Santana parańska rozpoczęła
świętowanie 100. lecia kolonizacji polskiej
Osada
nosząca nazwę Santana (Święta Anna) położona jest
w brazylijskim stanie Paraná, na terenie którego osiedliło się
najwięcej polskich imigrantów. To właśnie w tej osadzie, która jest
również centrum parafii pod wezwaniem tejże świętej,
odbywały się 25 lipca 2010 r. uroczystości inaugurujące
rozpoczęcie obchodów 100. lecia polskiej kolonizacji. Aktualnie
duszpasterzujący w parafii proboszcz ks. Mirosław Stępień
TChr zaprosił mnie do wzięcia udziału w tym
świętowaniu w charakterze kaznodziei. Wybrałem się
zatem z Kurytyby do Santany w przededniu
świętowania. Normalna trasa drogą federalną prowadzi ze
stolicy Polonii brazylijskiej - jak
nazywana jest Kurytyba - na południe kraju. Po przejechaniu około 250
km poniżej miasta Uniăo da Vitória, należy zjechać w prawo na
drogę stanową prowadzącą do Cruz Machado i dalej do
Santany. Trasa wynosi jakieś 350 km. Tym razem, wybrałem trochę
inną trasę, a mianowicie przez Rio Negro w Paranie, a później
Mafra, Canoinhas i Porto Uniăo w stanie Santa Catarina, przez Cruz Machado,
aż do Santany. Odcinek może dłuższy o 50 km. Dlaczego inna
trasa? Po prostu zamierzałem odwiedzi polskie kolonie, gdzie utrwalone
zostały materialne ślady pracy, obecności naszych dzielnych
kolonistów. Poprzez robienie i kolekcjonowanie zdjęć zbieram materiały do drugiego tomu
„Polskich śladów w Brazylii”. Pogoda w miarę zmniejszania
odległości zaczynała się pogarszać. Wyjeżdżałem
z Kurytyby szarej, bez słońca, a czym bliżej Santany pojawiało
się coraz więcej mgły i mżawki nie tylko utrudniając
podróż, ale także nastawiając trochę pesymistycznie, co do
niedzielnego świętowania w polonijnej wspólnocie.
Poranek
niedzielny zaczął się od huku petard, bo nasi Polonusi
przejęli od Brazylijczyków ten zwyczaj; ze swoistą dziecinną beztroską
i swawolą. Dlatego też żadne świętowanie religijne,
czy polonijnie nie może się obyć bez wystrzałów, których
echo w wypadku Santany rozchodziło się donośnie po okolicy
położnej nieopodal Gór Nadziei. Wspomniane góry oddzielają
Santanę od Mallet, gdzie wcześniej nasi wychodźcy kolonizowali
tamte regiony. Do miejsca wytyczonego przez brazylijskie władze pod
zagospodarowanie - właśnie przez Mallet - w lipcu 1911 r. nasi
emigranci spragnieni wolności, ziemi i chleba, jechali wozami, szli
pieszo…, aż dotarli do upragnionego celu. Dla wielu z nich długa,
uciążliwa wędrówka za szeroką wodę do wyśnionej
Brazylii, gdzie chleb miał rosnąc na drzewach, zakończyła
się tragicznie. Padli przezwyciężeni przez tyfus. Pomarły setki polskich imigrantów
na brazylijskiej ziemi, która miała stać się dla nich
możliwością realizowania tego, czego brakowało w ojczystej
ziemi, wśród swoich. Ci, którzy byli silniejsi niż tyfus początkowo
zamieszkiwali w barakach zbudowanych dla nich. Powoli zaczynali karczować
tropikalne bory, aby zamieniać je w uprawne pola. …
W tym
regionie polski chłop nie pozostawał bez opieki duchowej. Od samego
początku osadnictwa towarzyszyli im polscy księża werbiści,
a potem misjonarze św. Wincentego. Od 5 maja 1964 r. chrystusowcy
posługują tej pracowitej i religijnej społeczności
polonijnej. Na podkreślenie zasługuje ofiarna, oddana praca sióstr
zakonnych ze zgromadzenia Rodziny Maryi, założonego przez św.
Zygmunta Szczęsnego, arcybiskupa warszawskiego, skazanego na
tułaczkę przez rosyjskiego zaborcę. W 1913 r. siostry
rozpoczęły prowadzenie pracy pedagogicznej w założonej
przez kolonistów szkole noszącej nazwę „Rolnik”. Po dzień
dzisiejszy siostry posługują swoim współrodakom z oddaniem i
siostrzaną miłością.
Od
samego rana piękna słoneczna pogoda. Jak na tegoroczną
dokuczliwą już zimę jest wyjątkowo ciepło. W
kościele i w jego otoczeniu można dostrzec uwijających się
ludzi. Jedni dekorowali świątynię flagami, wieńcami uwitymi
z wypracowanych owoców ziemi, a inni przygotowywali wołowe mięso na
brazylijskie olbrzymie szaszłyki (czyli kuszące zapachem zapraw i
dymu, wspaniałe „churrasco”), czy też inni ustawiający stragany
z przeróżnymi grami, loteriami fantowymi na bogato zapowiadający
się polonijny festyn.
Miejscowy
duszpasterz ks. Mirosław - w towarzystwie dwóch seminarzystów
wywodzących się z polskiej grupy etnicznej, a przygotowujący
się do posługi kapłańskiej: jeden w tutejszym seminarium
diecezjalnym, a drugi w seminarium u chrystusowców w dalekim Poznaniu)
rozpoczął w centrum osiedla błogosławienie samochodów,
traktorów, ciężarówek… Tak Brazylijczycy, jak też i potomkowie
naszych wychodźców bardzo sobie cenią różnorodne
błogosławieństwa ubogacające ich duchowo w trudzie
codziennego życia.
W
niedzielę 25 lipca 2010 r.
zbiegło się w Santanie w jedno wielkie świętowanie kilku wydarzeń świątecznych: święto
patronki wspólnoty parafialnej świętej Anny, Dzień rolnika,
kierowcy, babci, a także inauguracja rocznych przygotowań do
przyszłorocznego wielkiego świętowania stulecia polskiej
kolonizacji w tym regionie.
Na to
wielorakie religijne i społeczne świętowanie przybył do
Santany ordynariusz diecezji Uniăo da Vitória biskup Joăo Barbosa de Sousa,OFM.
Na plebanii jest okazja do rozmowy z hierarcha wykazującym duże
zainteresowanie Polską Misją Katolicką, a także
historią polskiej emigracji w Brazylii. Ten Brazylijczyk zaledwie od
trzech lat jest biskupem i prawdopodobnie w swoich rodzinnych stronach nie
miał styczności z tą bogatą europejską mozaiką
etniczną, jaka występuje najbardziej na terenie południowych
stanów Brazylii.
Rozpoczyna
się uroczysta Msza św. pod przewodnictwem miejscowego pasterza. Wraz
z ks. proboszczem Mirosławem mamy możność koncelebrowania.
Podczas procesji postrzegam, jak pięknie prezentuje się wymalowana
delikatnymi kolorami świątynia, w której znalazły miejsce nowe
ławki, nowe obrazy drogi krzyżowej. To duża zasługa
zabiegów ks. Mirosława, który znalazł zrozumienie i poparcie wiernych
parafian w 85% o polskim rodowodzie. Mając okazję odwiedzania naszych
polskich misjonarzy mogę dostrzegać ich zatroskanie nie tylko o
ewangelizację powierzonych wiernych, ale także o dobre
administrowanie parafią czy też szczególne zabieganie o to, aby
kościoły i inne budynki należące do wspólnot parafialnych
wyglądały czysto i były urządzone skromnie, ale z gustem.
Podczas
liturgii Eucharystii widać dobre przygotowanie ekipy
posługującej, jak też i właściwe uczestnictwo samych
wiernych. Gdyby nie inny rytm muzyki, towarzyszący nam język
portugalski, czy też nie zbyt duża liczba wiernych o ciemniejszej
karnacji skóry, to mógłbym odnieść wrażenie, że
znalazłem się gdzieś w jednej z polskich wiosek w okolicach
Siedlec czy Lublina. Wystarczyło popatrzyć na twarze, oczy,
karnację skóry i miało się pewność, że
znalazł się człowiek wśród swoich. Właśnie
podczas kazania, kiedy patrzyłem na skupione, zasłuchane twarze tych
ludzi, to miałem świadomość, że jesteśmy tacy
sami. Jedyna różnica, to ta, że ja urodziłem się w Polsce,
a oni tutaj w Brazylii. Zresztą oni sami podczas rozmów w trakcie tego
festynu, ale również podczas moich poprzednich pobytów tutaj wśród
nich, wypowiadali to z całą świadomością „my
jesteśmy Polakami, tylko, że
urodzonymi w Brazylii!”. Wraz z upływem czasu, ale także dzięki
spotykanym Polonusom w różnych regionach tej pięknej Brazylii, nabieram coraz większego
doświadczenia polonijnego i dochodzę – nie po raz pierwszy – do
przekonania: „bez podejścia z sercem do tych ludzi” my ich nie potrafimy zrozumieć
w pełni, do końca. Ekskluzywne racjonalne podejście do Polonii
brazylijskiej nie ukaże nam pełnej i prawdziwej jej rzeczywistości.
O społecznościach polonijnych w innych krajach się nie
wypowiadam, gdyż ich dobrze nie znam. Stąd też nie mam uprawnień
ani też odwagi do podejmowania dokonywania porównań w takim stylu,
jak: „która z tych społeczności jest bardziej polska?”, „która
jeszcze potrzebuje posługi polskiego kapłana, a która już sobie
poradzi bez niego?”… Do kwestii używania języka polskiego nie
będę tutaj powracał. Wiele na ten temat mówiłem przy
różnych okazjach w trakcie spotkań polonijnych, naukowych sympozjów
tutaj w Brazylii czy też tam w dalekiej Ojczyźnie. Zresztą tak mądrze i pięknie
napisał na ten temat Prymas Polski
kard. Józef Glemp w swojej książce „Kościół i Polonia”, wydanej
po odbyciu wizyty duszpasterskiej w polonijnych środowiskach Brazylii i
Argentyny. Zainteresowanych tą – z pewnością
złożoną – problematyką odsyłam do lektury wspomnianego
dzieła powstałego z głębokich przemyśleń jego
Autora.
Po moim
dłuższym kazaniu - w którym nie mogło zabraknąć
nawiązania do łączności z Polską, jej
religijnością, bogactwem kulturowym, boć przecież
stamtąd, z Ojczyzny nad Wisłą, przed 100 laty na terenie Lubelszczyzny czy
siedleckiego pojawiały się myśli o migracji za wielką
wodę…, do Brazylii – kiedy nadszedł moment przynoszenia przez
przedstawicieli rolników darów do ołtarza i widząc te piękne,
bogato rozwinięte owoce ciężkiej pracy rolnej Polonusów
santańskich w trzecim, czwartym pokoleniu emigracyjnym, miałem
przekonanie: chłop polski znalazł w Brazylii to czego tak bardzo
pragnął: spokoju, bez nękania ze strony zaborców, czy też
wyzyskujących panów; ziemi, która by mu zapewniła wyżywienie i
pomogła utrzymać rodzinę; wolności, aby być panem swego losu i
móc decydować o przyszłości swojej i swoich dzieci.
Pod
koniec Mszy św. biskup Joăo Bosco
Barbosa de Sousa, OFM na prośbę ks.
Mirosława poświęcił nasiona. Po Mszy św.
przyglądałem się (z charakterystyczną moją wielką
ciekawością), jak ci rolnicy nabożnie i w skupieniu spracowanymi
garściami wkładali te nasiona do otrzymanych w tym celu specjalnych
plastykowych woreczków. Przyświeca mi przekonanie, że ci nasi ludzie
z wielką wiarą i miłością, kiedy nadejdzie stosowny
czas zasiewu, będą oddawali matce – karmicielce, aby ziarna te
wydawały obfity plon.
Po
zakończonej uroczystej Eucharystii, a trwającej dwie godziny,
był czas na obfity posiłek, różnorodne rozrywki i długie
rodaków rozmowy…. W towarzystwie ks. Mirosława - któremu jestem bardzo wdzięczny za
zaproszenie na tę swoistą bogatą ucztę polonijną, w
szerokim tego słowa znaczeniu – zwiedzałem muzeum po kilku latach
mojej w nim nieobecności. Skansen, muzeum, amfiteatr oraz inne budowy
powstawały podczas ponad 30. letniego duszpasterzowania ks. Daniela Niemca
TChr. Mimo, że zmarł przed
kilku laty, już w sędziwym wieku, to do dziś wśród parafian
santańskich trwa o nim bardzo żywa pamięć. Decyzją
władz municypalnych z Cruz Machado (na terenie tego municypium położona
jest bardzo rozległa parafia św. Anny) poniżej
kościoła znajdujący się plac został nazwany jego
imieniem, a na umieszczonej tablicy można znaleźć piękne
słowa wdzięczności za całokształt jego pracy
religijnej, społecznej i polonijnej. Opiekę nad zbiorami muzealnymi
przejął sekretariat kultury municypium Cruz Machado. W czasie
zwiedzania zbiorów muzealnych poukładanych w kilku domach zbudowanych na
wzór owych pierwotnych chat imigracyjnych, spotykaliśmy dzieci,
młodzież i dorosłych, jak z zaciekawieniem oglądali to co
stanowi część historii
ich regionu, jak też i historii ich samych… - potomków owych
odważnych i zdecydowanych chłopów lubelskich, siedleckich, którzy
przed stu laty podjęli trudną i bolesną decyzję opuszczenia
kraju, aby na obczyźnie, w dalekiej Brazylii szukać lepszego
losu.
W
Santanie przebywa Kinga Orzeł - młoda, zdeterminowana i energiczna
doktorantka z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Przy wydatnej pomocy ks.
Mirosława może przeprowadzać
naukowe badania terenowe; odwiedza rodziny polonijne, prowadzi rozmowy,
robi zdjęcia. To wszystko w tym celu, aby w opracowaniu naukowym
ukazać rzeczywistość Polonii santańskiej,
jej historię tragiczną i pracowitą, ale także bardzo
interesującą i fascynującą teraźniejszość.
Powracam
do Kurytyby z odnowionym spojrzeniem na Polonię santańską.
W Santanie spotkałem nie tylko piękne widoki, bogatą,
różnorodną roślinność z dumnymi, wysokimi piniorami na czele. Pinior, jako drzewo jest symbolem
Parany. Znajduje naczelne miejsce w herbie Kurytyby. Pinior parański,
a w tym szczególnym przypadku santański, jest
niemym świadkiem zmagań polskiego chłopa o godniejsze, lepsze,
szczęśliwsze i polskie życie! Ten pinior
poświadczy, że polski imigrant tutaj osiadły i żyjący
w kolejnych pokoleniach znalazł cel swojej odważnej decyzji o
przemieszczeniu się na inny kontynent! Do cichego świadectwa parańskiego pinioru
dołączam moje świadectwo, jako tego, który od ponad 30 lat jest
i pragnie pozostać towarzyszem doli
i niedoli naszych wspólnot polonijnych rozsianych po tym wielkim kraju, jakim
jest Brazylia!
„Przechodniu,
powiedz Polsce… „ - że tu w Brazylii, tak daleko położonej od
niej, nawet nieznający jej i nie śniący o powrocie do niej,
mają bijące polskie serca, chociaż urodzone pod Krzyżem
Południa!
Zdzisław
Malczewski TChr
26 lipca 2010 r.
- o 1,20 w ciszy santańskiej nocy - zakończyłem
pisanie tych moich reminiscencji polonijnych.