POCZĄTKI
KOLONIACJI POLSKIEJ W ORLE BIAŁYM - ES
W OPISIE KS.
IGNACEGO POSADZEGO *
Do najmłodszej kolonii
Z Colatina jadę do nowych kolonii polskich w Águia
Branca, co znaczy Orzeł Biały. Objazd kolonii polskich w Espírito
Santo rozpoczynam od „Orła Białego”, ponieważ nigdy jeszcze nie
było tam księdza. Águia Branca, to najmłodsza kolonia polska w
Brazylii. Powstała dzięki staraniom Towarzystwa Kolonizacyjnego w
Warszawie. Towarzystwo to jest instytucją założoną w celu
czynnego wykonywania prac kolonizacyjnych na terenach, uznanych za odpowiednie
przez polskie władze w Warszawie. Z ramienia tegoż towarzystwa
bawił w Brazylii w r. 1927 zasłużony jego prezes p.
Gliczyński w celu zbadania warunków kolonizacji. Przeważało
zdanie, że wychodźstwo polskie należy skierować
głównie do czterech południowych stanów Brazylii, tj. do Rio Grande
do Sul, Santa Catarina, Paraná i Săo Paulo. W stanach tych bowiem Polakowi
najłatwiej dostosować się do warunków klimatycznych. Stany te
jednak zaczęły stawiać bardzo niedogodne warunki i do
porozumienia nie doszło. Dlatego też p. Gliczyński udaje
się do Espírito Santo i Minas Gerais i rozpoczyna pertraktacje.
Szczególnie przychylnie traktują propozycje prezesa towarzystwa
władze stanowe Espírito Santo, gdyż zależy im na zaludnieniu
pustych terenów. Znają przy tym Polaków jako dobrych kolonizatorów.
Mieszka tam bowiem sporo Polaków z dawniejszej jeszcze emigracji.
W październiku 1923 r. obie strony podpisują
umowę. Rząd espiritosanteński oddaje Towarzystwu 50 000 hektarów
dziewiczego lasu na północ od Rio Doce – Słodkiej Rzeki, z prawem
osadzenia 1 800 rodzin rolniczych w ciągu 8 lat. Umowę tę
ratyfikuje Ministerstwo Pracy i Opieki Społecznej w Warszawie, w dniu 25
lutego 1929 r. Pierwszy transport przybył tu przed rokiem. Koloniści
poszli w głąb lasów i osiedli nad rzekami Pancas, Săo José, Rio
Claro. Pierwszą osadę nazwali „Orłem Białym”, jako że
swój twardy znój rozpoczęli pod znakiem Białego Orła.
Następowały dalsze transporty. Zjeżdżał tu chłop
polski spod Wilna, Łomży, Lublina, Stanisławowa. Może tam w
kraju nie starczyło chleba, a może i szczęścia
popróbować chciał za Oceanem. I jest tu dziś razem około
100 rodzin polskich i ruskich.
Z zaciekawieniem jadę więc w te strony.
Towarzyszy mi p. dr Biernacki, lekarz kolonii. Przejeżdżamy przez
Słodką Rzekę. Rzeka ta ma około 500 m szerokości.
Prowadzi przez nią nowy most żelazobetonowy. Zdaje się, że
nie jest on jeszcze wykończony. Są tam bowiem tylko luźne deski,
a poręczy nie ma żadnych. Aż w głowie się kręci,
gdy patrzy się z mostu na rwący prąd rzeki. Trzeba mieć
spokój iście brazylijskie, aby uniknąć katastrofy. Niedawno
spadła z tego mostu jakaś kobieta. Chciała wyminąć
samochód, posunęła się za bardzo na brzeg – i stało
się nieszczęście. Przedtem jeszcze wpadł do wody pewien
jeździec wraz z koniem. Wjeżdżamy w dziewiczy las. Przy drodze
raz po raz spotykamy maleńkie osady. Mieszkańcy ich rąbią
wysokopienne drzewa. Inni palą wyschnięte już poręby. Potem
chodzą pomiędzy spalonymi pniami i wprost w popiół rzucają
ziarna kukurydzy i ryżu. Przyjdzie deszcz i poręba w mig się
zazieleni. A potem żniwo będzie, jakiego świat nie widział.
Ziemia rozpoczęta, a popiół na niej to wartościowe potasy. Pod
wieczór docieramy do Aldeamento dos
Indios. Jest to rezerwat Indian.
Rząd brazylijski wyznaczył tu dwa tysiące hektarów dla
resztek silnego kiedyś szczepu Ay Mores.
Są to już naprawdę resztki: 12 mężczyzn, 7
kobiet i 8 dzieci. Jeszcze przed 15 laty było ich tutaj około pięciu
tysięcy. Epidemia grypy wyniszczyła ich prawie doszczętnie.
Chciano ich leczyć. Odmówili. Chciano odseparować chorych.
Powstał bunt. Ponadto, lekceważąc chorobę, w gorączce
szukali ochłody w zimnych potokach górskich. Dni ich są policzone.
Ci, co pozostali, nad życie lubią „cachasa” – wódkę,
pędzoną z trzciny cukrowej. A w piciu nie znają miary. Na
próżno im perswadować. Nie pomagają też najlepsze
chęci rządu. Z funduszów państwowych utrzymuje się dla nich
nauczyciela, daje się im żywność, ubranie, mieszkanie. I
wszystko na próżno. Rozmawiam z nimi. Mówią nieco po portugalsku. Od
razu dopytują się, czy nie mam dla nich podarunków. Daję
każdemu z ich medalik z Matką Boską Częstochowską.
Oglądają z podziwem, po czym zawieszają go sobie na cienkich
łykach liany u prawej ręki. Za fotografię muszę osobno
zapłacić. Jak na komendę bowiem wołają: Grin, grin – pieniądze!
Prężą się, strzepują, stroją miny. Nocujemy w
domu ich „ułaskawiacza” p. Luiz Alvez Vianna. Jest to urzędnik
brazylijski, którego pieczy powierzeni są Indianie. Ma on osobną
izbę z trzema łóżkami dla
przejezdnych. Spotykamy niemieckiego mineraloga p. Richarda Schallera,
który tu poszukuje cennych kruszców. Opowiada, że wczoraj był na
pobliskiej Górze Śmierci. Prowadzili go tam dwaj Indianie. Po drodze
mówili mu dużo o górze. W nocy błądzi tam jakaś czarna
postać, a w twarzy jej żywy ogień płonie. To dusza ich
wodza Niingakole, który po śmierci nie może zaznać spokoju.
Niingakole pokochał Bingre, córkę wodza szczepu sąsiedniego.
Zasądzili go więc na śmierć i ze szczytu Góry Śmierci
strącili w przepaść. P. Schaller przebąkiwał coś
niecoś, że blisko szczytu znalazł żyły srebra.
Rano dosiadamy mułów i w drogę. Wąska
tędy prowadzi ścieżyna leśna. Wyrąbano ją
fojsą czy fakonem w gąszczu i plątaninie lian, drzew i trzciny
takuary. Trzcina ta, wijąc się po drzewach, tworzy fantastyczne
girlandy. Ponad gąszczem wznoszą się rozmaite gatunki drzew.
Wiecznie zielone, najwspanialsze na świecie skupienia
roślinności. Drzewa Ipé właśnie kwitną. Mają
całe pęki fioletowego kwiecia. Dziwny to las. Szumi tylko w czasie burzy. Czuć go terpentyną
i kamforą, to znowu jak gdyby konwalią. Zapach ten wydają
niektóre nieznane mi liany. Dokoła nas krążą dziwaczne
ptaki. Wielkie motyle o skrzydłach szerokich jak ludzka dłoń, mienią
się i połyskują w słońcu. Papugi „arary” z wrzaskiem
przelatują nad nami. W konarach drzew smutnie zawodzą małpy –
wyjce. Jedziemy stępa, gwizdując wesoło. Na przedzie troper
Alfredo, za nim ja, a w końcu p. dr Biernacki. Nagle Alfredo
błyskawicznie wstrzymuje muła i krzyczy: - „Para” – stój! Stajemy.
Alfredo zeskakuje na ziemię. W jednej sekundzie ostrym fakonem odcina
długą gałąź żikityby, a potem całą
siłą wali w jakieś szarawe miejsce przy ścieżce. Teraz
dopiero poznajemy niebezpieczeństwo. Oto dwumetrowa blisko żararaka,
jedna z najjadowitszych żmij brazylijskich, usadowiła się obok
ścieżki, czyhając na zdobycz. Uderzenie było silne.
Żmija miała grzbiet złamany. Alfredo zbliżył się
do swej ofiary i wbił jej półmetrowy fakon w zatrutą
paszczę. Zeszliśmy z mułów. Doktor wyciągnął
scyzoryk. Naciął skórę poniżej szyki gada, który wił
się jeszcze w śmiertelnych podrygach. Potem
ściągnął skórę z taką wprawą i
łatwością, jak gdyby rękawiczkę. Zawinął
ją w szerokie liście drzewa mlecznego i schował do torby. W
ciągu trzech minut niebezpieczeństwo minęło i łup
był gotowy. Po pięciu godzinach spotykamy pierwsze osady naszych
kolonistów. To forpoczty owej dzielnej gromady, co przybyła na podbój
odwiecznego boju.
… „I było co patrzeć na te batalie,
Na Wyrwidęby te i Waligóry!
Prężą się karki, wzdymają
się szyje.
Żył widać bicie wśród spalonej skóry,
Aż świśnie topór, huknie, jak grom bije…
Kwietnych plątańców pękają wnet
sznury.
Małpy skaczą z dzikim wrzaskiem.
Z gwiazd ptactwo leci, siejąc piór blaskiem.”
Forpoczty w odwiecznym borze
W Orle Białym chłop polski daje świadectwo
swych zdolności kolonizatorskich. Bez lęku poszedł w bór
dziewiczy jako conquistador – zwycięzca i tam, gdzie niegdyś
grasował dziki Indianin, kędy pomruk jaguarów straszył
przybysza, on osiadł na stałe. Coraz dalej wrębuje się w
las tropikalny. Od rana do wieczora grzmią topory i siekiery.
Poświstują fojsy i fakony. Na szerokich porębach
wzdłuż rzek Rio Pancas, Rio Claro, Rio Săo José błyskają
chciwe jego oczy.
„Z okrutną w puszczę lud rzucił się
mocą
Ciąć one bory, stojące z prawieka.
Tylko te serca, te ręce dygocą,
Tylko ta dusza w siekierę ucieka.
Huczą topory dniem i huczą nocą…
Nie patrzy słońca i świtu nie czeka
Ta przesilona praca, co się zdało,
W pień do korzenia puszcz zwali tę
całą…”
I walą się odwieczne cedry, imbuje, żaka
randy, mahonie. Nic nie zdoła się oprzeć jego naporowi. I
kędy przejdzie jego noga, wyrastają krzewy mandioki, szumią
zielone łany trzciny cukrowej i kukurydzy. Ciągle nowe
przybywają transporty. Nowoprzybyłych kolonistów umieszcza się w
obszernych barakach. Są one schludne i dość obszerne. Podzielone
są na trzy sale, z których dwie służą jako sypialnie a
jedna jako jadalnia. W tej ostatniej urządziłem na razie
kapliczkę, gdzie rano odprawia się Msza św. a wieczorem
nabożeństwo. Tu się też zbierają dzieci na naukę.
Pobyt w barakach trwa tak długo, dopóki kolonista nie pobuduje sobie domku
na własnej działce. Domek ten na początek jest zazwyczaj bardzo
skromny. Kilka pniaków palmowych wbitych w ziemię, na nich dach pokryty
liśćmi palmy butii. Ławki z drzewa żaka randy,
łóżko z plecionych włókien żikityby, rozłożonych
na czterech kołkach. Kociołek zawieszony na drucie a pod nim ognisko.
Oto i kuchnia samorodna. Później jednak kolonista buduje sobie dom z tartych
desek. Na przedzie umieszcza werandę, zakłada ogródek. Domy
Konstantego Samsela z Małego Łęcka czy Michała Sanka z
kresów lub Bolesława Ruszczyckiego ze Stanisławowa śmiało
mogłyby stanąć w jakimś miasteczku i nikt by zapewne
się nimi nie gorszył. Zaraz po przybyciu do osiedla kolonista
otrzymuje działkę. Wybiera ją sobie sam, zwykle wśród
znajomych z kraju lub podróży, aby wzajemnie sobie pomagać. Po
urządzonym przydziale działki i wręczeniu prowizorycznego
tytułu własności, kolonista otrzymuje plan działki i opis
jej granic, sporządzony przez rządowego miernika. Działki
wynoszą po 25 hektarów. Większe rodziny otrzymują dwie
działki. Jedna działka kosztuje gotówką 3.325 zł, na raty
4.000 zł. Przy kupnie działki na kredyt, należność
spłaca się w ciągu 6 lat, przy czym pierwsza rata musi być
wpłacona w początkach czwartego roku pobytu na kolonii. Do tych cen
dochodzą jeszcze koszta przejazdu. Obecnie cena karty okrętowej dla
osoby dorosłej wynosi 950 zł, dla dzieci do 10 lat połowę,
a do 5 czwartą część pełnej sumy. W cenie tej
opłacony jest przejazd od stacji kolejowej w miejscu zamieszkania w Polsce
do portu w Brazylii oraz utrzymanie w drodze i na postojach. Przejazd z portu
brazylijskiego do kolonii opłaca rząd tutejszy. Do czasu pierwszych
zbiorów z własnej działki, Towarzystwo Kolonizacyjne zabezpiecza
rodzinie wyżywienie. Dostarcza jej na kredyt produktów spożywczych i
niezbędnych artykułów gospodarczych.
Nad zdrowiem naszych pionierów czuwa tu p. dr Biernacki z Lublina.
Młody to jeszcze, ale dzielny bardzo lekarz. Wolne chwile spędza przy
mikroskopie, badając zarazki chorób tropikalnych. Chwil tych jednak ma
niedużo. Z dalekich bowiem stron – nieraz 100, 150 km –
zjeżdżają się „caboclos”
– ludzie leśni, prosząc go o poradę. Upały nie są tak
dokuczliwe, jakby się wydawało. Obecnie temperatura dochodzi do 32o
C w południe. Będzie jeszcze trochę cieplej, zwłaszcza w
grudniu i styczniu. Mówią jednak, że w ubiegłym roku i w tym
czasie nigdy nie było powyżej 38o C. Obecnie po działkach odbywają
się zasiewy, oczywiście w sposób bardzo prymitywny. Chodzi się
pomiędzy spalonymi pniami i rzuca wprost w popiół ziarna ryżu,
kukurydzy czy „fiżonu” czyli czarnej fasoli. Z sadzeniem trzciny cukrowej,
mandioki, drzewek kawowych, bananów i pomarańczy postępuje się w
sposób podobny. Ciężka praca już minęła. Było to
niszczenie lasu pod uprawę. „Deribada”
– cięcie lasu kosztowało naszych dużo potu i wysiłku. Mimo
to niektórzy wyrąbali trzy do pięciu hektarów. Po deribadzie
nastąpił odpoczynek, czekali, aż gałęzie, krzewy i
pniaki nie uschną. Potem puścili ogień. Paliło się
przez dni kilka. Ogromne chmury dymu buchnęły w przestworza. Zwierz
dziki uciekał w głąb lasów. A co nie uszło,
zginęło w płomieniach lub udusiło się w dymie.
Paliło się wszystko dokoła. Paliły się drzewa, co u
nas idą na wagę złota. Z drzew żelaznych czy mahoniowych
zostały tylko osmolone pnie. Ostatni Mohikanie minionej chwały.
Żałośnie wyciągają spalone konary i żalą
się do nieba. Trudno. Sentyment ustępuje szarej rzeczywistości.
Tu zresztą wszędzie człowiek walczy z przyrodą a ona z nim,
mszcząc się na każdym kroku. On jednak zwycięsko wychodzi z
tych zapasów. Koloniści czują się tu rozmaicie. Najwięcej
trawi ich tęsknota. Tęsknią za tymi, co pozostali w kraju.
Wiedzą, w którym kierunku leży Polska. Myśli swe więc, niby
sokoły, wysyłają w te strony. Największą ich
pociechą jest polska pieśń. Śpiewają w domu. Przy
ognisku zbierają się społem na pogawędkę i
wspólną pieśń. A pieśń ta polska płynie w
roziskrzony otok nieba, tam kędy krzyż gwiezdny błyszczy na
południowej stronie. A kiedy zamilkną znużeni, las za nich
śpiewa. Rozbrzmiewa przedśmiertną skargą lub głosami
tęsknoty. Przeciągłe, grobowe wycie „graszainów” przerywa
gniewne porykiwanie pumy. A wtóruje im wrzask olbrzymich puchaczy, co
trzepocząc tajemniczo skrzydłami, zawodzą
żałośnie. Po czym i las ucisza się. Nastaje głuche
milczenie. Tak oto w Orle Białym polskie forpoczty pędzą swe
dni.
Pod mahoniowym krzyżem
Żył tu naród dosyć szczęśliwie w
tej odwiecznej kniei. Lecz do tej pełni szczęścia brakowało
mu Zastępcy Bożego, co by ich słowem polskim cieszył i
modlitwą. Dopraszać się zaczęli i orędować.
Przyjechał więc do nich polski ksiądz. Z radością go
witali i ze łzą w oku, jako że z kraju świeżo
przybył i pozdrowienie im wiózł z ojczystych stron. Na pierwsze
uradzili postawić krzyż Chrystusowy, tam na wzgórzu, nad Jasną
Rzeką. A drzewo być miało co najprzedniejsze, by wieki
trwało, a zawsze świadczyło o pobożności ducha
polskiego na obcej ziemi.
Ścięli więc mahoń, co tam w ciemnym borze rósł
opodal. Krzyż z niego Pański ciosali z własnej woli: Faustyn
Nietupski z Zalewskiej parafii, Nasiadła Stanisław, obaj Ptakowie,
Jan i Paweł z gminy Załoskiej i Paweł Jaceńczuk spod Lwowa.
I odbyło się uroczyste poświęcenie. Jest cudowny poranek
niedzielny. Puszcza i las śpiewają poranny hymn na cześć
Stwórcy. Rzesza ptasia zgiełkowym klangorem wyśpiewuje „Kiedy ranne”.
Gromady zielonych papużek wtórują tukanom, kowalom i podsrokoszom.
Ogromne motyle mienią się wszystkimi kolorami tęczy. Ze
ścieżyn leśnych i pikadonów dochodzą słowa pieśni
pobożnej. Idą pierwsi znad Jasnej Rzeki. Idą Szablanki,
Sokołowscy, Kanie i Ptaki. Wszystek lud dobry, a silny i żylasty,
nieby te pnie cedrowe. Przewodzi im Samsel Konstanty, chłop roztropny i
wielce w siebie dufający. Idą znad Pankasu Piekarscy, Karabiny,
Sokołowicze, tęgi Piastowski ród. Znak rzeki św. Józefa
nadchodzą Ignatowscy, Grzeluki, Siury i Smorągi, i wielu innych.
Gromadzą się na dziedzińcu przed domem administracji. Nasamprzód
poświęcam trzy wiadra wody, z Jasnej Rzeki przyniesione.
Po czym kropie
lud, co zwarł się wkoło, niby ten zagon w kraju, szumiący
zbożem rozmaitym. Każdy kaja się przed majestatem Bożym i w
piersi się uderza i półgłosem szepcze:
„Przez to święte pokropienie,
Boże,
odpuść me zgrzeszenie!”
W procesji ruszamy teraz pod krzyż. „Kto się w
opiekę” śpiewają z rozrzewnieniem, jako że ich opieką
jest prawdziwie tylko Bóg. Samsel przoduje głosem, stąpając
uroczyście po księżnej prawicy. Zna on się najlepiej na
śpiewie i świętych obrzędach, bo w kraju był drugim
kościelnym i kalkanistą. I przyszli do krzyża. Ksiądz
przykucnął na pniaku imbuii i ją słuchać
świętej spowiedzi. Samsel zaintonował Godzinki. Naród się
zakołysał i na kolana się rzucił, chwalą Pannę
Świętą. Po świętej spowiedzi ustawiono mały
ołtarzyk polowy. Dziewczęta jęły znosić liście
palmowe i kwiaty ipé, i dzikie orchidee i stroić ołtarzyk i
krzyż. Rozpoczynają się obrzędy poświęcenie.
Ksiądz modli się długo, raz po raz głośniej odmawia
święte słowa łacińskie, to znowu ręce
rozkłada i żegna drzewo krzyżowe. Potem idzie wkoło
krzyża i z czterech stron go kropi wodą święconą.
Żegna się następnie i tłumaczy doniosłość
uroczystej tej chwili. - Krzyżu święty, nadziejo nasza jedyna na
obcej tej ziemi – tak rozpoczął swe przemówienie. Kobiety pierwsze
zaszlochały, ale i chłopom łzy się zakręciły.
Mówił, jako ich ojcowie wiernie trzymali się krzyża i w tym
znaku zwyciężali: - Ustawiliście ten krzyż mahoniowy –
wołał dalej – ale postawcie ten krzyż w sercach waszych! -
Czcijcie Ukrzyżowanego i Jego święte przykazania! Wówczas
też Pan Jezus pobłogosławi waszej doli tułaczej, waszym
familiom, waszemu dobytkowi i pokój wam da i łaskę
świętą. I wszystkich jakaś żałość chwyciła
za serca, że nikt się już nie mógł powstrzymać od
łez, które płynęły niby te wielkie krople brazylijskiego
deszczu. Kiedy potem odprawiałem Mszę św. śpiewano
„Krzyżu Święty”. A śpiewali z taką mocą, że
aż drzewa i palmy się zatrzęsły od tej serdecznej wichury
głosów. Nawet ptactwo zamilkło, wsłuchane w ten
żywiołowy huragan, co z piersi polskich płynął pod
Boży tron. Już dawno przebrzmiało „Ite missa est”, a oni ciągle śpiewali i modlili się
pod mahoniowym krzyżem. Albo to pierwsze nabożeństwo, odprawione
pod gołym niebem w zagaju palmowym! Naród zwarł się wkoło
ołtarzyka i na kolana się rzucił przed majestatem Bożym
niby ten łan żywych kłosów, co czasu żniwa się
pochyla. Słońce zlewało swe promienie na ten naród u stóp
ołtarza się korzący. Wyzłacało ten zagon szarych
kubraków i wypłowiałych zapasek. Dwie małpki się
spuściły z góry na dolne gałęzie i przypatrywały
się tej dziwnej uroczystości. Patrzyły to na nas, to znowu na
siebie, a skubiąc się po główkach, medytowały, co by to
wszystko miało znaczyć. Zielone papugi, koliberki i inne ptaszyny
Boże krążyły nad ołtarzem, jakby cześć
chciały złożyć Synaczkowi Bożemu. Po
nabożeństwie odbyło się chrztów bez liku. Woda chrzcielna
zmywała główki polskich pacholąt, urodzonych w tych dzikich,
odwiecznych borach na żywot wieczny.
Odbywały się huczne weseliska, po
kilkanaście od razu, jako że tu księdza nie było nigdy. Na
pierwszy ogień poszedł Bolek od Samsela i Basia Sarańczykówna.
Bolek, najstarszy syn Samsela, zgrabny i urodziwy, już od dawna
szukał sobie żony. Rozglądał się nad Jasną
Rzeką, nad Pankasem. Zachodził do szałasów i chałup.
Wreszcie Basia przypadła mu do gustu. Boć to była dziewczyna
gospodarna, zdrowa i młodość sama, a przy tym nabożna i
starszych szanująca. - Baśka będzie moją, powiedział
sobie. Rozmówili się młodzi i na drugi dzień przyszli do mnie.
Załatwiliśmy kilka potrzebnych formalności i
rozpoczęły się przygotowania do ślubu. Bolek wybrał się do miasteczka nad
Słodką Rzeką po sprawunki. Spory to kawał, bo przeszło
110 kilometrów drogi. Szedł Bolek calutkie trzy dni w jedną
stronę i drugie trzy z powrotem. W miasteczku kupował, co się
należało. Pierścionki, białą suknię
ślubną dla Baśki, sznur białych korali również dla
niej, no i – przysmaków trochę i inszych jeszcze drobiazgów na wesele.
Nadeszła niedziela. Był rozsłoneczniony dzień
październikowy, parny i duszny, jako że w Brazylii wszystko na opak,
kiedy u nas jesień to tam wiosna, a kiedy tam lato – to u nas zima.
Otóż w ten śliczny, wiosenny dzień jęli się
zbierać sąsiedzi i przyjaciele w domu Samselowym. Młodzi
naprzeciw gościom wychodzili i pokornie ich witali i zapraszali. A gdy
już wszyscy byli zebrani, przyklęknęli oboje przed rodzicami i o
błogosławieństwo prosili. Matka ich przeżegnała
obrazem świętym i tą wodą święconą ich
skropiła, co to im ksiądz poświęcił onegdaj. A potem
rozpłakała się na głos. A innych też łzy
chwyciły za gardło, ze to taka rzewna odbyła się
uroczystość na tym odludziu. Wyszli z domu – wszyscy na
piechotę. Bo nikt tam jeszcze konia nie ma ani tego mizernego muła
nawet. Na przedzie kroczył uroczyście Murzyn Sebastiăo i grał
zawzięcie harmonice skoczne
melodie. Bo i o muzykę trudno, choć to gospodarskie wesele. Gdy
wyszli z lasu, ujrzeli z dala krzyż święty, co go z mahoniu
ciosali kilkanaście dni temu.
Idąc tedy podle niego, uklękli wszyscy razem i w piersi
pokornie się bili, jako że im ksiądz powiedział, że
krzyż ten to największa świętość Orła
Białego, zanim kościółek tu nie będzie wzniesiony. Z baraku
, kędy na razie ustawiono ołtarzyk święty, wychodziła
już procesja. Spieszyli więc
goście weselni, żeby do niej się jeszcze
dołączyć. Po procesji rozpoczęła się Msza
św. Młodzi uklękli na czerwonym obrusie tuż przed
wszystkimi. Modlili się żarliwie, żeby Bóg
najmiłosierniejszy błogosławieństwo im zesłał obfite
i łaskę świętą na tę
małżeńską życia drogę. Po Mszy św. i kazaniu
ksiądz zaintonował „Veni Creator”. Stary Samsel śpiewał
dalej z księżej książeczki, jako że na ceremoniach
świętych znał się doskonale. Potem ksiądz
przemówił do nowożeńców. Mówił im, żeby wierni byli
Bogu i po Bożemu żyli w tym świętym przymierzu
małżeńskim. A kiedy wspomniał, że już nigdy nie
ujrzą ojczystych stron i że tu na obcej ziemi ten Pan Jezusinek im
więcej będzie potrzebny, to co i najtwardszy chłop się
rozrzewnił. Reszta obrzędów odbyła się jak w kraju. Jeno
że ksiądz kapy nie miał i że kropidła nie było, i
że termometr wskazywał 38o C w cieniu. Lud potem szerokim
wachlarzem rozpłynął się na placu przed barakiem. Z
pistoletów gruchnęły salwy, które głośnym echem o bory
się odbiły. W powietrzu drżały śmiechy i wiwaty weselne,
co ochoczo z mocnych piersi buchały siarczyście. Orszak weselny
wracał nad Jasną Rzekę.
Na progu witała Samselowa młodych sola i chlebem. Po czym
Murzyn na harmonice zagrał skocznego i w wesoły puszczono się
tan. Gospodarze częstowali się wódką z trzciny cukrowej.
Krążyła ogromna butelczyna z rąk do rąk drugą,
trzecią i czwartą kolejką. Słabym z głowy się
już kurzyło, to się też ściskali i przygadywali sobie
serdecznie. A młodzi tancerze wirowali, aż skry się z podkówek
krzesały. Hulali, oj hulali zawzięcie i tan wiedli
zapamiętały, zawracali, przyklękali, przytupywali i
śpiewali:
Hej, hej wiara hej,
Ten byle jakie ciele,
Co się weseli niewiele,
Hej wesele, wesele!
Samselowa jęła zapraszać do stołu.
Państwo młodzi zasiedli pośrodku, reszta zaś podle nich z obu
stron, co najprzedniejsi goście znad Jasnej Rzeki. Jedli rosół z
papużek zielonych, smaczny i pożywny rosół z kury
przypominający, świnkę dziką i ptactwo leśne. W
końcu banany opiekane i mamony, owoce tutejsze.
Przed nami stoi ciemny bór,
Stoi jak mur, jak mur, jak mur!
Dalej razem z kumem kum –
Topory w garść i rum – i rum!
Zwalili puszczę, wielki trud,
Poradzi nam nasz twardy ród!
I tak śpiewali i zabawiali się do rana. A
dookoła była cisza. Zwierz dziki, zda się, zaniechał swych
łowów, ukryły się gady. Nawet ogromne ćmy nocne
zaprzestały swych harców. Aż zdawało się, jakby
zamilkła cała przyroda, żeby z zaciekawieniem śledzić
– jak wygląda pierwsze polskie wesele w dziewiczym brazylijskim borze…
W ciągu tygodnia jęli przygotowywać
miejsce pod cmentarz. Rąbali las, palili drzewa. A cmentarz był
potrzebny, bo i pod pięknym brazylijskim niebem umierają ludzie. Tak
niedawno tu są, a już mogił tyle… Chowali dotychczas
zmarłych, gdzie się przydarzyło. Młody Kazimierz Duda spod
Wągrowca pochował pierworodnego swego synka tuż obok
chałupy, bo tak żona sobie życzyła, iżby blisko
miała do grobu swej dzieciny. Inni umarłych chowali na wzgórzu, za
nowiną, na skraju lasu. I za tydzień już cmentarz jest gotowy.
Poświęcenie odbyło się uroczyste i cmentarza i tego
krzyża Chrystusowego, co w środku jego stanął – i tej
obcej, brazylijskiej ziemi, na której tyle jeszcze polskich spocznie
kości. A krzyż ten jest prostu, bez pasyjki nawet, jako że tu
niczego kupić nie można.
Biedny, jak ten naród polski, co po świecie
poniewierać się musi, szukając chleba. I odbywają się
duszpasterskie odwiedziny po domach. Od szałasu do szałasu, od
chałupy do chałupy idziemy i święcimy tę biedę,
tę ukochaną polską biedę. W cieniu palm, przed
ołtarzykiem domowym, naród przed Bogiem się korzy. Pacierze mówi za
pacierzem, spieczonymi wargami, ze wszystkich sił duszy wierzącej, ze
sercem pełnym ekstazy. A potem śpiewa pieśni Maryjne, wpatrzony
w czerniawą, słodką matczyną twarz Częstochowskiej. Lud tu jest dobry, choć zebrany ze
wszystkich stron Polski, choć ten i ów z indyferentyzmem religijnym
się zetknął. Owe lasy dziewicze i to ciągłe
przestawanie z przyrodą w jej pierwotnej niepokalaności,
wytworzyły jakąś dziwną atmosferę religijną. I
tą atmosferą każdy tu oddycha. Ogarnia ona i innowierców –
rodaków, którzy do chrztu św. przynoszą swe dzieci i o przyjęcie
na łono Kościoła proszą. Na Mszy św. rano zawsze jest
dużo ludzi. A niektórzy z nich mają po parę kilometrów drogi i
to ścieżyną, ciętą w lesie dziewiczym. Ale
przychodzą. Tak samo wieczorem na nabożeństwo
różańcowe. Przychodzą nawet z odległych działek. U
stóp Maryi wylewają swą tęsknotę, swój ludzki ból. Z takim
zapałem śpiewają litanię do Matki Boskiej, jak może
nigdy w kraju. Potem wracają do swych szałasów czy chat z nową
siłą na jutrzejszy dzień. Pod tchnieniem tego ducha religijnego
wyrastają kwiaty prawdziwej miłości chrześcijańskiej.
Zbierają się ludziska w gromady i wspólnie rąbią las.
Jeśli ktoś wskutek różnych chorób tropikalnych zaniemógł,
inni pracują na jego działce. Zachorował ciężko
kolonista Chudniekij – prawosławny. Zgłaszają się
dobrowolnie koloniści Polacy i na noszach niosą go kilkanaście
kilometrów do stacji sanitarnej.
W Orle Białym budują już
kościół. Praca jest tak zorganizowana, że codziennie 8
kolonistów pracuje na zmianę przy świątyni. Prócz pracy nie
szczędzą i grosza na ten cel. Da Bóg, niedługo przybytek
Boży pod wezwaniem Królowej Korony Polskiej już będzie
wykończony. Tak w cieniu
mahoniowego krzyża rozbrzmiewa chwała Pańska, a nakazy
Ukrzyżowanego gorliwie spełnia polski lud.
Dusze na pustkowiu
Duszpasterstwo moje obejmuje również kabokli,
półdzikich synów odwiecznej puszczy. Jest nich spora liczba w Orle
Białym. Blisko domów administracji kolonii powstało całkiem nowe
osiedle, przez nich założone. Cheć zarobku na różnych
posługach w administracji ściągnęła ich w te tereny.
Poza tym mieszka sporo kabokli nad rzekami, w żyznych dolinach i
wąwozach. Wszyscy oni egzotyczni parafianie są katolikami, bo
przyjęli Chrzest św. w katolickim kościele. Taka jest dawna
tradycja. Może być do kościoła 200 km drogi i więcej,
kaboklo siada na konia i wiezie do chrztu swoje dziecię. Chodzi mu
głównie o zdobycie nowych „compadres”
– kumów, którzy mocą tego aktu wchodzą do rodziny i przez to
wielką odgrywają rolę. W Orle Białym dużo odbyło
się takich chrztów kaboklowych. Imiona zazwyczaj dają dosyć
dziwne: Heitor, Aristides, Thiotoin, Mustinga. Zdarzają się i
dziwaczne jak Berberura, a nawet Kyrieleison. Tak samo nazwiska mają
długie, nieraz nawet po kilka nazwisk, na ogół bardzo religijnych,
jak José Maria de Conceiçăo Jesus dos Santos. Jeśli chodzi jakiekolwiek
wiadomości religijne, to nie posiadają żadnych. Wiedzą
tylko, że jest Pan Bóg czy Pan Jezus i Matka Boska. Poza tym nic
więcej, ani że mają duszę nieśmiertelną, ani
że istnieje życie pozagrobowe. Wyjątkowo umieją
Zdrowaś Mario. Na nabożeństwa przychodzą z ciekawości.
Podoba im się śpiew kościelny. Podobają im się
ceremonie a szczególnie obrzędy Mszy św. Zachowują się
przyzwoicie, klękają wespół z naszymi. Słuchają pilnie
i z zaciekawieniem nauki, wygłoszonej do nich zaraz po kazaniu polskim.
Do spowiedzi św. na razie jeszcze nie
przystępują, bo nie są jeszcze przygotowani. Raz tylko jeden się odważył ku
zdumieniu swych towarzyszy. Przyklęknął. - Bom dia – dzień dobry, - como
vai padre? – Jak się ksiądz miewa – tak rozpoczął.
Każę mu się przeżegnać. - Padre – tłumaczy mi –
ja się nie umiem żegnać, lecz mój przyjaciel potrafi. I ledwom
się zreflektował, on już odbiegł od konfesjonału, by
przyprowadzić owego „amigo”.
Obaj teraz klękają i przyjaciel czyni znak krzyża św.
Wszystko w najlepszej intencji. I grzechów, oczywiście, nie mieli
żadnych, bo dotychczas o grzechu nie słyszeli.
Jeśli chodzi o sakrament małżeństwa,
to niektórzy tylko go przyjęli. Reszta żyje na wiarę. Trudno im
wytłumaczyć, że tak żyć nie wolno. Nieraz robią
wielkie oczy, że taki może istnieć przepis. Dotychczas bowiem
sądzili, że to tylko dla parady i dla oddania większego
splendoru odbywa się ślub w kościele. Odtąd coraz częściej do
Orła Białego zjeżdżają się pary, które chcą
ślubować w naszej kaplicy. Jeno, że „delegacja” stanowi
trudność nie lada. Trzeba więc spisywać nazwiska i
posyłać osobnego gońca do proboszcza do Colatina, któremu tereny
te na razie jeszcze podlegają. Bagatela – 220 km na piechotę. Goniec
wraca, przynosi „delegację”. Lecz cóż, kiedy proboszcz nazwiska
poprzekręcał. Annę, dopisał do Jóżefa zamiast do Jana.
Wątpliwość więc nie lada i nieraz goniec na nowo pedzi,
pokutując za proboszczowe niedopatrzenie. Ostatnio nawet dwie Polski
wyszły za kabokli. Perswadowałem, odradzałem. Cóż, kiedy
temperament i uroda owych leśnych donżuanów podbiły ich serca.
Zresztą jeden z konkurentów powiedział mi w oczy, że mię
zastrzeli, jeśli będę się sprzeciwiał. Byłby to
niewątpliwie uczynił, bo na słowie kabokla można
polegać jak na Zawiszy. Mnie zaś zależało na tym, by raz
jeszcze ujrzeć Poznań ukochany. Zrezygnowałem więc z
niefortunnego męczeństwa i
ustąpiłem.
Do chorych księdza nie wołają. I są
ogromnie zdziwieni, jeśli bez wołania się idzie. Wystraszeni
pytają, ile to kosztuje. Niektórzy z nich jednak mają przekonanie
zabobonne, że skoro ksiądz namaścił chorego, chory
umrzeć musi w ciągu 6 godzin. Mówili więc, że mię zawezwą,
skoro ktoś nie będzie mógł umrzeć. Mimo to przypisują olejom
świętym siłę leczniczą. Pewnej nocy jakieś
indywiduum wchodzi do mego mieszkania i budzi mnie ze snu. Drzwi i okna są
dzień i noc otwarte, jako że dla srogich upałów inaczej
usnąć nie można. – Otwieram oczy przerażony. Przede
mną kaboklo w wyszarzałej palli z nożem i wielkim pistoletem za
pasem. Kiedy ochłonąłem, on dobrotliwie klepie mnie po ramieniu
i prosi, żebym dał choć odrobinę oleju św., bo dziecko
zachorowało mu ciężko. Często przed pełnią
księżyca przyprowadzają krowy, żeby je
poświęcić. Utrzymują, że to dobrze i że
bydlęta nie chorują już nigdy. Mały Tonio przyprowadza
osiołka, już prawie zdychającego, z prośbą, żeby
osiołek żył i to długo, bardzo długo. Krótkie
błogosławieństwo – i wracają do domu zadowoleni i
mówią, że „Padre Ignacio”
jest kaboklom życzliwy. Kabokle coraz częściej mnie
odwiedzają. Niektórzy po raz pierwszy w życiu widzą
księdza, chcą więc go zobaczyć.
Przyjeżdża pewnego razu Pereira da Silva w
asyście swej czarnej małżonki z fajką w ustach. - Padre, -
odzywa się dobrotliwie, klepiąc mnie po ramieniu – ty musisz
jechać ze mną i wypędzić u mnie mrówki, które mi
niszczą zbiory. Pojechałem. Wodą święconą
skropiłem obficie zasiewy, dobytek, a potem wszyscy siedli w kucki przy
wielkich kopcach „sauwy” – mrówki
brazylijskiej. Ja zaś ukląkłem, błagając Boga o
odwrócenie klęski. I zdaje się, że stał się cud, bo
pięć dni później przygalopował Pereira da Silva z
oznajmieniem, że mrówki zniknęły. Wieść o tym
rozniosła się w mig po okolicy. Już na drugi dzień
przychodzi jakiś obywatel o czekoladowej cerze i rozpoczyna
indagację: - Vocę é padre de
formigas – to ty jesteś tym księdzem od mrówek? Zabieraj się
i jedź ze mną, bo i u mnie są mrówki! A potem ze wszystkich
stron nadciągały delegacje kabokli z tą samą
prośbą. Czy wszystkim modlitwy te i błogosławieństwa
pomogły, nie wiem, bo za parę dni opuszczałem kolonię. Przychodzi roześmiany Faustinho z
białą chusteczką na głowie i z harmoniką w reku w
towarzystwie swego przyjaciela. Jest to delegacja z Vila Verde, maleńkiego
osiedla, oddalonego od nas o jakieś 70 kilometrów. - Padre, jedź z nami i pokrop święconą wodą
takich małych ludzi, co się lubią jak te leśne synogarlice
i zrób im takie wesele, jak to Polacy mają. Innym razem przychodzi Miranda z synkiem,
prosząc mnie do osady Corrego Salvador. Kawał to drogi,
kilkanaście godzin na mule, zanim dojeżdżamy do jego
chałupy. A chałupa ta sklecona z pniaków i liściem palmowym
pokryta. Tam też mój przyjaciel
przygotował mi legowisko. Cztery kołki w ziemię wbite,
połączone między sobą lianami, na tym trochę trawy leśnej i
łoże gotowe. Poszliśmy
późno spać, bo trzeba było dużo opowiadać, by
zadowolić ciekawość owych synów wiekuistej puszczy. A potem nie
wiedziałem jak się położyć, bo gromada ciekawskich
przez wielkie szpary w ścianie obserwowała, jak klękam, jak
się modlę. Ponieważ rozebrać się nie wypadało,
więc położyłem się tak, jak stałem i
zasnąłem snem sprawiedliwych. Nazajutrz budzę się rano, bo
ktoś mnie chwyta za wielki palec u nogi, a potem ucieka spiesznie. Jest to
siedmioletnia Rili, córeczka mego gospodarza, która chciała się tylko
przekonać, czy ksiądz ma palce u nogi jak inni ludzie, boć w
życiu księdza nie widziała.
Około południa odprawiam pod chałupą uroczyste
nabożeństwo, chrzczę wszystkie dzieciaki Mirandy,
błogosławię małżeństwo córki jego Miny z Murzynem
Gonçalvesem. Potem święcę krzyż, który Miranda
postawił na wzór Polaków w Orle Białym. Nie mając pasyjki,
umieścił na krzyżu koguta, wyciętego z deski. I tak jeździłem
wskroś te lasy dziewicze do kabokli, od osady do osady w gromadzie. I
przywykłem do wojowniczych fakonów i długich pistoletów moich
kompanów. I nie dziwiłem się już więcej ubraniu i tym
ostrogom ogromnym, nałożonym na bose pięty. I sypialiśmy
pod jednym szałasem. Jadaliśmy z jednej misy fasolę i mięso
suszone. Razem też śpiewaliśmy smętne kansony przy ognisku
w jasne księżycowe wieczory. I
mówiłem im dużo o Bogu, co jest stwórcą i Panem lasów i puszczy.
I uczyłem ich świętych pacierzy. A oni zawierali przymierza
małżeńskie i dzieci prowadzili małe i dorosłe, aby
woda chrzcielna ich głowy zmyła w świętym sakramencie
żywota. Tak się szerzyło
Boże Królowanie w dzikiej puszczy. Tak odżywały zapomniane dusze
na pustkowiu.
Wielka zawierucha
Kończyły się dni pobytu mego w Orle
Białym, kończyły się objazdy duszpasterskie wśród
dziewiczych lasów, na północ od Słodkiej Rzeki. Życie religijne
było jako tako zorganizowane, fundament pod przyszłe polskie parafie
położony. Były cudowne dni wiosenne. Rzeki, lasy, góry – wszystko
pachniało wiosną. Drzewa sapukaje, olbrzymy, pokryły się
młodymi liśćmi, czerwonymi jak rubiny. Zakwitły ipę,
peroby, graumy. Śnieżnobiałe kielichy kwiatów
sąsiadowały z kwieciem karmazynowym, fioletowym i
jaskrawożółtym. Kwiaty storczyki i orchidee, pokrywające
wszelkie rozwidlenia i garby drzew, gdziekolwiek się zbiera choć
odrobina wilgoci. W podzwrotnikowym słońcu mieniły się
zwoje filodendronów, które na dół spadają jednym szeregiem na
podobieństwo zasłon japońskich. Wspaniałe „arary” – papugi
o piórach, przypominających wszystkie kolory tęczy, tukany,
podsrokosze, kowale, maciupuchne koliberki – cała ta rzesza ptasia
śpiewała, rajcowała, cieszyła się wiosną. Po
działkach i koloniach zieleniły się pólka czarnej fasoli,
ryżu i kukurydzy. Bujnie wyrastały młode gaje pomarańczy i
kawy. Kury i kaczki prowadzały swe młode. Kolonista odpoczywał
po ciężkiej i mozolnej robocie, a oko jego radowało się,
gdy patrzał na te owoce swej pracy i pomocy Bożej.
Wtem jakiś jeździec przywiózł
wiadomość o wielkiej rewolucji w Brazylii. Niektóre stany,
pokrzywdzone podczas ostatnich wyborów prezydenta, zbuntowały się
przeciw rządowi centralnemu. Cały kraj ogarnęła krwawa
zawierucha. Uzbrojone oddziały
ochotników i wojska sąsiedniego stanu Minas zaczęły
wkraczać na terytorium naszego stanu Espírito Santo. Niektóre zaś
oddziały rewolucjonistów zdołały się nawet przedrzeć
przez front wojsk rządowych i posuwały się ścieżkami
leśnymi w stronę stolicy. Lada dzień musiały
przechodzić przez kolonie polskie.
Zrobił się popłoch. Tym więcej, że kabokle
opuszczali swe chaty, chowając się wraz z rodzinami i dobytkiem w
nieprzebytym gąszczu lasu dziewiczego.
Kobiety zaczęły płakać i lamentować. Ale i
chłopów wziął strach, jako że takiej zawieruchy nigdy
jeszcze nie przeżywali. Tego samego dnia przygalopował jakiś
podenerwowany osobnik. Przedstawiwszy się p. dr Biernackiemu, tymczasowemu
administratorowi kolonii, zażądał natychmiastowego wydania
wszelkiej broni, znajdującej się w posiadaniu kolonistów, oraz
oddziału polskich ochotników. Nie pomagały perswazje, że broni
wydać nie można, bo koloniście w lesie broń jest
każdej chwili potrzebna. Że Polacy jako „estrangeiros” – cudzoziemcy,
do wewnętrznych walk politycznych mieszać się nie mogą.
Wszystko daremnie. Jegomość ten, oficer rezerwy, groził
rewolwerem i nocnym napadem na kolonię.
W końcu jednak odezwała się w nim struna rycerska, tak
charakterystyczna u każdego Brazylijczyka. Zrezygnował nagle z
pretensji. Na odchodnym prosił mnie tylko o modlitwę dla sprawy
rządowej. Potem na czele swego oddziału pocwałował w las.
Bogu dzięki, oddziały rewolucjonistów ominęły naszą
kolonię. Posuwały się z błyskawiczną
szybkością naprzód, staczając niedaleko nas kilka większych
walk, jak np. pod Baixo Guandu, kędy obficie lała się bratnia
krew.
Mogłem więc spokojnie wyjechać na dalszy
objazd kolonii polskich w stanie Espírito Santo. Jadę w towarzystwie p. dr Biernackiego,
który chce mi towarzyszyć do Colatiny. Leje jak z cebra. Toteż
muły nasze ostrożnie stąpają po rozmokłej glinie. Robi
się ciemno, a my jeszcze w drodze. Na szczęście liczne
świetliki, fosforyzujące zielonkawymi światełkami,
oświetlają nam drogę. Wreszcie przyjeżdżamy do kolonii
Monte Claro – Jasnej Góry. Tak bowiem nazwali koloniści to nowe osiedle na
cześć Częstochowskiej. Woda potokiem spływa z ubrań i
mułów. Owe 26 km przebyliśmy w 5 godzin. Na drugi dzień nabożeństwo.
Bolesław Ruszczycki ze Stanisławowa, student weterynarii i harcmistrz
a obecnie kolonista-konkwistator, zbudował maleńką kapliczkę
z drzewa kolorowego. Tam się odprawiły obrzędy
święte. Jest cudowny poranek.
Oślepiające słońce wysusza ścieżki i roztopy.
Zewsząd idą nasi. Idą z dalekich pikadonów z pieśnią pobożną na ustach. Przystępują gromadnie do
świętych sakramentów. Ponieważ nie ma krzesła, słucham
spowiedzi św. siedząc na pniaku palmowym. Potem poświecenie wody
z rzeki Pankasu i z braku kropidła pokropienie kwieciem palmy butii.
Następnie Msza św. Lud zwarł się dookoła
ołtarzyka niby ten zagon pszeniczny w kraju i na kolana się
rzucił przed majestatem Bożym. Pieśni Maryjne
płynęły z ust rozmodlonych jedna za drugą.
Płynęły w wiośniany czar, w rozsłonecznione niebo i
szły do niebios bram. Po Mszy
św. i kazaniu krótka pogawędka z kolonistami jasnogórskimi. Potem
jeszcze polski koncert gramofonowy i dalej w drogę.
Do Colatiny mamy stąd 80 km. Popędzamy więc
długouche nasze wierzchowce, nie zatrzymując się nigdzie po
drodze. Wieczorem docieramy do Aldeamento dos Indios. Jesteśmy straszni
zmęczeni. Mimo nocy kąpiemy się w ciepłych falach rzeki
Pankasu, a poleciwszy się opiece Najświętszej Panienki Jasnogórskiej,
zasypiamy snem sprawiedliwych. Rychłym rankiem ruszamy dalej. Po drodze
spotykamy oddział rewolucjonistów. Śpiewają i machają
czerwonymi chusteczkami. Oznajmiają nam, że rewolucja
zwyciężyła. - O presidente
esta preso – prezydent uwięziony, wołają jeden przez
drugiego. Docieramy wreszcie do Słodkiej Rzeki i nad nią
położonego miasteczka Colatina. Lokujemy się w hotelu „Globo”.
Pod naszymi oknami odbywa się główny ruch. Tedy wszyscy ludzie
przechodzą, „tropy” i pociągi. To główna uliczka i tor kolejowy
zarazem. W hoteliku zakwaterowało się kilkunastu rewolucjonistów.
Główną ich oznaką jest byle jaki czerwony fatałaszek.
Czerwona chusteczka na szyi lub strzępki czerwone, przymocowane do munduru
lub żakietu. Gdy zobaczyli księdza, od razu zaczęli się popisywać
swoją katolickością. Dosłownie każdy
wyciągał z kieszeni różaniec, to krucyfiks i po parę
medalików. - Ojcze, musimy zwyciężyć, bo z nami była Matka
Boska. Wieczorem tuż pod oknem rozlegały się strzały. To
tak sobie strzelali żołnierze na wiwat. A potem śpiewali
piosenki żołnierskie przy akompaniamencie gitary. Tropikalny księżyc zalewał
światłem miasteczko i Słodką Rzekę i daleką
okolicę. Chór potężny, złożony z miliona głosów
owadzich, ptasich i żabich, rozpoczynał coraz to inną
serenadę. W blasku księżyca roślinność
przybrała fantastyczne kształty. Wydawało się, jakoby
niewidzialna ręka pokryła wszystko przędzą migocącego
srebra. Powietrze napełniała odurzająca woń kwitnących
sapukai i jaśminów. Potem milkliwość wzięła wszystko w
swe ramiona. Jeno palmy szumiały samotne i te szuwary i takuary nad
brzegami Słodkiej Rzeki.
* Tytuł publikowanego tekstu pochodzi od redaktora
„Projeçőes”. Tekst jest fragmentem książki ks. Ignacego Posadzego
„Drogą pielgrzymów. Wrażenia z objazdu osad polskich w
Południowej Ameryce w latach 1929 oraz 1930-1931, wydanie V, Poznań:
Towarzystwo Chrystusowe dla Polonii Zagranicznej, 1985, s. 47-68.