POCZĄTKI KOLONIACJI POLSKIEJ W ORLE BIAŁYM - ES

W OPISIE KS. IGNACEGO POSADZEGO *

 

Do najmłodszej kolonii

 

Z Colatina jadę do nowych kolonii polskich w Águia Branca, co znaczy Orzeł Biały. Objazd kolonii polskich w Espírito Santo rozpoczynam od „Orła Białego”, ponieważ nigdy jeszcze nie było tam księdza. Águia Branca, to najmłodsza kolonia polska w Brazylii. Powstała dzięki staraniom Towarzystwa Kolonizacyjnego w Warszawie. Towarzystwo to jest instytucją założoną w celu czynnego wykonywania prac kolonizacyjnych na terenach, uznanych za odpowiednie przez polskie władze w Warszawie. Z ramienia tegoż towarzystwa bawił w Brazylii w r. 1927 zasłużony jego prezes p. Gliczyński w celu zbadania warunków kolonizacji. Przeważało zdanie, że wychodźstwo polskie należy skierować głównie do czterech południowych stanów Brazylii, tj. do Rio Grande do Sul, Santa Catarina, Paraná i Săo Paulo. W stanach tych bowiem Polakowi najłatwiej dostosować się do warunków klimatycznych. Stany te jednak zaczęły stawiać bardzo niedogodne warunki i do porozumienia nie doszło. Dlatego też p. Gliczyński udaje się do Espírito Santo i Minas Gerais i rozpoczyna pertraktacje. Szczególnie przychylnie traktują propozycje prezesa towarzystwa władze stanowe Espírito Santo, gdyż zależy im na zaludnieniu pustych terenów. Znają przy tym Polaków jako dobrych kolonizatorów. Mieszka tam bowiem sporo Polaków z dawniejszej jeszcze emigracji.

 

W październiku 1923 r. obie strony podpisują umowę. Rząd espiritosanteński oddaje Towarzystwu 50 000 hektarów dziewiczego lasu na północ od Rio Doce – Słodkiej Rzeki, z prawem osadzenia 1 800 rodzin rolniczych w ciągu 8 lat. Umowę tę ratyfikuje Ministerstwo Pracy i Opieki Społecznej w Warszawie, w dniu 25 lutego 1929 r. Pierwszy transport przybył tu przed rokiem. Koloniści poszli w głąb lasów i osiedli nad rzekami Pancas, Săo José, Rio Claro. Pierwszą osadę nazwali „Orłem Białym”, jako że swój twardy znój rozpoczęli pod znakiem Białego Orła. Następowały dalsze transporty. Zjeżdżał tu chłop polski spod Wilna, Łomży, Lublina, Stanisławowa. Może tam w kraju nie starczyło chleba, a może i szczęścia popróbować chciał za Oceanem. I jest tu dziś razem około 100 rodzin polskich i ruskich.

 

Z zaciekawieniem jadę więc w te strony. Towarzyszy mi p. dr Biernacki, lekarz kolonii. Przejeżdżamy przez Słodką Rzekę. Rzeka ta ma około 500 m szerokości. Prowadzi przez nią nowy most żelazobetonowy. Zdaje się, że nie jest on jeszcze wykończony. Są tam bowiem tylko luźne deski, a poręczy nie ma żadnych. Aż w głowie się kręci, gdy patrzy się z mostu na rwący prąd rzeki. Trzeba mieć spokój iście brazylijskie, aby uniknąć katastrofy. Niedawno spadła z tego mostu jakaś kobieta. Chciała wyminąć samochód, posunęła się za bardzo na brzeg – i stało się nieszczęście. Przedtem jeszcze wpadł do wody pewien jeździec wraz z koniem. Wjeżdżamy w dziewiczy las. Przy drodze raz po raz spotykamy maleńkie osady. Mieszkańcy ich rąbią wysokopienne drzewa. Inni palą wyschnięte już poręby. Potem chodzą pomiędzy spalonymi pniami i wprost w popiół rzucają ziarna kukurydzy i ryżu. Przyjdzie deszcz i poręba w mig się zazieleni. A potem żniwo będzie, jakiego świat nie widział. Ziemia rozpoczęta, a popiół na niej to wartościowe potasy. Pod wieczór docieramy do  Aldeamento dos Indios. Jest to rezerwat Indian.  Rząd brazylijski wyznaczył tu dwa tysiące hektarów dla resztek silnego kiedyś szczepu Ay Mores.  Są to już naprawdę resztki: 12 mężczyzn, 7 kobiet i 8 dzieci. Jeszcze przed 15 laty było ich tutaj około pięciu tysięcy. Epidemia grypy wyniszczyła ich prawie doszczętnie. Chciano ich leczyć. Odmówili. Chciano odseparować chorych. Powstał bunt. Ponadto, lekceważąc chorobę, w gorączce szukali ochłody w zimnych potokach górskich. Dni ich są policzone. Ci, co pozostali, nad życie lubią „cachasa” – wódkę, pędzoną z trzciny cukrowej. A w piciu nie znają miary. Na próżno im perswadować. Nie pomagają też najlepsze chęci rządu. Z funduszów państwowych utrzymuje się dla nich nauczyciela, daje się im żywność, ubranie, mieszkanie. I wszystko na próżno. Rozmawiam z nimi. Mówią nieco po portugalsku. Od razu dopytują się, czy nie mam dla nich podarunków. Daję każdemu z ich medalik z Matką Boską Częstochowską. Oglądają z podziwem, po czym zawieszają go sobie na cienkich łykach liany u prawej ręki. Za fotografię muszę osobno zapłacić. Jak na komendę bowiem wołają: Grin, grin – pieniądze! Prężą się, strzepują, stroją miny. Nocujemy w domu ich „ułaskawiacza” p. Luiz Alvez Vianna. Jest to urzędnik brazylijski, którego pieczy powierzeni są Indianie. Ma on osobną izbę z trzema łóżkami dla  przejezdnych. Spotykamy niemieckiego mineraloga p. Richarda Schallera, który tu poszukuje cennych kruszców. Opowiada, że wczoraj był na pobliskiej Górze Śmierci. Prowadzili go tam dwaj Indianie. Po drodze mówili mu dużo o górze. W nocy błądzi tam jakaś czarna postać, a w twarzy jej żywy ogień płonie. To dusza ich wodza Niingakole, który po śmierci nie może zaznać spokoju. Niingakole pokochał Bingre, córkę wodza szczepu sąsiedniego. Zasądzili go więc na śmierć i ze szczytu Góry Śmierci strącili w przepaść. P. Schaller przebąkiwał coś niecoś, że blisko szczytu znalazł żyły srebra.

 

Rano dosiadamy mułów i w drogę. Wąska tędy prowadzi ścieżyna leśna. Wyrąbano ją fojsą czy fakonem w gąszczu i plątaninie lian, drzew i trzciny takuary. Trzcina ta, wijąc się po drzewach, tworzy fantastyczne girlandy. Ponad gąszczem wznoszą się rozmaite gatunki drzew. Wiecznie zielone, najwspanialsze na świecie skupienia roślinności. Drzewa Ipé właśnie kwitną. Mają całe pęki fioletowego kwiecia. Dziwny to las. Szumi tylko  w czasie burzy. Czuć go terpentyną i kamforą, to znowu jak gdyby konwalią. Zapach ten wydają niektóre nieznane mi liany. Dokoła nas krążą dziwaczne ptaki. Wielkie motyle o skrzydłach szerokich jak ludzka dłoń, mienią się i połyskują w słońcu. Papugi „arary” z wrzaskiem przelatują nad nami. W konarach drzew smutnie zawodzą małpy – wyjce. Jedziemy stępa, gwizdując wesoło. Na przedzie troper Alfredo, za nim ja, a w końcu p. dr Biernacki. Nagle Alfredo błyskawicznie wstrzymuje muła i krzyczy: - „Para” – stój! Stajemy. Alfredo zeskakuje na ziemię. W jednej sekundzie ostrym fakonem odcina długą gałąź żikityby, a potem całą siłą wali w jakieś szarawe miejsce przy ścieżce. Teraz dopiero poznajemy niebezpieczeństwo. Oto dwumetrowa blisko żararaka, jedna z najjadowitszych żmij brazylijskich, usadowiła się obok ścieżki, czyhając na zdobycz. Uderzenie było silne. Żmija miała grzbiet złamany. Alfredo zbliżył się do swej ofiary i wbił jej półmetrowy fakon w zatrutą paszczę. Zeszliśmy z mułów. Doktor wyciągnął scyzoryk. Naciął skórę poniżej szyki gada, który wił się jeszcze w śmiertelnych podrygach. Potem ściągnął skórę z taką wprawą i łatwością, jak gdyby rękawiczkę. Zawinął ją w szerokie liście drzewa mlecznego i schował do torby. W ciągu trzech minut niebezpieczeństwo minęło i łup był gotowy. Po pięciu godzinach spotykamy pierwsze osady naszych kolonistów. To forpoczty owej dzielnej gromady, co przybyła na podbój odwiecznego boju.

 

… „I było co patrzeć na te batalie,

Na Wyrwidęby te i Waligóry!

Prężą się karki, wzdymają się szyje.

Żył widać bicie wśród spalonej skóry,

Aż świśnie topór, huknie, jak grom bije…

Kwietnych plątańców pękają wnet sznury.

Małpy skaczą z dzikim wrzaskiem.

Z gwiazd ptactwo leci, siejąc piór blaskiem.”

 

 

Forpoczty w odwiecznym borze

 

W Orle Białym chłop polski daje świadectwo swych zdolności kolonizatorskich. Bez lęku poszedł w bór dziewiczy jako conquistador – zwycięzca i tam, gdzie niegdyś grasował dziki Indianin, kędy pomruk jaguarów straszył przybysza, on osiadł na stałe. Coraz dalej wrębuje się w las tropikalny. Od rana do wieczora grzmią topory i siekiery. Poświstują fojsy i fakony. Na szerokich porębach wzdłuż rzek Rio Pancas, Rio Claro, Rio Săo José błyskają chciwe jego oczy.

 

„Z okrutną w puszczę lud rzucił się mocą

Ciąć one bory, stojące z prawieka.

Tylko te serca, te ręce dygocą,

Tylko ta dusza w siekierę ucieka.

Huczą topory dniem i huczą nocą…

Nie patrzy słońca i świtu nie czeka

Ta przesilona praca, co się zdało,

W pień do korzenia puszcz zwali tę całą…”

 

I walą się odwieczne cedry, imbuje, żaka randy, mahonie. Nic nie zdoła się oprzeć jego naporowi. I kędy przejdzie jego noga, wyrastają krzewy mandioki, szumią zielone łany trzciny cukrowej i kukurydzy. Ciągle nowe przybywają transporty. Nowoprzybyłych kolonistów umieszcza się w obszernych barakach. Są one schludne i dość obszerne. Podzielone są na trzy sale, z których dwie służą jako sypialnie a jedna jako jadalnia. W tej ostatniej urządziłem na razie kapliczkę, gdzie rano odprawia się Msza św. a wieczorem nabożeństwo. Tu się też zbierają dzieci na naukę. Pobyt w barakach trwa tak długo, dopóki kolonista nie pobuduje sobie domku na własnej działce. Domek ten na początek jest zazwyczaj bardzo skromny. Kilka pniaków palmowych wbitych w ziemię, na nich dach pokryty liśćmi palmy butii. Ławki z drzewa żaka randy, łóżko z plecionych włókien żikityby, rozłożonych na czterech kołkach. Kociołek zawieszony na drucie a pod nim ognisko. Oto i kuchnia samorodna. Później jednak kolonista buduje sobie dom z tartych desek. Na przedzie umieszcza werandę, zakłada ogródek. Domy Konstantego Samsela z Małego Łęcka czy Michała Sanka z kresów lub Bolesława Ruszczyckiego ze Stanisławowa śmiało mogłyby stanąć w jakimś miasteczku i nikt by zapewne się nimi nie gorszył. Zaraz po przybyciu do osiedla kolonista otrzymuje działkę. Wybiera ją sobie sam, zwykle wśród znajomych z kraju lub podróży, aby wzajemnie sobie pomagać. Po urządzonym przydziale działki i wręczeniu prowizorycznego tytułu własności, kolonista otrzymuje plan działki i opis jej granic, sporządzony przez rządowego miernika. Działki wynoszą po 25 hektarów. Większe rodziny otrzymują dwie działki. Jedna działka kosztuje gotówką 3.325 zł, na raty 4.000 zł. Przy kupnie działki na kredyt, należność spłaca się w ciągu 6 lat, przy czym pierwsza rata musi być wpłacona w początkach czwartego roku pobytu na kolonii. Do tych cen dochodzą jeszcze koszta przejazdu. Obecnie cena karty okrętowej dla osoby dorosłej wynosi 950 zł, dla dzieci do 10 lat połowę, a do 5 czwartą część pełnej sumy. W cenie tej opłacony jest przejazd od stacji kolejowej w miejscu zamieszkania w Polsce do portu w Brazylii oraz utrzymanie w drodze i na postojach. Przejazd z portu brazylijskiego do kolonii opłaca rząd tutejszy. Do czasu pierwszych zbiorów z własnej działki, Towarzystwo Kolonizacyjne zabezpiecza rodzinie wyżywienie. Dostarcza jej na kredyt produktów spożywczych i niezbędnych artykułów gospodarczych.  Nad zdrowiem naszych pionierów czuwa tu p. dr Biernacki z Lublina. Młody to jeszcze, ale dzielny bardzo lekarz. Wolne chwile spędza przy mikroskopie, badając zarazki chorób tropikalnych. Chwil tych jednak ma niedużo. Z dalekich bowiem stron – nieraz 100, 150 km – zjeżdżają się „caboclos” – ludzie leśni, prosząc go o poradę. Upały nie są tak dokuczliwe, jakby się wydawało. Obecnie temperatura dochodzi do 32o C w południe. Będzie jeszcze trochę cieplej, zwłaszcza w grudniu i styczniu. Mówią jednak, że w ubiegłym roku i w tym czasie nigdy nie było powyżej 38o C.  Obecnie po działkach odbywają się zasiewy, oczywiście w sposób bardzo prymitywny. Chodzi się pomiędzy spalonymi pniami i rzuca wprost w popiół ziarna ryżu, kukurydzy czy „fiżonu” czyli czarnej fasoli. Z sadzeniem trzciny cukrowej, mandioki, drzewek kawowych, bananów i pomarańczy postępuje się w sposób podobny. Ciężka praca już minęła. Było to niszczenie lasu pod uprawę. „Deribada” – cięcie lasu kosztowało naszych dużo potu i wysiłku. Mimo to niektórzy wyrąbali trzy do pięciu hektarów. Po deribadzie nastąpił odpoczynek, czekali, aż gałęzie, krzewy i pniaki nie uschną. Potem puścili ogień. Paliło się przez dni kilka. Ogromne chmury dymu buchnęły w przestworza. Zwierz dziki uciekał w głąb lasów. A co nie uszło, zginęło w płomieniach lub udusiło się w dymie. Paliło się wszystko dokoła. Paliły się drzewa, co u nas idą na wagę złota. Z drzew żelaznych czy mahoniowych zostały tylko osmolone pnie. Ostatni Mohikanie minionej chwały. Żałośnie wyciągają spalone konary i żalą się do nieba. Trudno. Sentyment ustępuje szarej rzeczywistości. Tu zresztą wszędzie człowiek walczy z przyrodą a ona z nim, mszcząc się na każdym kroku. On jednak zwycięsko wychodzi z tych zapasów. Koloniści czują się tu rozmaicie. Najwięcej trawi ich tęsknota. Tęsknią za tymi, co pozostali w kraju. Wiedzą, w którym kierunku leży Polska. Myśli swe więc, niby sokoły, wysyłają w te strony. Największą ich pociechą jest polska pieśń. Śpiewają w domu. Przy ognisku zbierają się społem na pogawędkę i wspólną pieśń. A pieśń ta polska płynie w roziskrzony otok nieba, tam kędy krzyż gwiezdny błyszczy na południowej stronie. A kiedy zamilkną znużeni, las za nich śpiewa. Rozbrzmiewa przedśmiertną skargą lub głosami tęsknoty. Przeciągłe, grobowe wycie „graszainów” przerywa gniewne porykiwanie pumy. A wtóruje im wrzask olbrzymich puchaczy, co trzepocząc tajemniczo skrzydłami, zawodzą żałośnie. Po czym i las ucisza się. Nastaje głuche milczenie. Tak oto w Orle Białym polskie forpoczty pędzą swe dni.

 

 

Pod mahoniowym krzyżem

 

Żył tu naród dosyć szczęśliwie w tej odwiecznej kniei. Lecz do tej pełni szczęścia brakowało mu Zastępcy Bożego, co by ich słowem polskim cieszył i modlitwą. Dopraszać się zaczęli i orędować. Przyjechał więc do nich polski ksiądz. Z radością go witali i ze łzą w oku, jako że z kraju świeżo przybył i pozdrowienie im wiózł z ojczystych stron. Na pierwsze uradzili postawić krzyż Chrystusowy, tam na wzgórzu, nad Jasną Rzeką. A drzewo być miało co najprzedniejsze, by wieki trwało, a zawsze świadczyło o pobożności ducha polskiego na obcej ziemi.  Ścięli więc mahoń, co tam w ciemnym borze rósł opodal. Krzyż z niego Pański ciosali z własnej woli: Faustyn Nietupski z Zalewskiej parafii, Nasiadła Stanisław, obaj Ptakowie, Jan i Paweł z gminy Załoskiej i Paweł Jaceńczuk spod Lwowa. I odbyło się uroczyste poświęcenie. Jest cudowny poranek niedzielny. Puszcza i las śpiewają poranny hymn na cześć Stwórcy. Rzesza ptasia zgiełkowym klangorem wyśpiewuje „Kiedy ranne”. Gromady zielonych papużek wtórują tukanom, kowalom i podsrokoszom. Ogromne motyle mienią się wszystkimi kolorami tęczy. Ze ścieżyn leśnych i pikadonów dochodzą słowa pieśni pobożnej. Idą pierwsi znad Jasnej Rzeki. Idą Szablanki, Sokołowscy, Kanie i Ptaki. Wszystek lud dobry, a silny i żylasty, nieby te pnie cedrowe. Przewodzi im Samsel Konstanty, chłop roztropny i wielce w siebie dufający. Idą znad Pankasu Piekarscy, Karabiny, Sokołowicze, tęgi Piastowski ród. Znak rzeki św. Józefa nadchodzą Ignatowscy, Grzeluki, Siury i Smorągi, i wielu innych. Gromadzą się na dziedzińcu przed domem administracji. Nasamprzód poświęcam trzy wiadra wody, z Jasnej Rzeki przyniesione.

  Po czym kropie lud, co zwarł się wkoło, niby ten zagon w kraju, szumiący zbożem rozmaitym. Każdy kaja się przed majestatem Bożym i w piersi się uderza i półgłosem szepcze:

                          „Przez to święte pokropienie,

                          Boże, odpuść me zgrzeszenie!”

W procesji ruszamy teraz pod krzyż. „Kto się w opiekę” śpiewają z rozrzewnieniem, jako że ich opieką jest prawdziwie tylko Bóg. Samsel przoduje głosem, stąpając uroczyście po księżnej prawicy. Zna on się najlepiej na śpiewie i świętych obrzędach, bo w kraju był drugim kościelnym i kalkanistą. I przyszli do krzyża. Ksiądz przykucnął na pniaku imbuii i ją słuchać świętej spowiedzi. Samsel zaintonował Godzinki. Naród się zakołysał i na kolana się rzucił, chwalą Pannę Świętą. Po świętej spowiedzi ustawiono mały ołtarzyk polowy. Dziewczęta jęły znosić liście palmowe i kwiaty ipé, i dzikie orchidee i stroić ołtarzyk i krzyż. Rozpoczynają się obrzędy poświęcenie. Ksiądz modli się długo, raz po raz głośniej odmawia święte słowa łacińskie, to znowu ręce rozkłada i żegna drzewo krzyżowe. Potem idzie wkoło krzyża i z czterech stron go kropi wodą święconą. Żegna się następnie i tłumaczy doniosłość uroczystej tej chwili. - Krzyżu święty, nadziejo nasza jedyna na obcej tej ziemi – tak rozpoczął swe przemówienie. Kobiety pierwsze zaszlochały, ale i chłopom łzy się zakręciły. Mówił, jako ich ojcowie wiernie trzymali się krzyża i w tym znaku zwyciężali: - Ustawiliście ten krzyż mahoniowy – wołał dalej – ale postawcie ten krzyż w sercach waszych! - Czcijcie Ukrzyżowanego i Jego święte przykazania! Wówczas też Pan Jezus pobłogosławi waszej doli tułaczej, waszym familiom, waszemu dobytkowi i pokój wam da i łaskę świętą. I wszystkich jakaś żałość chwyciła za serca, że nikt się już nie mógł powstrzymać od łez, które płynęły niby te wielkie krople brazylijskiego deszczu. Kiedy potem odprawiałem Mszę św. śpiewano „Krzyżu Święty”. A śpiewali z taką mocą, że aż drzewa i palmy się zatrzęsły od tej serdecznej wichury głosów. Nawet ptactwo zamilkło, wsłuchane w ten żywiołowy huragan, co z piersi polskich płynął pod Boży tron. Już dawno przebrzmiało „Ite missa est”, a oni ciągle śpiewali i modlili się pod mahoniowym krzyżem. Albo to pierwsze nabożeństwo, odprawione pod gołym niebem w zagaju palmowym! Naród zwarł się wkoło ołtarzyka i na kolana się rzucił przed majestatem Bożym niby ten łan żywych kłosów, co czasu żniwa się pochyla. Słońce zlewało swe promienie na ten naród u stóp ołtarza się korzący. Wyzłacało ten zagon szarych kubraków i wypłowiałych zapasek. Dwie małpki się spuściły z góry na dolne gałęzie i przypatrywały się tej dziwnej uroczystości. Patrzyły to na nas, to znowu na siebie, a skubiąc się po główkach, medytowały, co by to wszystko miało znaczyć. Zielone papugi, koliberki i inne ptaszyny Boże krążyły nad ołtarzem, jakby cześć chciały złożyć Synaczkowi Bożemu. Po nabożeństwie odbyło się chrztów bez liku. Woda chrzcielna zmywała główki polskich pacholąt, urodzonych w tych dzikich, odwiecznych borach na żywot wieczny.

 

Odbywały się huczne weseliska, po kilkanaście od razu, jako że tu księdza nie było nigdy. Na pierwszy ogień poszedł Bolek od Samsela i Basia Sarańczykówna. Bolek, najstarszy syn Samsela, zgrabny i urodziwy, już od dawna szukał sobie żony. Rozglądał się nad Jasną Rzeką, nad Pankasem. Zachodził do szałasów i chałup. Wreszcie Basia przypadła mu do gustu. Boć to była dziewczyna gospodarna, zdrowa i młodość sama, a przy tym nabożna i starszych szanująca. - Baśka będzie moją, powiedział sobie. Rozmówili się młodzi i na drugi dzień przyszli do mnie. Załatwiliśmy kilka potrzebnych formalności i rozpoczęły się przygotowania do ślubu.  Bolek wybrał się do miasteczka nad Słodką Rzeką po sprawunki. Spory to kawał, bo przeszło 110 kilometrów drogi. Szedł Bolek calutkie trzy dni w jedną stronę i drugie trzy z powrotem. W miasteczku kupował, co się należało. Pierścionki, białą suknię ślubną dla Baśki, sznur białych korali również dla niej, no i – przysmaków trochę i inszych jeszcze drobiazgów na wesele. Nadeszła niedziela. Był rozsłoneczniony dzień październikowy, parny i duszny, jako że w Brazylii wszystko na opak, kiedy u nas jesień to tam wiosna, a kiedy tam lato – to u nas zima. Otóż w ten śliczny, wiosenny dzień jęli się zbierać sąsiedzi i przyjaciele w domu Samselowym. Młodzi naprzeciw gościom wychodzili i pokornie ich witali i zapraszali. A gdy już wszyscy byli zebrani, przyklęknęli oboje przed rodzicami i o błogosławieństwo prosili. Matka ich przeżegnała obrazem świętym i tą wodą święconą ich skropiła, co to im ksiądz poświęcił onegdaj. A potem rozpłakała się na głos. A innych też łzy chwyciły za gardło, ze to taka rzewna odbyła się uroczystość na tym odludziu. Wyszli z domu – wszyscy na piechotę. Bo nikt tam jeszcze konia nie ma ani tego mizernego muła nawet. Na przedzie kroczył uroczyście Murzyn Sebastiăo i grał zawzięcie  harmonice skoczne melodie. Bo i o muzykę trudno, choć to gospodarskie wesele. Gdy wyszli z lasu, ujrzeli z dala krzyż święty, co go z mahoniu ciosali kilkanaście dni temu.  Idąc tedy podle niego, uklękli wszyscy razem i w piersi pokornie się bili, jako że im ksiądz powiedział, że krzyż ten to największa świętość Orła Białego, zanim kościółek tu nie będzie wzniesiony. Z baraku , kędy na razie ustawiono ołtarzyk święty, wychodziła już procesja.  Spieszyli więc goście weselni, żeby do niej się jeszcze dołączyć. Po procesji rozpoczęła się Msza św. Młodzi uklękli na czerwonym obrusie tuż przed wszystkimi. Modlili się żarliwie, żeby Bóg najmiłosierniejszy błogosławieństwo im zesłał obfite i łaskę świętą na tę małżeńską życia drogę. Po Mszy św. i kazaniu ksiądz zaintonował „Veni Creator”. Stary Samsel śpiewał dalej z księżej książeczki, jako że na ceremoniach świętych znał się doskonale. Potem ksiądz przemówił do nowożeńców. Mówił im, żeby wierni byli Bogu i po Bożemu żyli w tym świętym przymierzu małżeńskim. A kiedy wspomniał, że już nigdy nie ujrzą ojczystych stron i że tu na obcej ziemi ten Pan Jezusinek im więcej będzie potrzebny, to co i najtwardszy chłop się rozrzewnił. Reszta obrzędów odbyła się jak w kraju. Jeno że ksiądz kapy nie miał i że kropidła nie było, i że termometr wskazywał 38o C w cieniu. Lud potem szerokim wachlarzem rozpłynął się na placu przed barakiem. Z pistoletów gruchnęły salwy, które głośnym echem o bory się odbiły. W powietrzu drżały śmiechy i wiwaty weselne, co ochoczo z mocnych piersi buchały siarczyście. Orszak weselny wracał nad Jasną Rzekę.  Na progu witała Samselowa młodych sola i chlebem. Po czym Murzyn na harmonice zagrał skocznego i w wesoły puszczono się tan. Gospodarze częstowali się wódką z trzciny cukrowej. Krążyła ogromna butelczyna z rąk do rąk drugą, trzecią i czwartą kolejką. Słabym z głowy się już kurzyło, to się też ściskali i przygadywali sobie serdecznie. A młodzi tancerze wirowali, aż skry się z podkówek krzesały. Hulali, oj hulali zawzięcie i tan wiedli zapamiętały, zawracali, przyklękali, przytupywali i śpiewali:

 

Hej, hej wiara hej,

Ten byle jakie ciele,

Co się weseli niewiele,

Hej wesele, wesele!

 

Samselowa jęła zapraszać do stołu. Państwo młodzi zasiedli pośrodku, reszta zaś podle nich z obu stron, co najprzedniejsi goście znad Jasnej Rzeki. Jedli rosół z papużek zielonych, smaczny i pożywny rosół z kury przypominający, świnkę dziką i ptactwo leśne. W końcu banany opiekane i mamony, owoce tutejsze.

 

Przed nami stoi ciemny bór,

Stoi jak mur, jak mur, jak mur!

Dalej razem z kumem kum –

Topory w garść i rum – i rum!

Zwalili puszczę, wielki trud,

Poradzi nam nasz twardy ród!

 

I tak śpiewali i zabawiali się do rana. A dookoła była cisza. Zwierz dziki, zda się, zaniechał swych łowów, ukryły się gady. Nawet ogromne ćmy nocne zaprzestały swych harców. Aż zdawało się, jakby zamilkła cała przyroda, żeby z zaciekawieniem śledzić – jak wygląda pierwsze polskie wesele w dziewiczym brazylijskim borze…

 

W ciągu tygodnia jęli przygotowywać miejsce pod cmentarz. Rąbali las, palili drzewa. A cmentarz był potrzebny, bo i pod pięknym brazylijskim niebem umierają ludzie. Tak niedawno tu są, a już mogił tyle… Chowali dotychczas zmarłych, gdzie się przydarzyło. Młody Kazimierz Duda spod Wągrowca pochował pierworodnego swego synka tuż obok chałupy, bo tak żona sobie życzyła, iżby blisko miała do grobu swej dzieciny. Inni umarłych chowali na wzgórzu, za nowiną, na skraju lasu. I za tydzień już cmentarz jest gotowy. Poświęcenie odbyło się uroczyste i cmentarza i tego krzyża Chrystusowego, co w środku jego stanął – i tej obcej, brazylijskiej ziemi, na której tyle jeszcze polskich spocznie kości. A krzyż ten jest prostu, bez pasyjki nawet, jako że tu niczego kupić nie można.

 

Biedny, jak ten naród polski, co po świecie poniewierać się musi, szukając chleba. I odbywają się duszpasterskie odwiedziny po domach. Od szałasu do szałasu, od chałupy do chałupy idziemy i święcimy tę biedę, tę ukochaną polską biedę. W cieniu palm, przed ołtarzykiem domowym, naród przed Bogiem się korzy. Pacierze mówi za pacierzem, spieczonymi wargami, ze wszystkich sił duszy wierzącej, ze sercem pełnym ekstazy. A potem śpiewa pieśni Maryjne, wpatrzony w czerniawą, słodką matczyną twarz Częstochowskiej.  Lud tu jest dobry, choć zebrany ze wszystkich stron Polski, choć ten i ów z indyferentyzmem religijnym się zetknął. Owe lasy dziewicze i to ciągłe przestawanie z przyrodą w jej pierwotnej niepokalaności, wytworzyły jakąś dziwną atmosferę religijną. I tą atmosferą każdy tu oddycha. Ogarnia ona i innowierców – rodaków, którzy do chrztu św. przynoszą swe dzieci i o przyjęcie na łono Kościoła proszą. Na Mszy św. rano zawsze jest dużo ludzi. A niektórzy z nich mają po parę kilometrów drogi i to ścieżyną, ciętą w lesie dziewiczym. Ale przychodzą. Tak samo wieczorem na nabożeństwo różańcowe. Przychodzą nawet z odległych działek. U stóp Maryi wylewają swą tęsknotę, swój ludzki ból. Z takim zapałem śpiewają litanię do Matki Boskiej, jak może nigdy w kraju. Potem wracają do swych szałasów czy chat z nową siłą na jutrzejszy dzień. Pod tchnieniem tego ducha religijnego wyrastają kwiaty prawdziwej miłości chrześcijańskiej. Zbierają się ludziska w gromady i wspólnie rąbią las. Jeśli ktoś wskutek różnych chorób tropikalnych zaniemógł, inni pracują na jego działce. Zachorował ciężko kolonista Chudniekij – prawosławny. Zgłaszają się dobrowolnie koloniści Polacy i na noszach niosą go kilkanaście kilometrów do stacji sanitarnej. 

 

W Orle Białym budują już kościół. Praca jest tak zorganizowana, że codziennie 8 kolonistów pracuje na zmianę przy świątyni. Prócz pracy nie szczędzą i grosza na ten cel. Da Bóg, niedługo przybytek Boży pod wezwaniem Królowej Korony Polskiej już będzie wykończony.  Tak w cieniu mahoniowego krzyża rozbrzmiewa chwała Pańska, a nakazy Ukrzyżowanego gorliwie spełnia polski lud.

 

 

Dusze na pustkowiu

 

Duszpasterstwo moje obejmuje również kabokli, półdzikich synów odwiecznej puszczy. Jest nich spora liczba w Orle Białym. Blisko domów administracji kolonii powstało całkiem nowe osiedle, przez nich założone. Cheć zarobku na różnych posługach w administracji ściągnęła ich w te tereny. Poza tym mieszka sporo kabokli nad rzekami, w żyznych dolinach i wąwozach. Wszyscy oni egzotyczni parafianie są katolikami, bo przyjęli Chrzest św. w katolickim kościele. Taka jest dawna tradycja. Może być do kościoła 200 km drogi i więcej, kaboklo siada na konia i wiezie do chrztu swoje dziecię. Chodzi mu głównie o zdobycie nowych „compadres” – kumów, którzy mocą tego aktu wchodzą do rodziny i przez to wielką odgrywają rolę.   W Orle Białym dużo odbyło się takich chrztów kaboklowych. Imiona zazwyczaj dają dosyć dziwne: Heitor, Aristides, Thiotoin, Mustinga. Zdarzają się i dziwaczne jak Berberura, a nawet Kyrieleison. Tak samo nazwiska mają długie, nieraz nawet po kilka nazwisk, na ogół bardzo religijnych, jak José Maria de Conceiçăo Jesus dos Santos. Jeśli chodzi jakiekolwiek wiadomości religijne, to nie posiadają żadnych. Wiedzą tylko, że jest Pan Bóg czy Pan Jezus i Matka Boska. Poza tym nic więcej, ani że mają duszę nieśmiertelną, ani że istnieje życie pozagrobowe. Wyjątkowo umieją Zdrowaś Mario. Na nabożeństwa przychodzą z ciekawości. Podoba im się śpiew kościelny. Podobają im się ceremonie a szczególnie obrzędy Mszy św. Zachowują się przyzwoicie, klękają wespół z naszymi. Słuchają pilnie i z zaciekawieniem nauki, wygłoszonej do nich zaraz po kazaniu polskim.

 

Do spowiedzi św. na razie jeszcze nie przystępują, bo nie są jeszcze przygotowani.  Raz tylko jeden się odważył ku zdumieniu swych towarzyszy. Przyklęknął. - Bom dia – dzień dobry, - como vai padre? – Jak się ksiądz miewa – tak rozpoczął. Każę mu się przeżegnać. - Padre – tłumaczy mi – ja się nie umiem żegnać, lecz mój przyjaciel potrafi. I ledwom się zreflektował, on już odbiegł od konfesjonału, by przyprowadzić owego „amigo”. Obaj teraz klękają i przyjaciel czyni znak krzyża św. Wszystko w najlepszej intencji. I grzechów, oczywiście, nie mieli żadnych, bo dotychczas o grzechu nie słyszeli.

 

Jeśli chodzi o sakrament małżeństwa, to niektórzy tylko go przyjęli. Reszta żyje na wiarę. Trudno im wytłumaczyć, że tak żyć nie wolno. Nieraz robią wielkie oczy, że taki może istnieć przepis. Dotychczas bowiem sądzili, że to tylko dla parady i dla oddania większego splendoru odbywa się ślub w kościele.  Odtąd coraz częściej do Orła Białego zjeżdżają się pary, które chcą ślubować w naszej kaplicy. Jeno, że „delegacja” stanowi trudność nie lada. Trzeba więc spisywać nazwiska i posyłać osobnego gońca do proboszcza do Colatina, któremu tereny te na razie jeszcze podlegają. Bagatela – 220 km na piechotę. Goniec wraca, przynosi „delegację”. Lecz cóż, kiedy proboszcz nazwiska poprzekręcał. Annę, dopisał do Jóżefa zamiast do Jana. Wątpliwość więc nie lada i nieraz goniec na nowo pedzi, pokutując za proboszczowe niedopatrzenie. Ostatnio nawet dwie Polski wyszły za kabokli. Perswadowałem, odradzałem. Cóż, kiedy temperament i uroda owych leśnych donżuanów podbiły ich serca. Zresztą jeden z konkurentów powiedział mi w oczy, że mię zastrzeli, jeśli będę się sprzeciwiał. Byłby to niewątpliwie uczynił, bo na słowie kabokla można polegać jak na Zawiszy. Mnie zaś zależało na tym, by raz jeszcze ujrzeć Poznań ukochany. Zrezygnowałem więc z niefortunnego męczeństwa  i ustąpiłem.

 

Do chorych księdza nie wołają. I są ogromnie zdziwieni, jeśli bez wołania się idzie. Wystraszeni pytają, ile to kosztuje. Niektórzy z nich jednak mają przekonanie zabobonne, że skoro ksiądz namaścił chorego, chory umrzeć musi w ciągu 6 godzin. Mówili więc, że mię zawezwą, skoro ktoś nie będzie mógł umrzeć.  Mimo to przypisują olejom świętym siłę leczniczą. Pewnej nocy jakieś indywiduum wchodzi do mego mieszkania i budzi mnie ze snu. Drzwi i okna są dzień i noc otwarte, jako że dla srogich upałów inaczej usnąć nie można. – Otwieram oczy przerażony. Przede mną kaboklo w wyszarzałej palli z nożem i wielkim pistoletem za pasem. Kiedy ochłonąłem, on dobrotliwie klepie mnie po ramieniu i prosi, żebym dał choć odrobinę oleju św., bo dziecko zachorowało mu ciężko. Często przed pełnią księżyca przyprowadzają krowy, żeby je poświęcić. Utrzymują, że to dobrze i że bydlęta nie chorują już nigdy. Mały Tonio przyprowadza osiołka, już prawie zdychającego, z prośbą, żeby osiołek żył i to długo, bardzo długo. Krótkie błogosławieństwo – i wracają do domu zadowoleni i mówią, że „Padre Ignacio” jest kaboklom życzliwy. Kabokle coraz częściej mnie odwiedzają. Niektórzy po raz pierwszy w życiu widzą księdza, chcą więc go zobaczyć. 

 

Przyjeżdża pewnego razu Pereira da Silva w asyście swej czarnej małżonki z fajką w ustach. - Padre, - odzywa się dobrotliwie, klepiąc mnie po ramieniu – ty musisz jechać ze mną i wypędzić u mnie mrówki, które mi niszczą zbiory. Pojechałem. Wodą święconą skropiłem obficie zasiewy, dobytek, a potem wszyscy siedli w kucki przy wielkich kopcach „sauwy” – mrówki brazylijskiej. Ja zaś ukląkłem, błagając Boga o odwrócenie klęski. I zdaje się, że stał się cud, bo pięć dni później przygalopował Pereira da Silva z oznajmieniem, że mrówki zniknęły. Wieść o tym rozniosła się w mig po okolicy. Już na drugi dzień przychodzi jakiś obywatel o czekoladowej cerze i rozpoczyna indagację: - Vocę é padre de formigas – to ty jesteś tym księdzem od mrówek? Zabieraj się i jedź ze mną, bo i u mnie są mrówki! A potem ze wszystkich stron nadciągały delegacje kabokli z tą samą prośbą. Czy wszystkim modlitwy te i błogosławieństwa pomogły, nie wiem, bo za parę dni opuszczałem kolonię.  Przychodzi roześmiany Faustinho z białą chusteczką na głowie i z harmoniką w reku w towarzystwie swego przyjaciela. Jest to delegacja z Vila Verde, maleńkiego osiedla, oddalonego od nas o jakieś 70 kilometrów. - Padre, jedź z nami i pokrop święconą wodą takich małych ludzi, co się lubią jak te leśne synogarlice i zrób im takie wesele, jak to Polacy mają.  Innym razem przychodzi Miranda z synkiem, prosząc mnie do osady Corrego Salvador. Kawał to drogi, kilkanaście godzin na mule, zanim dojeżdżamy do jego chałupy. A chałupa ta sklecona z pniaków i liściem palmowym pokryta.  Tam też mój przyjaciel przygotował mi legowisko. Cztery kołki w ziemię wbite, połączone między sobą lianami,  na tym trochę trawy leśnej i łoże gotowe.  Poszliśmy późno spać, bo trzeba było dużo opowiadać, by zadowolić ciekawość owych synów wiekuistej puszczy. A potem nie wiedziałem jak się położyć, bo gromada ciekawskich przez wielkie szpary w ścianie obserwowała, jak klękam, jak się modlę. Ponieważ rozebrać się nie wypadało, więc położyłem się tak, jak stałem i zasnąłem snem sprawiedliwych. Nazajutrz budzę się rano, bo ktoś mnie chwyta za wielki palec u nogi, a potem ucieka spiesznie. Jest to siedmioletnia Rili, córeczka mego gospodarza, która chciała się tylko przekonać, czy ksiądz ma palce u nogi jak inni ludzie, boć w życiu księdza nie widziała.  Około południa odprawiam pod chałupą uroczyste nabożeństwo, chrzczę wszystkie dzieciaki Mirandy, błogosławię małżeństwo córki jego Miny z Murzynem Gonçalvesem. Potem święcę krzyż, który Miranda postawił na wzór Polaków w Orle Białym. Nie mając pasyjki, umieścił na krzyżu koguta, wyciętego z deski. I tak jeździłem wskroś te lasy dziewicze do kabokli, od osady do osady w gromadzie. I przywykłem do wojowniczych fakonów i długich pistoletów moich kompanów. I nie dziwiłem się już więcej ubraniu i tym ostrogom ogromnym, nałożonym na bose pięty. I sypialiśmy pod jednym szałasem. Jadaliśmy z jednej misy fasolę i mięso suszone. Razem też śpiewaliśmy smętne kansony przy ognisku w jasne księżycowe wieczory.  I mówiłem im dużo o Bogu, co jest stwórcą i Panem lasów i puszczy. I uczyłem ich świętych pacierzy. A oni zawierali przymierza małżeńskie i dzieci prowadzili małe i dorosłe, aby woda chrzcielna ich głowy zmyła w świętym sakramencie żywota.  Tak się szerzyło Boże Królowanie w dzikiej puszczy. Tak odżywały zapomniane dusze na pustkowiu.

 

 

Wielka zawierucha

 

Kończyły się dni pobytu mego w Orle Białym, kończyły się objazdy duszpasterskie wśród dziewiczych lasów, na północ od Słodkiej Rzeki. Życie religijne było jako tako zorganizowane, fundament pod przyszłe polskie parafie położony. Były cudowne dni wiosenne. Rzeki, lasy, góry – wszystko pachniało wiosną. Drzewa sapukaje, olbrzymy, pokryły się młodymi liśćmi, czerwonymi jak rubiny. Zakwitły ipę, peroby, graumy. Śnieżnobiałe kielichy kwiatów sąsiadowały z kwieciem karmazynowym, fioletowym i jaskrawożółtym. Kwiaty storczyki i orchidee, pokrywające wszelkie rozwidlenia i garby drzew, gdziekolwiek się zbiera choć odrobina wilgoci. W podzwrotnikowym słońcu mieniły się zwoje filodendronów, które na dół spadają jednym szeregiem na podobieństwo zasłon japońskich. Wspaniałe „arary” – papugi o piórach, przypominających wszystkie kolory tęczy, tukany, podsrokosze, kowale, maciupuchne koliberki – cała ta rzesza ptasia śpiewała, rajcowała, cieszyła się wiosną. Po działkach i koloniach zieleniły się pólka czarnej fasoli, ryżu i kukurydzy. Bujnie wyrastały młode gaje pomarańczy i kawy. Kury i kaczki prowadzały swe młode. Kolonista odpoczywał po ciężkiej i mozolnej robocie, a oko jego radowało się, gdy patrzał na te owoce swej pracy i pomocy Bożej. 

 

Wtem jakiś jeździec przywiózł wiadomość o wielkiej rewolucji w Brazylii. Niektóre stany, pokrzywdzone podczas ostatnich wyborów prezydenta, zbuntowały się przeciw rządowi centralnemu. Cały kraj ogarnęła krwawa zawierucha.  Uzbrojone oddziały ochotników i wojska sąsiedniego stanu Minas zaczęły wkraczać na terytorium naszego stanu Espírito Santo. Niektóre zaś oddziały rewolucjonistów zdołały się nawet przedrzeć przez front wojsk rządowych i posuwały się ścieżkami leśnymi w stronę stolicy. Lada dzień musiały przechodzić przez kolonie polskie.  Zrobił się popłoch. Tym więcej, że kabokle opuszczali swe chaty, chowając się wraz z rodzinami i dobytkiem w nieprzebytym gąszczu lasu dziewiczego.  Kobiety zaczęły płakać i lamentować. Ale i chłopów wziął strach, jako że takiej zawieruchy nigdy jeszcze nie przeżywali. Tego samego dnia przygalopował jakiś podenerwowany osobnik. Przedstawiwszy się p. dr Biernackiemu, tymczasowemu administratorowi kolonii, zażądał natychmiastowego wydania wszelkiej broni, znajdującej się w posiadaniu kolonistów, oraz oddziału polskich ochotników. Nie pomagały perswazje, że broni wydać nie można, bo koloniście w lesie broń jest każdej chwili potrzebna. Że Polacy jako „estrangeiros” – cudzoziemcy, do wewnętrznych walk politycznych mieszać się nie mogą. Wszystko daremnie. Jegomość ten, oficer rezerwy, groził rewolwerem i nocnym napadem na kolonię.  W końcu jednak odezwała się w nim struna rycerska, tak charakterystyczna u każdego Brazylijczyka. Zrezygnował nagle z pretensji. Na odchodnym prosił mnie tylko o modlitwę dla sprawy rządowej. Potem na czele swego oddziału pocwałował w las. Bogu dzięki, oddziały rewolucjonistów ominęły naszą kolonię. Posuwały się z błyskawiczną szybkością naprzód, staczając niedaleko nas kilka większych walk, jak np. pod Baixo Guandu, kędy obficie lała się bratnia krew.

 

Mogłem więc spokojnie wyjechać na dalszy objazd kolonii polskich w stanie Espírito Santo.  Jadę w towarzystwie p. dr Biernackiego, który chce mi towarzyszyć do Colatiny. Leje jak z cebra. Toteż muły nasze ostrożnie stąpają po rozmokłej glinie. Robi się ciemno, a my jeszcze w drodze. Na szczęście liczne świetliki, fosforyzujące zielonkawymi światełkami, oświetlają nam drogę. Wreszcie przyjeżdżamy do kolonii Monte Claro – Jasnej Góry. Tak bowiem nazwali koloniści to nowe osiedle na cześć Częstochowskiej. Woda potokiem spływa z ubrań i mułów. Owe 26 km przebyliśmy w 5 godzin.  Na drugi dzień nabożeństwo. Bolesław Ruszczycki ze Stanisławowa, student weterynarii i harcmistrz a obecnie kolonista-konkwistator, zbudował maleńką kapliczkę z drzewa kolorowego. Tam się odprawiły obrzędy święte.  Jest cudowny poranek. Oślepiające słońce wysusza ścieżki i roztopy. Zewsząd idą nasi. Idą z dalekich pikadonów z pieśnią pobożną na ustach.  Przystępują gromadnie do świętych sakramentów. Ponieważ nie ma krzesła, słucham spowiedzi św. siedząc na pniaku palmowym. Potem poświecenie wody z rzeki Pankasu i z braku kropidła pokropienie kwieciem palmy butii. Następnie Msza św. Lud zwarł się dookoła ołtarzyka niby ten zagon pszeniczny w kraju i na kolana się rzucił przed majestatem Bożym. Pieśni Maryjne płynęły z ust rozmodlonych jedna za drugą. Płynęły w wiośniany czar, w rozsłonecznione niebo i szły do niebios bram.  Po Mszy św. i kazaniu krótka pogawędka z kolonistami jasnogórskimi. Potem jeszcze polski koncert gramofonowy i dalej w drogę.

 

Do Colatiny mamy stąd 80 km. Popędzamy więc długouche nasze wierzchowce, nie zatrzymując się nigdzie po drodze. Wieczorem docieramy do Aldeamento dos Indios. Jesteśmy straszni zmęczeni. Mimo nocy kąpiemy się w ciepłych falach rzeki Pankasu, a poleciwszy się opiece Najświętszej Panienki Jasnogórskiej, zasypiamy snem sprawiedliwych. Rychłym rankiem ruszamy dalej. Po drodze spotykamy oddział rewolucjonistów. Śpiewają i machają czerwonymi chusteczkami. Oznajmiają nam, że rewolucja zwyciężyła. - O presidente esta preso – prezydent uwięziony, wołają jeden przez drugiego. Docieramy wreszcie do Słodkiej Rzeki i nad nią położonego miasteczka Colatina. Lokujemy się w hotelu „Globo”. Pod naszymi oknami odbywa się główny ruch. Tedy wszyscy ludzie przechodzą, „tropy” i pociągi. To główna uliczka i tor kolejowy zarazem. W hoteliku zakwaterowało się kilkunastu rewolucjonistów. Główną ich oznaką jest byle jaki czerwony fatałaszek. Czerwona chusteczka na szyi lub strzępki czerwone, przymocowane do munduru lub żakietu. Gdy zobaczyli księdza, od razu zaczęli się popisywać swoją katolickością. Dosłownie każdy wyciągał z kieszeni różaniec, to krucyfiks i po parę medalików. - Ojcze, musimy zwyciężyć, bo z nami była Matka Boska. Wieczorem tuż pod oknem rozlegały się strzały. To tak sobie strzelali żołnierze na wiwat. A potem śpiewali piosenki żołnierskie przy akompaniamencie gitary.  Tropikalny księżyc zalewał światłem miasteczko i Słodką Rzekę i daleką okolicę. Chór potężny, złożony z miliona głosów owadzich, ptasich i żabich, rozpoczynał coraz to inną serenadę. W blasku księżyca roślinność przybrała fantastyczne kształty. Wydawało się, jakoby niewidzialna ręka pokryła wszystko przędzą migocącego srebra. Powietrze napełniała odurzająca woń kwitnących sapukai i jaśminów. Potem milkliwość wzięła wszystko w swe ramiona. Jeno palmy szumiały samotne i te szuwary i takuary nad brzegami Słodkiej Rzeki.

 

 

 

    

 

 



* Tytuł publikowanego tekstu pochodzi od redaktora „Projeçőes”. Tekst jest fragmentem książki ks. Ignacego Posadzego „Drogą pielgrzymów. Wrażenia z objazdu osad polskich w Południowej Ameryce w latach 1929 oraz 1930-1931, wydanie V, Poznań: Towarzystwo Chrystusowe dla Polonii Zagranicznej, 1985, s.  47-68.