterz w Brazylii. Aktualnie posługujący rodakom w Irlandii.

[1] Duszpasterze polskiej emigracji. Rozmowa ks. inf. Ireneusza Skubiś z ks. Zbigniewem Rakiejem – wikariuszem Towarzystwa Chrystusowego dla Polonii Zagranicznej. Przedruk z gazety „Niedziela”, nr 47 z 20.11.2005; w: Głos Towarzystwa Chrystusowego, Poznań nr 2/2006, s. 21.

[2] W. Necel, Wokół powołania chrystusowca; w Sentire cum Societate. W 75. Rocznicę powstania Towarzystwa Chrystusowego dla Polonii Zagranicznej. Praca zbiorowa pod redakcją W. Necla TChr, Poznań 2007, s. 14.

[3] List Przełożonego Generalnego do Współbraci z okazji rozpoczęcia Roku Jubileuszowego w Towarzystwie Chrystusowym, Poznań 3 V 2006 r.; w: Głos…, dz. cyt., nr 3/2006, .s . 5.

[4] W. Necel, Integracja społeczno-religijna polskiego emigranta w posłudze duszpasterskiej chrystusowca. Schemat refleksji na początku XXI wieku; w: http://www.seminare.pl/?nr=18&r=2002.

[5] Przemówienie ks. Wikariusza Generalnego; w: Głos Towarzystwa Chrystusowego, Poznań nr 1/2006, s. 30.

[6] Program duszpasterski na rok 2007/2008 „Bądźmy uczniami Chrystusa” pod redakcją ks. dra Szymona Stułkowskiego, Poznań 2007, s. 14. 

[7] Przesłanie marszałka Województwa Wielkopolskiego p. Stefana Mikołajczyka z okazji inauguracji Roku Akademickiego 2005/2006 w Wyższym Seminarium Duchownym Towarzystwa Chrystusowego dla Polonii Zagranicznej; w: Głos Towarzystwa Chrystusowego, Poznań 1/2006, s. 40. 

[8] W. Necel, Wokół…, dz. cyt., s. 18.  

[9] Por. Ustawy i Dyrektorium Towarzystwa Chrystusowego dla Polonii Zagranicznej. Poznań 1991, r. I, art. 1.

[10] E, Staniek, H. Witczyk, Bądźmy uczniami Chrystusa, w: Program…, dz. cyt. s. 29.

[11] Z konferencji ascetycznej Przełożonego Generalnego, ks. Tomasza Sielickiego wygłoszonej we Francji; w: Wizyta ks. Generała we Francji, http://www.tchr.org/schr/

[12]  Por.: List Przełożonego Generalnego…, dz. cyt., s. 4; Homilia ks. Zbigniewa Rakieja TChr, wikariusza generalnego Towarzystwa Chrystusowego dla Polonii Zagranicznej wygłoszona na Mszy świętej w czasie Nocy Czuwania za Polonię i jej duszpasterzy A.D.2006, w: Głos…, dz. cyt., nr 1/2007, s. 50;  Odezwa uczestników VI Kapituły Krajowej, Poznań, dnia 12 kwietnia 2007 r.; w Głos…, dz. cyt., nr 4/2007, s. 13.

[13] List Przełożonego Generalnego do Współbraci z okazji rozpoczęcia Roku Jubileuszowego w Towarzystwie Chrystusowym, Poznań 3 V 2006 r.; w: G łos…, dz. cyt., nr 3/2006, .s . 4-5.

[14] Z. Malczewski, Zatroszczmy się o nowe i rzetelne spojrzenie na Polonię w Brazylii…; w: http://www.revistaprojecoes.com/pl/czytelnia/Nowyobraz.html

[15] Przesłanie Sekretariatu Stanu, nr 77.792, z dnia 21 listopad 2007 przesłane na ręce arcybiskupa Kurytyby, Moacyr Jose Vitti; za: Malczewski, Z., Potrójny jubileusz chrystusowców w Brazylii, w: www.revistaprojecoes.com/pl/index/htm

[16] Z wypowiedzi Arcybiskupa Metropolity Moacyr Jose Vitti, ordynariusza Kurytyby, w czasie poświęcenia taplicy upamiętniającej potrójny Jubileusz: 75-lecia powstania Towarzystwa Chrystusowego, 30-lecia erygowania prowincji i 50-lecia pracy apostolskiej i polonijnej w Ameryce Łacińskiej, w domu prowincjonalnym w dniu 28 listopada 2007 r.; za: Malczewski, Z., Potrójny jubileusz chrystusowców w Brazylii, w: www.revistaprojecoes.com/pl/index/htm

[17] Z. Malczewski, Zatroszczmy się…, art. cyt.

[18] W tym celu proponuję prześledzić strony internetowe, przykładowo: http://www.revistaprojecoes.com/, http://www.tchr.org/braz/, http://www.domfeliciano.net/, http://www.polonesesnobrasil.com.br/ - szczególnie ta strona dostarcza wiele, bardzo zróżnicowanych informacji na temat życia Polonii, i nie tylko, z  całej Brazylii.

[19] M, Kawka, Krzewienie polskości w Brazylii poprzez publikacje w języku portugalskim, w:   http://www.revistaprojecoes.com/pl/index.htm        

[20] J. Ratzinger, Europa. Jej podwaliny dzisiaj i jutro. Kielce 2005, s. 21-22, 33.

[21] K. Wojaczek, Więź małżeńska w sytuacjach rozłąki z przyczyn ekonomicznych. Studium Pastoralne, Opole 2007, s. 7.

[22] Szerzej na ten temat: Duszpasterstwo polskie za granicą; w: II Polski Synod Plenarny (1991-1999), Poznań 2001, s. 251-262.

[23] A. Zuziak, Duszpasterstwo w Wielkiej Brytanii. Nadzieja w duszpasterskiej opiece nad Polakami pracującymi na Wyspach brytyjskich; w: http:/www.katolik.pl

[24] Razem, a jednak osobno – Kiosk – Onet.pl Wiadomości, 27.12.2007; w:http://wiadomości.onet.pl

[25] Niepokoi mnie to, iż Polacy tworzą w Wielkiej Brytanii odrębny Kościół. Chciałbym, by byli częścią życia miejscowego Kościoła katolickiego – powiedział, pod koniec grudnia 2007 r., zwierzchnik Kościoła katolickiego Anglii i Walii, abp Westminsteru kardynał Cormac Murphy-O'Connor dziennikowi "The Sunday Telegraph", za: http://prawy.pl

[26] A. Glanc, Krótka historia duszpasterstwa wśród polskich pracowników sezonowych w prowincji Huelva w Hiszpanii w latach 2001-2005; w:  w Sentire cum Societate. W 75. Rocznicę powstania Towarzystwa Chrystusowego dla Polonii Zagranicznej. Praca zbiorowa pod redakcją W. Necla TChr, Poznań 2007, s. 279.

[27] W. Necel, Integracja społeczno-religijna polskiego emigranta w posłudze duszpasterskiej chrystusowca. Schemat refleksji na początku Xxi wieku.; w: http://www.seminare.pl/?nr=18&r=2002

[28] Przesłanie delegatów VI Kapituły Prowincjalnej Prowincji Południowoamerykańskiej, Florianópolis, 26 kwietnia 2007 r.; w: Głos Towarzystwa Chrystusowego,  Poznań nr 4/2007, s. 15.

[29] Por. H. Siewierski, Recenzja książki. Zdzisław Malczewski TChr, Polonii brazylijskiej obraz własny. Zapiski emigranta, Projeçőes, Kurytyba 2007, ss. 317.; w: http://revistaprojecoes.com/pl/czytelnia/Recenzja-Siewierski.html